Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Wywiad z Zośką Papużanką

poniedziałek, 28 sierpnia 2017 14:15

Papuz_foto.jpg

Foto (c) Radosław Kobierski

 

Musi być trudno

Z Zośką Papużanką rozmawia Robert Ostaszewski

 

Robert Ostaszewski: Porozmawiajmy najpierw o samym gatunku, jakim jest opowiadanie, bo to temat interesujący, a przez ostatnie lata – czy nawet dziesięciolecia – zaniedbywany. Wydawcy domagają się od autorów powieści, najlepiej opasłych, zaś na propozycję wydania zbioru opowiadań zwykle reagują alergicznie. A Ty postawiłaś właśnie na pisanie krótkich form prozatorskich. Dlaczego?

Zośka Papużanka: Chciałam. Po prostu chciałam napisać opowiadania. Gdzieś między moim doktoratem a Onym przyszło do mnie wiele krótkich tematów, nadających się na opowiadania – uważałam, że muszę je po prostu spisać. Nie wiem, czy nadaję się do pisania opasłych powieści, wolę takie książki, które łatwo jest trzymać na kolanach albo zmieścić w torebce.

 

Bez wątpienia ma to swoje zalety. A czy wcześniej, przed debiutancką Szopką pisałaś już opowiadania, czy też jest to – jak mówisz – w miarę świeża historia?

Przed Szopką nie. Po Szopce postanowiłam, że skończę pisać doktorat i nie będę się brać za nic większego, ale nie dało się tak zupełnie nie pisać. Tematy same przychodzą.

 

Co Twoim zdaniem jest intrygującego w formie opowiadania? Dlaczego chciałaś pisać opowiadania?

Lubię świat niedopowiedziany, świat z miejscem dla czytelnika. Opowiadanie, chociaż zamknięte w dość ścisłych, wydawałoby się, ramach strukturalnych, daje ogromną przestrzeń na wolność, na oddech, na współuczestnictwo. Są tacy, którzy lubią w literaturze wszystko wiedzieć, lubią, kiedy autor odpowie na każde pytanie, które się podczas czytania rodzi; czytelnicy opowiadań wolą otwarte miejsce z wielością wejść i wyjść, zagadkę. Jakiś powracający jak bumerang element, któremu podporządkowane jest opowiadanie. To, że się zgubisz, a autor nie poda ci pomocnej dłoni, bo opowiadanie już się skończyło – ja to uczucie uwielbiam. No i świetnie się pisze opowiadania cholerykowi, takiemu jak ja, który chciałby widzieć efekty swoich działań w jak najkrótszym czasie.

 

Stawia to spore wyzwania przed czytelnikiem, ale i pisarzem. Istnieje przekonanie, że opowiadanie to trudny, wymagający gatunek. Jak to jest w Twoim przypadku? Łatwiej pisze Ci się powieści czy opowiadania?

Trudno powiedzieć, co się łatwiej pisze. Pisanie musi być trudne, bez względu na objętość tekstu czy gatunek, w którym pracujemy; wszyscy, którzy piszą, narzekają, ale się na tę trudność godzą, bo frajda jest tej trudności warta.

 

Faktycznie, łatwość pisania kojarzona jest – pewnie słusznie – z grafomanią. A czy są autorzy opowiadań, których cenisz, którzy Cię inspirują?

Oczywiście, stara szkoła: Anton Czechow, Julio Cortázar – mistrz świata, Vladimir Nabokov – ex aequo; ostatnio czytałam bardzo dobre opowiadania George’a Saundersa.

 

Dobrze, przejdźmy do Twojej nowej książki. Ma ona tytuł Świat dla ciebie zrobiłem. Pisanie opowiadań jest dla Ciebie kreowaniem mikroświatów?

Raczej odtwarzaniem z włączeniem mojego filtru. Wszystkie te opowieści jakoś do mnie przyszły z zewnątrz, czułam się raczej w roli spisywacza – tylko że nawet wtedy nie umiałam patrzeć wyłącznie z jednej perspektywy; zawsze patrzy się przez filtr własnych doświadczeń ludzkich i literackich, przez moje poglądy na pewne sprawy, moralność.

 

Wszystkie? Nawet takie opowiadanie jak na przykład Ursa maior?

Właśnie to. W Umbrii, gdzie spędzaliśmy wakacje dwa lata temu, nasz gospodarz, starszy, chory człowiek, któregoś wieczoru po prostu kazał nam usiąść na murku przed swoim domem i opowiedział nam historię jego budowania. W ziemi miał za szybą kamienie, o których napisałam. Cała ta historia jest jego – nawet templariusze, których wmieszał w narrację historii tyle razy opowiadanej, że sam już zgubił granicę między prawdą a fikcją. Podarował mi swoją narrację.

 

Ciekawe, bo stawiałem, że to akurat jest wymyślone. Chyba mało czujny ze mnie krytyk. Pierwszym słowem, które przyszło mi do głowy po lekturze tomu Twoich opowiadań, była „różnorodność”. Współczesne i historyczne, z akcją w mieście i na wsi, odmienne stylistycznie i formalnie, na poważnie i na wesoło. Czy opowiadania są dla Ciebie także swoistym poligonem form i stylów?

Tak. Nawet przyznam, że w wydawnictwie trwały poszukiwania jakiejś wspólnej nuty dla tego zbioru, słowa-klucza łączącego wszystkie opowiadania, a ja takiej potrzeby nie miałam. Nie przeszkadza mi, że w jednym tomie jest duża różnorodność – jako czytelnik jej potrzebuję.

 

Zgadzam się z Tobą, dla mnie też monotematyczne zbiory opowiadań są zazwyczaj nużące. I dalej – dużo piszesz o relacjach między ludźmi – w rodzinie, małżeństwie, między obcymi. Tak było w powieściach, tak jest w opowiadaniach. Dlaczego tak Cię to intryguje?

Jestem tym. Możesz pisać o tym, czym jesteś. Nie ma dla mnie nic bardziej interesującego niż drugi człowiek; to, jak on może widzieć świat, mnie; to, jak ja się zmieniam przez niego.

 

W naszej prozie wciąż jednak dominuje pisanie, by tak rzec, „do wewnątrz”, grzebanie we własnych bebechach pisarza. Nie kusiło Cię nigdy, żeby wyjść z pisania „relacyjnego” i spróbować tego „do wewnątrz”? Choćby po to, żeby sprawdzić, jaki to przyniesie efekt.

To, co na zewnątrz, uważam za ciekawsze od moich prywatnych bebechów, niech sobie w nich grzebie gastrolog. A poważnie – to jest rozróżnienie tylko pozorne, nawet jeśli się pisze „relacyjnie”, zawsze przechodzi to przez ciebie, przez to, co już jest, co masz; to też decyduje o tym, co wybierasz jako temat, twoje bebechy decydują. Tak czy inaczej, one gdzieś tam są, mniej lub bardziej ujawnione.

 

I taki drobiazg, który mnie zastanawia: stosujesz w kilku opowiadaniach ten sam chwyt, polegający na nakładaniu podobnych elementów, ale jednak nie takich samych. Dwie bohaterki identyczne, ale jednak inne w 212, nakładające się na siebie podobne, lecz nie do końca opowieści o śmierci kota w Każdy kot, nakładające się podobne płaszczyzny czasowe w Ursa maior. Skąd taki pomysł? Chodzi tylko o rodzaj gry formą czy kryje się za tym jakiś głębszy sens?

W Każdym kocie to zabawa formą, rzeczywiście. Chodziło mi o napisanie trzy razy właściwie tego samego, ale z innej perspektywy. A podobieństwa mnie bawią, zaskakują, przeplatają mi się w głowie, nachodzą na siebie – próba ich spisania to wręcz perwersyjna przyjemność.

 

I na koniec – możemy się spodziewać kiedyś, w przyszłości kolejnego tomu Twoich opowiadań.

Nie wiem. I to nie tylko w tej sprawie – w ogóle nie wiem, co będzie, co będę pisać. Moje pisanie też dla mnie jest niespodzianką – siebie też lubię zaskakiwać.

 

Cóż, mam nadzieję, że zrobisz czytelnikom tę niespodziankę. Dziękuję za rozmowę.

 

Wywiad ukazał się w internetowym wydaniu pisma "Nowa Dekada Krakowska" - http://nowadekada-online.pl/


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Donato Carrisi "Łowca cieni"

wtorek, 22 sierpnia 2017 17:06

Carrisi.jpg

Dziwny odmieniec

Donato Carrisi, Łowca cieni, przeł. Jan Jackowicz, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 463.

    Nie przepadam za opowieściami o zbrodniach pomieszanymi z fantastyką a wręcz nie cierpię thrillerów, w których pojawiają się mniej lub bardziej tajne watykańskie kongregacje czy instytucje. Z płochej ciekawości postanowiłem jednak sprawdzić, czy z wiekiem gust i lekturowe preferencje diametralnie mi się nie zmieniły, więc sięgnąłem po nową książkę włoskiego pisarza Donato Carrisiego. Skłoniły mnie do straceńczej misji także opinie, pojawiająca się tu i ówdzie, że ten Carrisi to owszem, owszem oraz całkiem, całkiem. Co tu kryć - przeczytałem, sprawdziłem, poległem.
    Thriller Łowca cieni jest drugą częścią cyklu, którego głównym bohaterem jest niejaki Marcus, należący do Paenitentiara Apostolica, oficjalnie zakazanej kościelnej instytucji (co to za dziwo, nie warto tłumaczyć, ważne że groźnie, w obcym narzeczu się zwie). Rzecz ujmując w skrócie, Marcus jest miksem opętanego, śledczego, tajnego agenta i profilera, który wkracza do akcji, kiedy dochodzi do zbrodni, która z jakiegoś powodu interesuje Watykan. W tym przypadku chodzi o serię mordów dokonywanych w Rzymie i okolicach przez psychopatycznego mordercę. Dybie on na pary - mężczyzn zabija szybko, kobiety przed śmiercią torturuje. Jak łatwo się domyślić, śledztwo potoczy się dwutorowo, prowadzone przez policję, w której pracuje fotografka policyjna, Sandra Vega, znajoma Marcusa, jak i przez samego Marcusa. Trup ściele się gęsto. Przy okazji zginie też sens.
    Jeśli chodzi ogólnie o schematy gatunku, nie ma większego problemu. Jest psychopata, który nosi w sobie traumę z dzieciństwa, jest całkiem nieźle oddane śledztwo, jest w końcu zagrożenie głównych bohaterów u końca opowieści. Jednak jeśli chodzi o szczegóły już tak wesoło nie jest.
    Główny problem jest z Marcusem, bohaterem, który ma ciągnąć cykl. Ma on ponoć nadludzki dar polegający na tym, że wychwytuje "anomalie, znaki zła". Tyle tylko że nie za bardzo wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. W dwóch czy trzech przypadkach wygląda na to, że Marcus jest w stanie "wejść" w umysł złoczyńców. Poza tym działa jak zwykły śledczy, tyle tylko że niespecjalnie skuteczny i pozbierany, bo co i raz zbiera łomot. Jak na superbohatera watykańskiej instytucji nie przekonuje.
    W równym stopniu nie przekonuje przesłanie tej książki, które można streścić we frazie: zło ma katartyczną moc. A już szczególnie zło sterowane przez Watykan. Wiele już bzdur na temat zła i dobra, zbrodni i prawa poznałem, czytając kryminały/thrillery/sensacje. Przesłanie Włocha jest jednym z bardziej poronionych.
    I na koniec drobiazg, który jednak nieodmiennie mnie irytuje. Wypiski z encyklopedii. Jeśli bohaterowie powieści trafiają na jakiś plac, ulicę czy wchodzą do budynku, narrator opowiada ze szczegółami historię tego miejsca. Raz czy dwa ma to uzasadnienie, zwykle jednak nie. Naprawdę nie rozumiem po co w czasach wujka Gugla pisarze to robią (nawet przy założeniu że czytelnicy są leniwi).
    W krótkich żołnierskich słowach - nigdy więcej tego pisarza.
    
   


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Lone Theils "Urwany trop"

piątek, 18 sierpnia 2017 15:24

Theils.jpg

 

Skądś to znamy, prawda?

Lone Theils, Urwany trop, przeł. Joanna Cymbrykiewicz, W.A.B., Warszawa 2017, s. 351.

    Dziennikarka, która bierze się za pisanie kryminałów i tworzy cykl z dziennikarką, która bierze się za prowadzenie śledztw - skądś to znamy, prawda? Wiele już było podobnych pomysłów, głównie w prozie skandynawskiej, ale nie tylko. Teraz mamy kolejny, czyli Lone Theils, duńską dziennikarkę, która niedawno zadebiutowała powieścią Zaginione, której główną bohaterką jest londyńska korespondentka duńskiego tygodnika Nora Sand. Właśnie ukazał się drugi tom serii zatytułowany Urwany trop.
    Norze nagle sypie się związek z Andreasem, do tego otrzymuje dziwne zlecenie: ma przeprowadzić wywiad z irańskim poetą, laureatem Nagrody Nobla, który uciekł wraz z żoną z kraju. Zastanawiające jest, że Irańczyk chce rozmawiać tylko i wyłącznie z Norą, mimo iż dziennikarka go nie zna, a do tego w redakcji z rzadka jedynie zajmuje się kulturą. Okazuje się, że poeta ma do niej "interes". Podczas próby przerzutu grupy nielegalnych emigrantów do Anglii Irańczyk rozłączył się z żoną. Sam został zatrzymany w Danii i skierowany do obozu dla uchodźców, nie wiem, gdzie jest ukochana. Poruszona rozpaczą mężczyzny Nora postanawia mu pomóc. W Anglii odkrywa, że żona noblisty dotarła do Londynu, ale przez przypadek została zatrzymana przez policję i skierowana do obozu dla azylantów, w którym oczekują (najczęściej) na ekstradycję. Problem w tym że od amerykańskiej prywatnej firmy ochroniarskiej, która nadzoruje ten obóz, praktycznie nie można wydobyć żadnych informacji na jakikolwiek temat.
    Właściwie można by rzec nieco ironicznie, że całą nową powieść Theils sponsoruje fraza: skądś to znamy, prawda? Intryga kryminalna w Urwanym tropie rozwija się wokół tematów od lat wałkowanych w powieściach kryminalnych, czyli problemu nielegalnych emigrantów trafiających do krajów Zachodu oraz rozpanoszenia się międzynarodowych koncernów (w tym przypadków przede wszystkim medycznych). Wiele nowego o tych problemach Theils nie pisze, bo też za bardzo już nie może. Wskazuje na dwulicowość rządów państw europejskich, które kierując się względami humanitarnymi, przyjmują nielegalnych emigrantów, ale najchętniej pozamykałby ich w obozach albo jak najszybciej wysłały poza granice własnych krajów. A koncerny - wiadomo, samo zło, które dla zysku jest w stanie zrobić dosłownie wszystko.
    Sporo jest w książce Theils mowy o związkach damsko-męskich i emocjach, momentami w tonacji ckliwej. Andreas dowiaduje się, że będzie miał dziecko z poprzednią partnerką, co doprowadza do kryzysu związku z Norą. Dziennikarka poznaje angielskiego wydawcę mającego niesamowity urok, przed którym Sand broni się ostatkiem sił. I nie byłby to wielki problem, w końcu wątki romansowe w kryminałach nie są rzadkością, tyle tylko że w Urwanym tropie powodują one pęknięcia w kreacji głównej bohaterka, bo ta skądinąd trzeźwo myśląca dziennikarka momentami reaguje jak rozhisteryzowana nastolatka. A też jest na koniec wątek Irańczyka, który niemal dosłownie usycha z tęsknoty do żony, ale w końcu jest poetą lirycznym, autorem erotyków, więc ma prawo usychać z miłości, choć to gruby stereotyp.
    Powieść Theils "połknąłem" bez zbytniego mozołu, mogę jakoś wytłumaczyć fenomen sukcesu tej prozy, którym pisarka nieskromnie chwali się w słowie odautorskim, nie sądzę jednak, żebym wrócił do tego cyklu, bo - moim zdaniem - szału nie ma i raczej nie będzie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ian Rankin "Nawet zdziczałe psy"

poniedziałek, 07 sierpnia 2017 9:34

Rankin_psy.jpg

 

Porzuceni, trzymani na dystans

Ian Rankin, Nawet zdziczałe psy, przeł. Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 462.

    Niewiele jest długich serii kryminalnych, na których kolejne części czekam z niecierpliwością, a nawet z utęsknieniem, a jeszcze mniej takich, które przez lata przynoszą mi taką samą, dużą frajdę lekturową. Jedną z nich jest seria o Johnie Rebusie autorstwa szkockiego pisarza Iana Rankina, której następna część zatytułowana Nawet zdziczałe psy została właśnie opublikowana w polskim przekładzie.
    W swoim edynburskim domu zostaje zamordowany znany prawnik, a do tego lord. Policja początkowo podejrzewa, że stał się on ofiarą włamywacza. Niedługo potem ktoś strzela, ale chybia, do byłego bossa miejscowej mafii, który jednak nie do końca zrezygnowała z ambicji odzyskania panowania nad miastem. Okazuje się, że wcześniej obaj dostali listy o jednoznacznej treści: "Zabiję cię za to, co zrobiłeś". Policja z Edynburga nie potrafi znaleźć powiązań między zamordowanym prawnikiem i ofiarą zamachu. Jakby tego wszystkiego było mało, do Edynburga zjeżdżają gangsterzy z Glasgow poszukujący współpracownika, który ich oszwabił. Wiadomo, jak trwoga, to do Rebusa, który wcześniej po raz kolejny został odesłany na emeryturę. Zostaje nieoficjalnym konsultantem policji i zaczyna śledztwo, jak to on - po swojemu. Tropy zaczynają prowadzić go do zamkniętego dawno temu zakładu poprawczego.
    Właściwie w nowej powieści jest to, co było już wcześniej w książkach Rankina: Rebus jako samotny szeryf, Edynburg jako miejsce akcji. Nawet temat nieprawidłowości w zakładach opiekuńczych i poprawczych, wokół którego osnuta została intryga kryminalna, nie jest specjalnie świeży, bo pojawił się choćby w prozie innego Szkota, Petera May'a w jego trylogii Wyspa Lewis. Jak to właściwie się dzieje, że ta powtarzalność, by nie rzec - przewidywalność, jednak nie męczy?
    Jedną z takich cech jest nieoczywistość wyraźnie widoczna choćby w kreacji bohaterów. Postać Rebusa wywodzi się z klasyki kryminału noir, ma większość cech bohaterów tej prozy, tyle tylko że jeszcze mocniej osadzony jest w nieoczywistej, szarej strefie między prawem a bezprawiem. Aby rozwiązywać kolejne sprawa, karać zbrodniarzy, jest gotów na układy z przestępcami - stąd jego kontakty z bossami gangów z Edynburga, chociaż nigdy nie przekracza wyznaczonych przez samego siebie granic, nie staje się sprzedajnym gliną. Rebus jest kimś w rodzaju łącznika pomiędzy różnymi światami, grupami; można nawet powiedzieć - negocjatora. Gliniarz, który jednak często nie zachowuje się jak stróż prawa; policjant ścigający tych, którzy łamią prawo, który sam czasami też bywa z nim na bakier. Podobnie nieoczywiste, przez to że zmienne, są też relacje między bohaterami prozy Rankina, co widać choćby na przekładzie układu Rebusa z Malcolmem Foxem. Niegdyś, kiedy ten drugi pracował w wydziale wewnętrznym, byli niemal wrogami, teraz ich relacja zmienia się w - szorstką, bo szorstką - przyjaźń.
    Rankim w powieściach umiejętnie stosuje formułę "kryminał+", dodając niemal zawsze do zgrabnej intrygi jakiś intrygujący temat. W Nawet zdziczałe psy jest to sprawa relacji między rodzicami a dziećmi. Rebus stara się odbudować relację z córką, Fox w obliczu śmierci ojca musi odpowiedzieć sobie na pytanie, kim właściwie był on dla niego, gangster z Glasgow wie, że jego syn szykuje się do "wrogiego przejęcia" jego interesów... Rankin pisze o dzieciach z różnych względów trzymanych na dystans, pozbawionych miłości rodziców, o dzieciach porzuconych. Sporo tego jak na "zwykły" kryminał.
    A do tego powieści szkockiego pisarza są świetnie skonstruowane. Narracja opiera się zwykle na małych całościach tekstowych napędzanych przez dynamiczne, doprawione humorem dialogach. Przy czym Rankin znajduje odpowiedni balans między warstwą dialogową a opisową, dzięki czemu jego teksty nie przypominają - co powoli staje się zmorą prozy kryminalnej - quasi scenariuszy filmowych.
    Koniec końców, chciałoby się rzec - stary dobry Rankin, stary dobry Rebus. Oby obaj w zdrowiu i dobrej kondycji trwali jak najdłużej.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wywiad z Marcinem Wrońskim

piątek, 28 lipca 2017 18:53

Wronski_fota.jpg

fot. (c) Marcin Łobaczewski

Polecam: http://lobaczewski.com/

 

Mastodonty vs. masakratorzy. Decydujące starcie

Z Marcinem Wrońskim rozmawia Robert Ostaszewski

 

Robert Ostaszewski: Dlaczego po doświadczeniach z innymi odmianami prozy, bo pisałeś przecież na przykład prozę postmodernistyczną czy fantastykę, zdecydowałeś się na tworzenie kryminałów?

Marcin Wroński: Być może dlatego, że wierność nie jest moją najmocniejszą stroną. Tak mi przepowiedział prof. Józef Fert, jeden z moich wykładowców, który kiedyś – jak doktor Murek – wpadł na pomysł wróżenia studentom z ich dłoni. Osobiście myślę jednak tak: raczej dlatego, że pisarza definiowałem zawsze jako kogoś, kto żyje z pracy pióra, a nie z grantów i dotacji. Literatura gatunkowa na to mi pozwoliła, chociaż wcześniejsza praca redaktorska i – nazwijmy to z grubsza – artystyczna otworzyły mi oczy na szereg problemów dotyczących stylu, odbiorcy i literackiego życia w świecie. Większość moich poprzednich doświadczeń generalnie oceniam jako pasmo pouczających porażek, które przydały mi się do tworzenia wartościowych literacko kryminałów. Nie oznacza to jednak wcale, że to moje ostatnie słowo, bo skoro mam już nazwisko, mogę pozwolić sobie na więcej wolności.

 

Czyli twierdzisz, że porażki kształcą? Budujące. Gdybyś odniósł porażkę w prozie kryminalnej, co na szczęście nie nastąpiło, po jaki kolejny gatunek byś sięgnął? Może romans?

Gdybym odniósł porażkę, raczej nie rozmawialibyśmy teraz, bo dałbym sobie spokój z pisaniem. W końcu do trzech razy sztuka! Jako twórca postmodernistyczny bywałem czytywany głównie przez kolegów, próbę z fantastyką wspominam jak zły sen, bo zarobiłem niewiele, satysfakcji miałem mniej niż z okresu artystowskiego, a w dodatku w tym samym czasie zostałem zredukowany jak wspomniany już doktor Murek. Wtedy właśnie zawarłem z sobą dżentelmeńską umowę: skoro jako bezrobotny mam dużo czasu, siadam i piszę retrokryminał, który jakoś tam chodził mi po głowie od paru lat. Jeżeli się uda, to będę pisarzem. Jeżeli nie, wyjeżdżam do Warszawy i szukam sobie roboty jako redaktor, bo w tym akurat byłem dobry i do dziś niektórzy autorzy wspominają mnie z łezką w oku. Inna sprawa, że dziś zdarza mi się spotykać także czytelników pytających o kontynuacje mojej zamierzchłej fantasy. Bo przecież takie to było dobre! Odpowiadam, że jest mi bardzo miło, ale równolegle myślę: „A gdzie państwo wtedy byli?”.

 

Czy proza gatunkowa, przecież w dużej mierze oparta na schematach, bardziej Cię ogranicza czy inspiruje?

Spotykając się z artystami pióra, napotykam kilka procent pisarzy znaczących i dziewięćdziesiąt parę takich, którzy mają światu coś potwornie ważnego do przekazania, tylko nie wiedzieć czemu świat jest w stanie skonsumować do tysiąca egzemplarzy nakładu ich prozy. A ja zawsze powtarzam, że literatura jest zagadką umysłową. Można w niej zawrzeć wszystko, co nas interesuje, w klarownym gatunku, na przykład w kryminale, a nawet w romansie. Tylko pisać gatunkowo trzeba niestety umieć, tu nie wystarczy chęć szczera i łaskawość muzy, dlatego nie jest przypadkiem, że w tej dziedzinie tzw. artyści rzadko odnoszą sukcesy. Sam, paradoksalnie, więcej nauczyłem się jako redaktor niż adept pisarstwa. Zaś dzięki zainteresowaniom historycznym doskonale odnalazłem się w kryminale retro, który dał mi możliwość pogłębienia i wyrażenia osobistych pasji, a przy okazji poruszenia wielu spraw ważnych także współcześnie.

 

Co sprawiło, że swego czasu kryminał retro miał tak mocną pozycję w naszej prozie kryminalnej, a nawet – zaryzykowałbym takie twierdzenie – literaturze w ogóle?

To bardzo proste i wiele razy podejmowane: kryminał retro w atrakcyjnej formule zastąpił potrzebną, lecz po wielekroć nudziarską literaturę małych ojczyzn. Czytelnicy byli i nadal w jakiejś mierze są spragnieni lokalnych historii, tyle tylko że pragną się przy tym bawić, ekscytować, a nie smucić i nużyć. Dlatego powieści Marka Krajewskiego czy moje wrosły w mentalny krajobraz swych miast, a ich bohaterowie stali się żywymi odniesieniami do szeregu przedsięwzięć na styku popkultury i sztuki czy popkultury i turystyki. Gdy wrocławski Teatr Współczesny zaczynał grać Koniec świata w Breslau na podstawie prozy Krajewskiego, bilety trzeba było rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Wejściówki na premierowe spektakle na podstawie mojego Pogromu w przyszły wtorek na lubelskim Zamku rozeszły się w ciągu godziny i kasjerzy narzekali, że były awantury. Widać nie pracowali w mięsnym za dawnych czasów! Podobnie jest z wycieczkami po mieście śladami mojego bohatera, komisarza Maciejewskiego. Oczywiście pozostaje pytanie o trwałość tych odniesień, bo miejmy świadomość, że te książki zupełnie inaczej czytają różne pokolenia.

 

To ciekawe! Jak Twoim zdaniem objawiają się różnice pokoleniowe w recepcji kryminałów retro?

Przede wszystkim w tym, że to młodsze rzadko jest już czułe na sentymentalizm literatury małych ojczyzn i jego identyfikacja z historią regionalną jest taka sobie. Ot, choćby dziś, gdy nikomu nie wadząc, kupowałem sobie piwo, zaczepił mnie młody człowiek: „Nic jeszcze nie czytałem, ale czy to pan pisze o złodziejach ze Starego Miasta?”. Starsi ludzie, którzy zaczepiają mnie w mięsnym, formułują to trochę inaczej: „A wie pan, że moja matka spędziła całe dzieciństwo na Starym Mieście? I kiedy czytam pańskie książki, to jakbym jej słuchał!”. Z grubsza – młodszy czytelnik oczekuje od kryminału przede wszystkim story i postaci, a jeśli to można zmieścić w znanych mu dekoracjach, tym lepiej. Starszemu często jest nawet obojętne, czy to krymi, czy cokolwiek, byleby brzmiało jak piosenka, którą już kiedyś słyszał, najlepiej w dobrych kawalerskich czasach. Tacy czytelnicy są też bardziej czuli na tło i potrafią dyskutować na spotkaniach autorskich, czy kiosk był akurat na tym rogu albo czy kancelaria rejenta Lesmana w Zamościu była na prawo, czy na lewo od wejścia. Dlatego nie jest przypadkiem, że na przykład zanurzone we wczesnych latach 80. kryminały neomilicyjne Ryszarda Ćwirleja znakomicie trafiają w target 40-50+. Sam je lubię!

 

Też je lubię! Czy – mówiąc brutalnie – czas kryminałów retro się już kończy?

Tak, i to z kilku powodów. Po pierwsze, prawdziwy namysł nad historią – w przeciwieństwie do łatwej polityki historycznej – obchodzi coraz mniej osób. Po drugie, ten nurt ma minimalne wsparcie w innych dziedzinach sztuki. Jakkolwiek 14 lipca będzie miała premierę teatralna adaptacja Pogromu w przyszły wtorek, to równocześnie zaliczyłem całe lata czasochłonnego i niemal bezowocnego zmagania się z adaptacjami filmowymi, zwieńczone tylko animacją Ta cholerna niedziela. Wprawdzie wciąż trwają przymiarki do filmu pełnometrażowego, lecz nie mam złudzeń, że współczesność jest prostsza do odtworzenia i takie tematy oraz scenerie będą preferowane z jednego powodu: mniejszy koszt i mniejsze ryzyko. A jakby tych zahamowań było mało, zepsuł rynek serial Belle Époque, durniejszy nawet od Życia na gorąco (wiernej gierkowszczyźnie odpowiedzi na Bonda z końca lat 70.), i teraz tylko hazardzista albo idiota ośmieli się dotknąć tematu retro. Po trzecie, po polski kryminał od kilku lat sięga już całkiem młodociany rodzaj (sort?) odbiorców, który ma zupełnie inne preferencje odbiorcze. Nie interesuje go temat, nie interesuje go literackość ani realizm, bo dla niego liczy się lekkostrawny fun, a tego kryminał retro nie zapewni jako ciut bardziej wymagający w odbiorze. Redaktor Filip Modrzejewski prowadzący W.A.B.-owską mroczną serię, powtarzał mi nieraz: „Bo panowie nie wychowali następców”. Coś w tym jest, bo chociaż na naszych warsztatach literackich przewinęły się dziesiątki adeptów, to rady wcieliły w czyn może trzy osoby, ale według mnie problem jest inny: nie zawróci się Wisły kijem. Jest to jednak zjawisko zdrowe, bo niby dlaczego polski czytelnik ma dostawać wyłącznie tłumaczoną pulp fiction, skoro polskie wydawnictwa mogą mu dostarczyć rodzimej? Ten trend jednak w zupełnie innej roli stawia tych pisarzy gatunku, którzy – chociaż nawykowo określają się rzemieślnikami – w odbiorze rosną do Proustów i Joyce’ów. Niekoniecznie z racji stylu, raczej z powodu spadku poziomu oczekiwań.

 

Co sprawiło, że polski kryminał w ostatnich latach stał się tak bardzo popularny?

Dwie kwestie i dwa różne polskie kryminały! Magiczną datę dostrzegam w roku 2014, kiedy dostałem dwie Nagrody Wielkiego Kalibru, czytelników oraz jurorów, a prowadzący galę Irek Grin powiedział: „Skończyła się pewna epoka”. Miał kabaretowo na myśli tylko to, że autor wielokrotnie nominowany zgarnął wreszcie wszystkie laury. Niechcący stał się jednak prorokiem, bo w tym właśnie roku polski kryminał podzielił się na stary i młody. Stary – ten spod znaku Krajewskiego – był już wcześniej wydawany w sporych nakładach, czytany i omawiany nie tylko w prasie, ale też przez literaturoznawców. I było wiszącą w powietrzu oczywistością: pisać polski kryminał to stanąć w rozkroku między literaturą popularną a wysoką, co zresztą potwierdziło niejedno z nazwisk autorów, którzy się do tego zabrali, jak z przytupem Marcin Świetlicki czy z takim sobie Edward Pasewicz. Wszakże jednak wisiało nad tym odium niespodzianki – bo przecież człowiekiem znikąd w świecie literatury był wcześniej filolog klasyczny Krajewski! I tak w roku 2014 „rozpętano” przez nowego wydawcę (Muzę) nową osobowość w postaci niesłusznie niedocenianej wcześniej Katarzyny Bondy. Bonda zrobiona na celebrytkę wyznaczyła nowy trend dotyczący roli i funkcjonowania medialnego pisarza gatunku, a za ciosem poszli tacy autorzy jak Katarzyna Puzyńska albo Remigiusz Mróz. W tym rozdaniu jednak nie chodzi już o literackość ani nawet o tematykę, ale o bycie cool i pulp. I poczułem się nareszcie starszym panem, prawie że Holoubkiem! On swego czasu na zaczepkę pijanego Himilsbacha: „Inteligencja, wypierdalać!”, miał ponoć odpowiedzieć: „Nie wiem jak wy, panowie, ale ja wypierdalam”.

 

Czy dostrzegasz jakieś elementy, które różnią polskie krymi od na przykład skandynawskiego czy anglojęzycznego?

Przed 2014 rokiem powiedziałbym Ci, że polski kryminał ma swoją niepodważalną specyfikę – polskie krymi jest statystycznie lepsze literacko niż jakiekolwiek inne. To odróżniało je zwłaszcza od anglojęzycznego, chociaż również od większości produkcji skandynawskich, które popłynęły w świat na fali kilku rzeczywiście ważnych nazwisk. Dzisiaj mam wątpliwości. Z jednej strony wciąż na polskiej scenie kryminalnej rodzi się szereg wartościowych powieści, jak – poza nazwiskami oczywistymi i ponagradzanymi (Krajewski, Mariusz Czubaj, Zygmunt Miłoszewski itp.) – ostatnie książki Małgorzaty i Michała Kuźmińskich, debiut Bartosza Szczygielskiego albo nowa literacka twarz Anny Kańtoch, bodaj najlepszej stylistki polskiej fantastyki po Sapkowskim; z drugiej mamy wysoce promowany zalew powieści coraz gorszych i pisanych w tempie ekspresowym. W sam raz do pociągu, z tą różnicą, że na przykład Mróz pisze swoje rzeczy szybciej niż jeździ PKP. Ze wszystkimi tego skutkami.

 

Dobrze, zostawmy już ogólne rozważania nad kondycją rodzimego krymi. Sam jestem ciekaw, jak to się rozwinie, choć jestem umiarkowanym optymistą. Niedawno pojawił się Czas Herkulesów, dziewiąta i ostatnia powieść z komisarzem Maciejewskim. Zmęczyłeś się Zyga?

Ostatnia powieść, ale nie ostatnia książka, bo cykl zamknie zbiór opowiadań – tak moich, jak i paru innych autorów ku pamięci Maciejewskiego. Zatem zdążę zmęczyć się jeszcze bardziej – ale serio: to nie jest dla pisarza idealna sytuacja, gdy przez 10 lat obcujesz z jednym bohaterem. Nie mówię, że przez 10 lat piszesz tę samą książkę, bo akurat ja wybrałem ten mniej popularny sposób na cykl – zamiast przyzwyczajać czytelników do trwałości, co i raz próbuję pozyskiwać ich nowym tematem, nową okolicznością i lekko zmodyfikowanym stylem. Mimo wszystko coś z tym fantem musiałem zrobić, bo czuję, że pojawiły mi się historyczne klapki na oczach, jakbym miał Alzheimera – lepiej wiem, co było przed wojną, niż co było wczoraj. Dlatego w przyszłym roku koniecznie muszę zmierzyć się z tematem współczesnym w thrillerze politycznym albo powieści sensacyjnej.

 

A jeśli chodzi o serię z Maciejewskim – bardziej Cię pisarsko wyjałowiła czy rozwinęła?

Bardziej rozwinęła. Gdy patrzę na jej początek i późniejsze powieści, konstrukcyjnie widzę milowe kroki, ale to też jest zbieżne z tym, jak pisało się kryminały 10 lat temu i teraz. Jurorzy najbardziej prestiżowej polskiej nagrody w tym gatunku, Nagrody Wielkiego Kalibru, wtedy wybierali laureata spośród kilkudziesięciu, teraz spośród kilkuset książek. Cykl o Maciejewskim sprawił, że zostałem zawodowym pisarzem – czyli utrzymującym się z pracy pióra, a nie z chałtur i grantów – a równocześnie dzięki niemu jestem gotów do pisania wielu innych rzeczy, i gatunkowych, i niekoniecznie tylko takich.

 

Nie dziwię się, mówiąc szczerze, gdybym miał napisać tak długą serię, najpewniej bym oszalał. Ale mniejsza o mnie. Zyga jest postacią ze sztancy kryminału noir… Coś dodałeś mu od siebie?

Od siebie? W żadnym razie, może nikotynizm i poczucie humoru! Właśnie postać z amerykańskiej sztancy w zetknięciu z polską historią XX wieku nadała jej nowego wymiaru, tak sądzę. Nie wiemy przecież z Chandlera, dlaczego Marlowe jest taki zgorzkniały. Przyjmujemy to na wiarę, bo to fajne, a pierwsi czytelnicy tym bardziej nie zadawali pytań, bo widzieli w tym znamię dobrze im znanej traumy Wielkiego Kryzysu. Natomiast my doskonale rozumiemy, dlaczego zgorzkniały jest Zyga Maciejewski, który tylko dzięki ciotce nie został socjalpokraką jako dziecko rodziców, którzy ponad obowiązki wychowawcze przedkładali walkę o socjalizm i niepodległość. Zyga miał przez chwilę wizję swoich szklanych domów, ale na wojnie polsko-bolszewickiej wyleczył się ze złudzeń. Nadałem mu tylko jeden rys idealistyczny: policyjną robotę, jednakże też podszytą poczuciem winy. Czy to nie ładne? I czy to nie polskie?

 

Wyborne! Wielu pisarzy rodzimych i zagranicznych idzie w masakrę. Stosy trupów, coraz bardziej wymyślne sposoby zabijania, litry krwi. Ostatnie Twoje powieści takie nie są. Myślisz, że to właściwa droga?

Bardzo niewłaściwa, bo bardzo niekomercyjna. Współczesny kryminał generalnie odchodzi od realistycznej powieści o człowieku, zbrodni i karze na rzecz dance macabre. O ile jednak na przykład Pierre Lemaitre robi z tego tylko sztafaż do treści – nie w moim guście, ale jednak – to najmniej bliski mi mentalnie sort epatatorów nic nie robi, tylko kombinuje nad zbrodnią możliwie ohydną i nieprawdopodobną. Ja dotąd, na miarę wytrzymałości gatunku, trzymałem się policyjnego realizmu. To nie jest łatwe, bo trzeba mieć świadomość, że zbrodnia w gruncie rzeczy nie jest ciekawym zjawiskiem – dowodem świeżo nagrodzony koszalińskim Wielkim Jantarem film Bartosza M. Kowalskiego Plac zabaw. Dlatego ktoś taki jak ja musi balansować na granicy wymysłu i prawdopodobieństwa. Czytelnicy jednak coraz bardziej przyzwyczajani są do zbrodni teoretycznie możliwych, lecz absolutnie nierealnych. W tym kierunku idzie cały fun.

Kryminał, jaki jest mi bliski, to taki, który wypośrodkowuje między tym, co jest naprawdę (chociażby po to, aby – jak każda dobra powieść realistyczna – mógł zdiagnozować społeczeństwo), a czysto intelektualną grą detektywistyczną.

 

Jak sądzisz, w którą stronę pójdzie polski kryminał? Masakra i współczesność?

Tak. Pozostaną na rynku do wymarcia mastodonty sprzed roku 2014 i o ile zdążyły umocnić swoje nazwiska, będą sobie radzić jakiś czas w nowym klimacie. Generalnie jednak rynek krymi idzie i pójdzie w stronę pulpy z prostego powodu – tego jeszcze nie było i tego niewyrafinowany czytelnik jest zwyczajnie spragniony, bo wreszcie rozumie polskich autorów spoza fantastyki i romansu, ich basic Polish oraz brak wymagań poznawczych. Wydawcy zaś, szczególnie ci przebijający się, będą tym grali z prostego powodu: na rynku książki powstała potworna nadprodukcja, czego efektem jest krótkie życie książki, zatem co i raz trzeba produkować kolejną. Autorzy gotowi dostarczać powieść co dwa miesiące są w tej sytuacji manną z nieba!

 

Smutną wizję snujesz na koniec. Dziękuję za rozmowę.

Jestem smutny od dziecka. Dziękuję Ci bardzo!

 

Wywiad ukazał się w internetowym wydaniu pisma "Nowa Dekada Krakowska".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  117 001  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 117001

Lubię to