Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Katarzyna Maicher "Persymona"

niedziela, 29 września 2013 12:09

Maicher.jpg

 

Milczenie rodzin

 

Katarzyna Maicher, Persymona, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 259.

 

         Książek o dysfunkcjonalnych rodzinach i rozmaitych traumach fundowanych sobie przez bliskich było w naszej prozie ostatnimi laty wiele, bez wątpienia pojawiać będą się kolejne, nic więc dziwnego że za ten temat wzięła się także Katarzyna Maicher w debiutanckiej powieści o zastanawiającym tytule Persymona. Choć, trzeba przyznać, autorka zrobiła wiele, aby go urozmaić, wplatając w historię o rozpadzie rodziny wątek inicjacyjny, rozważania o mechanizmach pamięci i wpływie miejsca/przestrzeni na kształtowanie się osobowości.

         Maicher w przemyślany sposób splata opowieści dwóch kobiet, matki i córki. Jest jeszcze trzeci wierzchołek trójkąta – on, czyli mąż i ojciec zarazem, widziany z perspektywy kobiet. Po latach córka stara się odkryć, zrozumieć, co sprawiło, że dobrze funkcjonujący mechanizm rodzinny nagle zatrzymał się ze zgrzytem, co spowodowało, że bliscy ludzie stali się „odłączeni” od siebie. Jaka była przyczyna tego, że rodzice zaczęli dręczyć się psychicznie, że matka, wrażliwa plastyczka, zamknęła się w „podziemnym świecie” ciężkiej depresji, a ojciec, psycholog, który pomógł wielu ludziom, został „mistrzem milczenia”, który nie potrafił porozumieć się z żoną i jedynaczką? Kiedy właściwie zaczął się proces rozkładu? Bohaterka obsesyjnie powraca do tych pytań. Żadne z rodziców nie wyjaśniło jej, co właściwie się stało. Próbuje więc z własnych wspomnień, często mętnych, poprzerastanych fantazjami, snów, odczuć i obrazów zagnieżdżonych w pamięci stworzyć wizję wydarzeń, które na zawsze zmieniły życie trójki ludzi.

         Opowieści córki i matki przyjmują formę „wynurzeń zmęczonych umysłów” - niejasnych, powikłanych, miejscami sprzecznych. Persymona staje się przez to impresyjną opowieścią przesyconą poezją i melancholią. Momentami jest to poezja średnich lotów, co nie zmienia faktu, że dobrze przystaje do rozsnuwanej historii. Już teraz widać, że Maicher ma własny pomysł na literaturę i dar opowieści. Ciekawe co z nimi – pomysłem i darem – dalej zrobi?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zginę bez ciebie

piątek, 27 września 2013 12:39

FA.jpg

 

W nowym numerze kwartalnika "FA-art" jest do poczytania fragment mojej nowej powieści kryminalnej. Oto fragment fragmentu na zachętę:

 

Rozdział 1 (Boże) Ciało

 

         Zwykle nie budziłem się w środku nocy, a jeżeli już, zawsze zwiastowało to kłopoty. Próbowałem rozewrzeć powieki, ale czułem, że coś mi je skleiło. Na zawsze? Umarłem? Jeszcze nie tym razem. Przetarłem oczy dłonią. Żadnego obola. Usiadłem na łóżku, rozglądając się wokoło siebie. Powoli przyzwyczajałem wzrok do półmroku, przełamanego trupim światłem pobliskiej latarni. Rozpadająca się gdańska szafa po dziadkach, jedyna rodzinna pamiątka przechodząca z pokolenia na pokolenie, tani fotel z równie niedrogiego sklepu meblowego zasypany zmiętymi ubraniami, szafka, na której zwykle zostawiałem komórkę, wciśnięte w kąt niewielkie biurko z martwym okiem ekranu laptopa.

- „Sajgon, cholera, wciąż tylko Sajgon” – bezwiednie zacytowałem frazę z ulubionego filmu, a potem podniosłem się z łóżka, drapiąc się po brzuchu, na którym coraz wyraźniej zaznaczała się tłuszczowa oponka. Od dawna planowałem, że wreszcie zacznę ćwiczyć na poważnie, oczywiście od jutra, zawsze od jutra. Albo od najbliższego poniedziałku.

Zakaszlałem, jak na długoletniego palacza przystało. Było ledwie po trzeciej, ale nosiło mnie, więc ubrałem się, przekonując samego siebie, że papieros będzie lepiej smakował na świeżym powietrzu. Czego jak czego, ale świeżego powietrza w tej mieścinie nie brakowało.

         Ulica Sienkiewicza była martwa. Zawsze umierała tuż przed zmierzchem. Po kilku godzinach, bardzo wczesnym rankiem, budziła się do udawanego życia niczym zombie, bo niedaleko był dworzec kolejowy, z którego autochtoni przemieszczali się dzień w dzień do Warszawy, by zarobić na bułkę z masłem. Ewentualnie z szynką. Teraz wciąż jeszcze było pusto, cicho, zresztą później też tak będzie, w końcu zbliżał się świąteczny dzień, szczęsny czas chwalenia Pana i okadzania grillowymi kadzidłami bożka konsumpcji. Wyszedłem przed dom i zapaliłem. Po raz kolejny przyszło mi do głowy, że w takiej chwili mógłbym zrobić wszystko. Krzyczeć. Rozebrać się i stanąć nagi na środku Sienkiewicz. Położyć się na ulicy, by poczuć stary, pamiętający czasy jeszcze przedwojenne, bruk. W gruncie rzeczy byłem sam, w każdym tego słowa znaczeniu, więc mogłem robić, co tylko przyszło mi do głowy. „Pozostaliśmy sami, bez taty, bez mamy”, zanuciłem. Właściwie, czemu pamiętam tylko najbardziej bzdurne piosenki? I zaraz: „Na kłopoty i na troski pijcie browar ciechanowski”. Jasne. Teraz jest ciechan, a nie zamkowe – i jasny, i miodowy, i jaki kto tylko sobie zażyczy. Wróciłem do domu, położyłem się znowu. Śniła mi się wietnamska dżungla. Chyba…

         Sajgon… Dobra, to już było. Przebudzenie sponiewierało mnie, w ostatnich miesiącach z coraz większym trudem zwlekałem się z łóżka. Tłumaczyłem to sobie brakiem witam czy magnezu, tak było bezpieczniej. Miałem niczym niezmąconą pewność, że tego dnia nie stanie się nic. Chyba że Doda zjedzie do miasta, ściągając za sobą tabuny dziennikarzy. Albo kibice, ćwiczący przed Euro podlany alkoholem doping, zrobią jakiś dym. Jednak szansa że stanie się to akurat w dzień Bożego Ciała, była nikła. Poza tym, co mnie to właściwie obchodzi? Przez chwilę myślałem, by darować sobie poranne rytuały. Jednak wszedłem pod prysznic, stałem chwilę pod strugami gorącej wody, potem nastawiłem wodę na kawę, zrobiłem sobie śniadanie, klasyka rocka, czyli jajecznica na boczku. Skończyłem jeść, zapaliłem. Spojrzałem na zegarek. Zbliżała się ósma, nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, bo raz, wiedziałem, że koledzy przyzwyczaili się do moich spóźnień, dwa, przecież było święto. Po raz kolejny dałem się wrobić w nadprogramowy dyżur, przecież nie miałem żony, dzieci – tak mówili kumple – nikt mnie nie ograniczał, do nikogo nie było mi śpieszno. Wkurzało mnie to, bo z jakiej racji miałem być karany za to, że jestem sam – wprawdzie nie do końca. „Pozostaliśmy”… Dobra, starczy… Tak, miałem przecież babkę, niezniszczalną, która przeżyła wszystkich i wszystko, przeżyła swoją jedyną córkę oraz jedną wojnę prawdziwą a jedną Jaruzelską. Prawdopodobnie mnie też przeżyje. „Stary, dobry, przedwojenny materiał”, zwykła mawiać, odpalając jednego papierosa od drugiego i dyskretnie popluwając fusami z kawy nieodmiennie parzonej po turecku.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Krótka piłka z Twardochem

czwartek, 26 września 2013 16:05

Twardoch.jpg

 

 

Człowiek pomiędzy w czasach pomiędzy

 

Ze Szczepanem Twardochem rozmawia Robert Ostaszewski

 

Przez poprzednią dekadę nasza proza młodszego i średniego pokolenia zajmowała się głównie teraźniejszością, to z nią się zmagała, to ona pisarzy bolała, pobudzała do oswajania jej poprzez opowieści. Pan w Morfinie zajął się przede wszystkim kwestią tożsamości. Dlaczego?

Wydaje mi się, że odpowiedź, czy raczej poszukiwanie odpowiedzi na pytanie „kim jestem”, a więc właśnie pytanie o tożsamość człowieczą, na wszelkich jej poziomach – chociażby etnicznym, płciowym, czy w ogóle egzystencjalnym – jest jakimś zasadniczym, granicznym momentem czy może składnikiem Życia. Patrząc w siebie, próbując siebie zrozumieć, próbujemy zrozumieć wszystko.

 

Nie był Pan jednak pierwszym, jeśli idzie o pisarzy podejmujących ostatnio problem tożsamości… Czytał Pan choćby Węża w kaplicy Tomasza Piątka?

Nie. Mało czytam polskich pisarzy, a już na pewno nie Piątka.

 

Nie ceni Pan rodzimych pisarzy czy może zwyczajnie nie ma Pan czasu na lekturę ich książek?

To nie tak, że nie cenię. W ogóle nie mam zdania, bo prawie w ogóle nie czytam, poza książkami kumpli - Szostaka, Orbitowskiego czy Dukaja. I jeszcze Rylskiego i Wilka, bo to wielcy styliści. Kiedyś nie czytałem, bo tak wyszło, bo akurat czytałem co innego, a potem, w sumie nie tak dawno, uznałem, że to jest dobry w ogóle pomysł, to nieczytanie - żeby nie nasiąkać, nie brać udziału, pisać z osobna.

 

Pewnie odpowiadał Pan na to pytanie już nie raz, ale czy tak mocne problematyzowanie tożsamości ma związek z tym, że jest Pan Ślązakiem?

Wszystko ma związek ze wszystkim, oczywiście, zwłaszcza we mnie, ale nie sądzę, aby namysł nad samym sobą, zadawanie sobie pytania „kim jestem?” było jakoś zarezerwowane dla Ślązaków. Acz zapewne takie etniczne tożsamości niejasne, rozmyte, pośrednie, graniczne wzmagają w człowieku pewien egzystencjalny niepokój, który w stronę tych pytań jakoś popycha (....)

 

Całość w piśmie "Nowa Dekada Krakowska".

 


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dror A. Mishani "Chłopiec, który zaginął"

poniedziałek, 23 września 2013 11:56

Mishani.jpg

 

Nie tylko kryminalnie

 

Dror A. Mishani, Chłopiec, który zaginął. Śledztwo Awiego Awrahama, przekł. Anna Halbersztat i Bartosz Kocejko, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, ss. 287.

 

         Kryminał z Izraela jest u nas słabo znany, czemu trudno się dziwić, bo wyszło ledwie kilka tłumaczeń na krzyż, z których w pamięci utkwiło mi jedynie całkiem niezłe Morderstwo w szabatowy poranek Batyi Gur. Główny bohater powieści Drora A. Mishaniego, policyjny detektyw Awi Awraham, twierdzi nawet z lekką przesadą, że w ogóle „nie ma kryminałów po hebrajsku”. Dlaczego? Tak to tłumaczy: „Bo u nas nie ma takich przestępstw [jak te, o których pisali Agatha Christie i Stieg Larsson – przyp. R.O]. Nie mamy seryjnych morderców, porwań, prawie nie ma gwałcicieli atakujących kobiety na ulicy. Tutaj jeśli ktoś popełni przestępstwo, to jest to na ogół sąsiad, wujek albo dziadek i nie potrzebujemy skomplikowanego śledztwa, żeby ustalić, kto je popełnił, i zamknąć sprawę”. Czy rzeczywiście tak sprawy mają się w Izraelu, trudno mi orzec, jednak fakt faktem, że początkowo książkę Mishaniego, otwierającą cykl kryminalny, czytałem bardziej jak powieść obyczajową czy nawet autotematyczną (o fenomenie powstawania literatury) niźli rasowy kryminał.

         Nie przez przypadek Mishani stylistyką tytułu nawiązuje do skandynawskiej prozy kryminalnej, bo intryga w powieści zbudowana jest wokół sprawy zaginięcia nastolatka i piętrowych rodzinnych tajemnic. Czyli temat jest typowo skandynawski, ale już jego ujęcie niekoniecznie. Do pełniącego wieczorny dyżur na komendzie Awrahama trafia matka, zgłaszająca zaginięcie nastoletniego syna, Ofera. Znużony policjant przekonuje ją, że upłynęło jeszcze zbyt mało godzin od zniknięcia, że chłopak na pewno szybko się znajdzie, bo tak dzieje się w zdecydowanej większości podobnych przypadków. Mijają jednak kolejne doby, a nastolatka ani widu, ani słychu. Awraham ze współpracownikami podejmują coraz bardziej nerwowe działania, które jednak nie przynoszą oczekiwanych skutków. Policjantom trudno znaleźć jest jakikolwiek punkt zaczepienia w śledztwie, bo Ofer okazuje się istną enigmą. Nikt, nawet najbliżsi, nie jest w stanie przybliżyć, jak chłopak żył, czym się zajmował – poza rzeczami oczywistymi. Czy faktycznie nikt nic o nim nie wie? A może wie, lecz nie chce wyjawić prawdy policjantom?

         Przez większą część powieści akcja, podobnie jak dochodzenie, toczy się niemrawo. Taki to już urok powieści procedur kryminalnych. Narrator więc skupia uwagę głównie na dwóch bohaterach, ich problemach i rozterkach. Jednym z nich jest oczywiście Awraham. To mężczyzna w średnim wieku, niewyględny szaraczek, samotny, choć – zdaje się – nie cierpiący zbytnio z tego powodu. Typ pracoholika, który nawet hobby ma zarazem przyjemne, jak i użyteczne w robocie – w oglądanych filmach i serialach kryminalnych, w czytanych powieściach tropi błędy policjantów prowadzących śledztwa. Ma pewne trudności w budowaniu relacji z innymi ludźmi. A do tego czuje się coraz bardziej zmęczony ślimaczącym się śledztwem, które prowadzi go na skraj wypalenia zawodowego. Drugim natomiast, co zaskakuje i intryguje czytelnika, jest sąsiad Ofera, Ze’ew, nauczyciel angielskiego, który swego czasu udzielał chłopakowi korepetycji. Interesuje go samo śledztwo, chce dopomóc w rozwiązaniu zagadki zaginięcia nastolatka, choć podchodzi do tego w sposób niezwykły. Ze’ew jest niespełnionym pisarze, zajęcia na warsztatach pisania skłaniają go do próby spisania historii Ofera, w postaci listów zaginionego do rodziców, które im dostarcza… Początkowo wprowadza głównie zamieszanie w dochodzeniu, koniec końców odegra w nim jednak kluczową rolę. Te dwa przeplatające się w Chłopcu, który zaginął wątki można odczytać jako kolejny głos w sprawie, co jest ważniejsze w policyjnej robocie – żmudna praca, polegająca na zbieraniu i weryfikowaniu informacji poparta zdolnościami dedukcyjnymi czy intuicja, umiejętność „wczucia się” w osobę przestępcy albo ofiary? W powieści Mishaniego zdecydowanie lepsze efektu przynosi metoda intuicyjna.

         Im bliżej końca powieści izraelskiego pisarza tym akcja bardziej przyśpiesza, pojawiają się niezbędne napięcie i twisty. Rzec ujmując krótko, robi się bardziej kryminalnie, jednak bez utraty specyficznej – co by nie mówić – dykcji tego kryminału. Nawet w życiu prywatnym Awrahama zaczyna się coś dziać, bo ten policjant-samotnik poznaje kobietę, która zdaje się go bardzo intrygować.

         Powieść Chłopiec, który zaginął zamyka zdanie: „Ciąg dalszy nastąpi”. I dobrze. Mishani skreślił kawał solidnej, a do tego ciekawie, niebanalnie zakomponowanej prozy kryminalnej. Zwyczajnie ciekawy jestem dalszych przypadków Awrahama i kolejnych pomysłów autora cyklu.

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

(Morderstwo) Tylko we Lwowie...

sobota, 21 września 2013 13:01

 

Radar.jpg

 

(Morderstwo) Tylko we Lwowie...

 

(...) Współczesna Ukraina pojawia się w polskiej prozie kryminalnej/sensacyjnej jedynie incydentalnie, w odległym tle fabuł. Kilka epizodów thrillera szpiegowskiego Vincenta V. Sewerskiego Nielegalni (2011) rozgrywa się we Lwowie i w Kijowie, zaś jeden lwowski znaleźć można w najnowszej powieści Miłoszewskiego Bezcenny (2013) – zresztą z pyszną kreacją upiornej, chutliwej staruszki. Za to przestrzeń miejska Lwowa stała się pełnoprawnym bohaterem w cyklach powieściowych Pawła Jaszczuka i Marka Krajewskiego. Jaszczuk otworzył serię o perypetiach dziennikarza Jakuba Sterna powieścią Foresta Umbra (2004), która przyniosła mu prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszy kryminał roku, potem opublikował jeszcze Plan Sary (2011) i Marionetki (2012). Krajewski już w powieści Głowa Minotaura (2009) wprowadził wątek lwowskiego śledztwa Mocka, a na dobre przeniósł się na dawne Kresy południowo-wschodnie w swoim drugim cyklu kryminalnym z komisarzem Edwardem Popielskim (Erynie, 2010, Liczby Charona, 2011, Rzeki Hadesu, 2012). Tyle tylko że obaj autorzy przenieśli się do Lwowa okresu Międzywojnia. „Pojechali” więc do Lwowa, ale pozostając wciąż w granicach Polski. Nie przez przypadek twórcy kryminałów retro tak dobrze zadomowili się w realiach tego kresowego miasta. Nawiązywali przecież do wyrazistego, rozpoznawalnego i swego czasu cenionego przez czytelników nurtu w naszej prozie (...)

 

Całość tekstu w magazynie literackim "Radar" z września tego roku.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  117 027  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 117027

Lubię to