Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 242 995 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Hanna Winter, Giń

środa, 26 września 2012 14:10

 

Wypruwacz – i wszystko jasne

 

Hanna Winter, Giń, przekł. Urszula Płóciennik, Fabryka Słów, Lublin 2012, ss. 301.

 

         Nie, do lektury thrillera niemieckiej pisarki Hanny Winter wcale nie skusił mnie opis tej książki. Po prostu zabierałem się do pisania artykułu o niemieckich kryminałach i sprawdzałem, jak tam materia kryminalna u naszych zachodnich sąsiadów wygląda. I jednego jestem pewien, książka Winter raczej nie trafi na moją półkę z ulubionymi tłumaczeniami prozy niemieckojęzycznej. Autorka wprawdzie stara się jak może – by nie rzec: napina się – widać, że opanowała reguły gatunku, ale jednak nie wychodzi poza dosyć zgrzebne pisarskie rzemiosło, przede wszystkim dlatego że nie umie zadbać o precyzję konstrukcji intrygi i szczegóły.

         Giń to kolejna powieść o seryjnym zabójcy kobiet i jego ofiarach. Typ subtelnie nazywany Wypruwaczem masakruje w Berlinie kolejne kobiety. Jak łatwo się domyślić, ma to związek z traumą z dzieciństwa (jaką, nie zdradzę, powiem tylko że nie chodzi o molestowanie seksualne). Szczególnie zależy mu na tym, by dopaść Larę, co mu się oczywiście nie udaje. Kobieta i jej córka, na którą też dybie zabójca, uchodzą z życiem, bezradna policja obejmuje je programem ochrony świadków i wysyła na prowincjonalne zadupie. Jednak po latach koszmar powraca…

         Największy problem jest w tej powieści z kreacją Wypruwacza. Trudno mi zrozumieć, dlaczego mając przez długi czas Larę na wyciągnięcie ręki, decyduje się ją wreszcie zabić w najmniej korzystnych okolicznościach z możliwych. I to on, który wcześniej precyzyjnie planował zabójstwa. Oczywiście, zawsze można to tłumaczyć w ten sposób, że był zwyczajnie szurnięty, ale to też nie do końca prawda: Wypruwacz jest wprawdzie ogarnięty pragnieniem zemsty, ale poza tym myśli i działa jak najbardziej racjonalnie. Nie za bardzo wiadomo, w jaki sposób zabójca pozyskuje środki (niemałe, dodam), aby zrealizować swój plan chorej zemsty, a wytłumaczenie, iż wygrywa je w karty, jest dla mnie co najmniej dziwaczne. Równie nieprawdopodobny wydaje mi się motyw cudownego ocalanie córki Lary, której udaje się przeżyć atak Wypruwacza. Takich wątpliwych rozwiązań i niekonsekwencji znaleźć można w powieści Winter więcej.

         W Podziękowaniach autorka zwierza się, że gdy pisze, produkuje wokół siebie chaos. Chyba przenika on także do jej prozy, niestety.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Matti Rönkä, Przyjaciele z daleka

czwartek, 20 września 2012 14:11

 

Jakaś strata, jakiś zysk

 

Matti Rönkä, Przyjaciele z daleka, przekł. Bożena Kojro, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, ss. 207.

 

         Bez wątpienia nie jest to kryminał. Daleko też nowej książce fińskiego pisarza do powieści sensacyjnej, chociaż są w niej opisy pościgów, bijatyk i strzelanin. Co to więc takiego? Opowieść o ludziach fińsko-rosyjskiego pogranicza, problemach ze zbudowaniem spójnej tożsamości i trudnych rozliczeniach z przeszłością.

         Przyjaciele z daleka to trzecia, po Mężczyźnie o twarzy mordercy oraz Dobry brat, zły brat, część serii powieściowej o przypadkach Viktora Kärppy. Dla tych, którzy nie trafili wcześniej na prozę Rönki, krótkie wprowadzenie: Viktor to Rosjanin o fińskich korzeniach, który przeniósł się do kraju przodków i tam próbuje, jak umie, układać sobie życie, a nie jest to wcale łatwe, bo ciągnie za sobą balast niezałatwionych spraw z przeszłości. Bohater jest nie tylko „mężczyzną o twarzy mordercy”, ale po prostu – maszyną do zabijania wyszkoloną przez radzieckie spec służby. Do końca nie udało mu się wywikłać z układów z tajnymi rosyjskimi służbami. Co więcej, już w Finlandii prowadził niebezpieczne biznesy z rozmaitej maści ugrupowaniami przestępczymi i do końca nie popłacił za to wszystkich rachunków. W Przyjaciołach z daleka próbuje przejść na jasną stronę życia: ma kochającą kobietę, prowadzi legalne interesy, właściwie – prawie legalne, bo przecież niezbyt przejmuje się gromadzeniem faktur i rozliczeniami z fiskusem. Jednak pewnego dnia zjawia się u niego dwóch Rosjan z propozycją nie do odrzucenia: Viktor ma przepisać na nich wszystkie swoje firmy, oczywiście bez żadnej gratyfikacji. Bohater początkowo, jak to on, lawiruje, ale gdy zostaje podpalony jego dom a niebezpieczeństwo zaczyna grozić jego kobiecie, postanawia działać. Zaczyna się jego nieco dziwna ni to ucieczka, ni to podróż do Rosji. Towarzyszy mu kumpel, mocno sfrustrowany odstawieniem w pracy na boczny tor fiński policjant Korhonen. Viktorowi niezbyt śpieszy się do rodzinnego kraju, bo wie, że będzie tam musiał podjąć bardzo trudną decyzję. Coś nieodwołalnie straci, ale też i coś zyska.

         Wyprawa Viktora staje się pretekstem do opisu tego, co dzieje się w północno-zachodniej części Rosji, a nie dzieje się najlepiej. Rönkä w dosyć ponurych barwach odmalowuje stopniową degradację społeczno-ekonomiczną tego regionu. Pokazuje też problemy, jakie mają ludzie pograniczna ze zbudowaniem trwałej, spójnej tożsamości, przedstawiając rozterki bohatera, który nie czuje się już w pełni Rosjaninem, ale też nie odnajduje się w rzeczywistości jako Fin, tkwiąc w niewygodnym rozkroku. Oczywiście, tematyka blasków i cieni bytowania na pograniczu była już wałkowana w wielu literaturach na setki różnych sposobów, jednak fińskiemu prozaikowi udało się ją pokazać w sposób dosyć świeży, głównie przez to że zdecydował się na prowadzenie narracji w pierwszej osobie. Narratorem jest Viktor, który w sposób przenikliwy, inteligentny, ironiczny, a czasem nawet zgryźliwy, nieustannie komentuje zarówno własne życie, jak i otaczający go świat. Właściwie cała narracja jest nieustannym ciągiem bon motów, anegdot, błyskotliwych ocen rzeczywistości, a dialogi, będące nieustanną szermierką na słowa, mają niezwykłą dynamikę. Oczywiście, Rönkä trochę przegina, bo w jego prozie właściwie wszyscy bohaterowie mówią tak samo, efektownie żonglując słowem, ale jest to przegięcie, które bardzo mi odpowiada. Mam nadzieję, że nie tylko mnie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Lotte i Søren Hammer, Wszystko ma swoją cenę

czwartek, 13 września 2012 13:22

 

Słabość państwa prawa

 

Lotte i Søren Hammer, Wszystko ma swoją cenę, przekł. Elżbieta Frątczak-Nowotny, Czarne, Wołowiec 2012, s. 501.

 

         Ledwie dwa lata temu duńskie rodzeństwo Hammerów wystartowało z cyklem kryminalnym o Konradzie Simonsenie oraz jego silnej, zwartej i gotowej na wszystko ekipie z wydziału zabójstw, a już seria zyskała miano bestsellerowej. Nieco na wyrost, jak dla mnie… Debiutanckich Niegodziwców przeczytałem jeszcze z przyjemnością, choć miałem świadomość, że książka jest zbudowana na mocno sprawdzonych tematach (pedofilia) i schematach (fabuła, w której równie ważne jak śledztwo są osobiste prowadzących je perypetie policjantów). Wartości przydawało temu tekstowi bardzo zmyślne, pomysłowe rozwinięcie wątku pedofilii, zahaczające o jakże aktualną krytykę słabości państwa prawa – czy też w ogóle zachodniej demokracji. Lektura następnej części cyklu zatytułowanej Wszystko ma swoją cenę dała mi – niestety – dużo mniej satysfakcji.

         Hammerowie znowu postawili na schemat, który realizowany był w prozie kryminalnej/sensacyjnej nawet nie setki, ale pewnie już tysiące razy. Simonsen i spółka ścigają mężczyznę, który w wymyślny sposób morduje młode kobiety, radząc sobie w ten sposób z – jakżeby inaczej!? – licznymi traumami z dzieciństwa (toksyczna rodzina, zła kobieta, która zwichnęła skutecznie i na stałe chłopięcy umysł). Morderca jest poważnie zaburzony i w dużym stopniu odklejony od rzeczywistości, ma jednak na tyle sprytu i inteligencji, że z łatwością wodzi za nos duńskich policjantów i wymiar sprawiedliwości. I nawet mniejsza o to, że ta postać jest dziesiątą wodą po kisielu niezrównanej kreacji Hannibala Lectera, gorzej że wykoncypowana przez duńskie rodzeństwo intryga jest przewidywalna jak słaba gra polskiej drużyny futbolowej. Wiadomo, że policjanci szybko wpadną na to, kto zabija, jasne jest, że aresztują sprawcę, ale będą musieli szybko wypuścić, nie stanowi też niespodzianki fakt, że koniec końców życie jednego ze stróżów prawa będzie zagrożone. I tak dalej, i tym podobne… Poza tym Hammerowie nie zrobili wiele, aby pociągnąć całkiem ciekawie zarysowany w pierwszej części cyklu wątek obyczajowy, czyli opis życia codziennego i uczuciowego policjantów. Jeśli o tę warstwę fabuły chodzi, to we Wszystko ma swoją cenę powtarza się prawie wszystko to, co pojawiło się już w Niegodziwcach.

          Właściwe w nowej powieści Hammerów jest tylko jeden wątek wart uwagi. Już w debiutancką książkę para duńskich pisarzy wpisała krytykę współczesnego państwa prawa, które w dużej mierze odbiera służbom odpowiedzialnym za bezpieczeństwo swoich obywateli możliwość skutecznego działania, ograniczając je szczegółowymi nakazami i zakazami, w znacznym stopniu uniemożliwia też skuteczne izolowanie przestępców od ludzi prawych. Inaczej rzecz ujmując (w bardzo dużym skrócie, zaznaczę) – dbając o przestrzeganie praw należnych mimo wszystko przestępcom, w pewnym sensie igra życiem i zdrowiem ich potencjalnych ofiar. W Niegodziwcach Simonsen, by dopaść mordercę, musiał naginać, łamać prawo. We Wszystko ma swoją cenę jest jeszcze gorzej: aby przerwać serię brutalnych morderstw kobiet i jednocześnie uratować życie współpracowniczki, jest zmuszony wejść w układ z przywódcą groźnej grupy przestępczej, co będzie go drogo kosztowało, bo przecież „wszystko ma swoją cenę”.

         Hammerowie poruszają temat poważny, trudny i niezmiernie aktualny, o czym świadczy chociażby ostatnia głośna sprawa Andersa Brevika, która jakże boleśnie unaoczniła słabość, czy nawet bezradność, norweskiej policji i sądu. Ale przecież nie jest to tylko i wyłącznie problem Norwegów. Szkoda tylko wpisany on został w powieść co najwyżej średnią, jeśli chodzi o jej literackie walory.  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Arnaldur Indriđason, Jezioro

wtorek, 04 września 2012 12:12

 

Zagubiony pośród zagubionych

 

Arnaldur Indriđason, Jezioro, przekł. Jacek Godek, W.A.B., Warszawa 2012, s. 350.

 

         Proza kryminalna Islandczyka Arnaldura Indriđasona jak dotąd wzbudzała we mnie odczucia nieomalże euforyczne, z czego starałem się zdać relacje w swoich tekstach, nic więc dziwnego że miałem nadzieję, iż przy lekturze Jeziora powrócą jakże dobrze znane mi dreszcze przyjemności (lekturowej, oczywiście). A tu nic! Wprawdzie to nadal proza bardzo solidna, w czytaniu niedręcząca i gwarantująca określoną ilość smaczków, ale… Jezioro podejrzanie często zmuszało mnie do formułowania w myślach zdań zaczynających się od „ale” (co pewnie też nie najlepiej świadczy o obecnej kondycji mojego stylu autorskiego…).

         W wysychającym gwałtownie, z niewiadomych przyczyn, jeziorze na Islandii znalezione zostają szczątki mężczyzny obciążone starym, radzieckim urządzeniem podsłuchowym. Badania patologów wskazują, że to ofiara pochodząca z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Nietrudno zgadnąć, że śledztwo prowadzone przez komisarza Erlendura i jego doborową ekipę toczyć się będzie dwoma torami: szpiegowskim i zaginionych mężczyzn sprzed lat. To znaczy głównie koledzy stroskanego zazwyczaj komisarza zajmują się wątkiem ewentualnego szpiega, bo sam Erlendur całkowicie zafiksowuje się na przypadku pewnego sprzedawcy maszyn rolniczych, który dziesięciolecia temu wyszedł z domu po przysłowiowe zapałki i nie wrócił, pozostawiając pogrążoną przez lata w nieutulonym żalu narzeczoną. Właśnie – zaginięcia…

         Z poprzednich części cyklu o Erlendurze wiem już, że komisarza gnębi głęboka trauma spowodowana zaginięciem w dzieciństwie jego młodszego brata, który się nie odnalazł. Policjant nigdy nie przepracował właściwie żałoby, co odcisnęło i wciąż odciska piętno na całym jego dorosłym życiu oraz kontaktach z innymi, tak więc ten problem raz po raz powraca w kolejnych książkach serii niczym bumerang. Jednak w Jeziorze Indriđason przedobrzył z proporcjami, każąc swojemu bohaterowi całkowicie zanurzyć się w na pozór beznadziejnym śledztwie w sprawie zaginionego. Za dużo już jest w prozie Islandczyka o zaginionych ludziach i rozpaczy Erlendurze po stracie brata. Dobrze by było, żeby pisarz porzucił na jakiś czas ten temat i zajął się choćby rozwijanym, choć niezbyt śpiesznie, wątkiem romansowym (tak, tak, zgorzkniały, samotny glina ma wreszcie kobietę, choć jak na razie nie jest pewne, czy na długo!!!). Bo na razie wygląda to tak, jakby sam pisarz zagubił się pośród nazbyt licznych zagubionych.

         W Jeziorze Indriđson sporo miejsca poświęca historiom islandzkich komunistów, niegdyś zafascynowanych „jedynie słusznym ustrojem”, co ma związek z jednym z głównych bohaterów powieści, który lata temu studiował w NRD, co skończyło się – dodam – dla niego życiową tragedią. Szczegółowe opisy rozterek i nagłych iluminacji idealistów politycznych (czytaj: naiwniaków) z Islandii, którzy doświadczyli bolesnego zderzenia z realiami codziennego życia w jednym z państw obozu socjalistycznego, są być może interesujące dla Islandczyków, którym mimo wszystko udawało się trzymać na dystans wobec przepychanek światowej polityki, mnie jedynie znużyły, niczym powtórzenie dawno temu przerobionej lekcji. Indriđason, który zwykle bardzo precyzyjnie konstruuje swoje powieści, tym razem dał się chyba ponieść tematowi, albo po prostu zagrały w nim jakieś dawne bądź obecne lewicowe fascynacje, nie tak przecież rzadkie u skandynawskich autorów kryminałów.

         Trochę się na Jeziorze zawiodłem, ale – wyznam od razu – na pewno dam Indriđasonowi jeszcze szansę. Niejedną.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

środa, 24 maja 2017

Licznik odwiedzin:  108 568  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 108568

Lubię to