Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 874 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Wywiad z Marcinem Wrońskim

piątek, 28 lipca 2017 18:53

Wronski_fota.jpg

fot. (c) Marcin Łobaczewski

Polecam: http://lobaczewski.com/

 

Mastodonty vs. masakratorzy. Decydujące starcie

Z Marcinem Wrońskim rozmawia Robert Ostaszewski

 

Robert Ostaszewski: Dlaczego po doświadczeniach z innymi odmianami prozy, bo pisałeś przecież na przykład prozę postmodernistyczną czy fantastykę, zdecydowałeś się na tworzenie kryminałów?

Marcin Wroński: Być może dlatego, że wierność nie jest moją najmocniejszą stroną. Tak mi przepowiedział prof. Józef Fert, jeden z moich wykładowców, który kiedyś – jak doktor Murek – wpadł na pomysł wróżenia studentom z ich dłoni. Osobiście myślę jednak tak: raczej dlatego, że pisarza definiowałem zawsze jako kogoś, kto żyje z pracy pióra, a nie z grantów i dotacji. Literatura gatunkowa na to mi pozwoliła, chociaż wcześniejsza praca redaktorska i – nazwijmy to z grubsza – artystyczna otworzyły mi oczy na szereg problemów dotyczących stylu, odbiorcy i literackiego życia w świecie. Większość moich poprzednich doświadczeń generalnie oceniam jako pasmo pouczających porażek, które przydały mi się do tworzenia wartościowych literacko kryminałów. Nie oznacza to jednak wcale, że to moje ostatnie słowo, bo skoro mam już nazwisko, mogę pozwolić sobie na więcej wolności.

 

Czyli twierdzisz, że porażki kształcą? Budujące. Gdybyś odniósł porażkę w prozie kryminalnej, co na szczęście nie nastąpiło, po jaki kolejny gatunek byś sięgnął? Może romans?

Gdybym odniósł porażkę, raczej nie rozmawialibyśmy teraz, bo dałbym sobie spokój z pisaniem. W końcu do trzech razy sztuka! Jako twórca postmodernistyczny bywałem czytywany głównie przez kolegów, próbę z fantastyką wspominam jak zły sen, bo zarobiłem niewiele, satysfakcji miałem mniej niż z okresu artystowskiego, a w dodatku w tym samym czasie zostałem zredukowany jak wspomniany już doktor Murek. Wtedy właśnie zawarłem z sobą dżentelmeńską umowę: skoro jako bezrobotny mam dużo czasu, siadam i piszę retrokryminał, który jakoś tam chodził mi po głowie od paru lat. Jeżeli się uda, to będę pisarzem. Jeżeli nie, wyjeżdżam do Warszawy i szukam sobie roboty jako redaktor, bo w tym akurat byłem dobry i do dziś niektórzy autorzy wspominają mnie z łezką w oku. Inna sprawa, że dziś zdarza mi się spotykać także czytelników pytających o kontynuacje mojej zamierzchłej fantasy. Bo przecież takie to było dobre! Odpowiadam, że jest mi bardzo miło, ale równolegle myślę: „A gdzie państwo wtedy byli?”.

 

Czy proza gatunkowa, przecież w dużej mierze oparta na schematach, bardziej Cię ogranicza czy inspiruje?

Spotykając się z artystami pióra, napotykam kilka procent pisarzy znaczących i dziewięćdziesiąt parę takich, którzy mają światu coś potwornie ważnego do przekazania, tylko nie wiedzieć czemu świat jest w stanie skonsumować do tysiąca egzemplarzy nakładu ich prozy. A ja zawsze powtarzam, że literatura jest zagadką umysłową. Można w niej zawrzeć wszystko, co nas interesuje, w klarownym gatunku, na przykład w kryminale, a nawet w romansie. Tylko pisać gatunkowo trzeba niestety umieć, tu nie wystarczy chęć szczera i łaskawość muzy, dlatego nie jest przypadkiem, że w tej dziedzinie tzw. artyści rzadko odnoszą sukcesy. Sam, paradoksalnie, więcej nauczyłem się jako redaktor niż adept pisarstwa. Zaś dzięki zainteresowaniom historycznym doskonale odnalazłem się w kryminale retro, który dał mi możliwość pogłębienia i wyrażenia osobistych pasji, a przy okazji poruszenia wielu spraw ważnych także współcześnie.

 

Co sprawiło, że swego czasu kryminał retro miał tak mocną pozycję w naszej prozie kryminalnej, a nawet – zaryzykowałbym takie twierdzenie – literaturze w ogóle?

To bardzo proste i wiele razy podejmowane: kryminał retro w atrakcyjnej formule zastąpił potrzebną, lecz po wielekroć nudziarską literaturę małych ojczyzn. Czytelnicy byli i nadal w jakiejś mierze są spragnieni lokalnych historii, tyle tylko że pragną się przy tym bawić, ekscytować, a nie smucić i nużyć. Dlatego powieści Marka Krajewskiego czy moje wrosły w mentalny krajobraz swych miast, a ich bohaterowie stali się żywymi odniesieniami do szeregu przedsięwzięć na styku popkultury i sztuki czy popkultury i turystyki. Gdy wrocławski Teatr Współczesny zaczynał grać Koniec świata w Breslau na podstawie prozy Krajewskiego, bilety trzeba było rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Wejściówki na premierowe spektakle na podstawie mojego Pogromu w przyszły wtorek na lubelskim Zamku rozeszły się w ciągu godziny i kasjerzy narzekali, że były awantury. Widać nie pracowali w mięsnym za dawnych czasów! Podobnie jest z wycieczkami po mieście śladami mojego bohatera, komisarza Maciejewskiego. Oczywiście pozostaje pytanie o trwałość tych odniesień, bo miejmy świadomość, że te książki zupełnie inaczej czytają różne pokolenia.

 

To ciekawe! Jak Twoim zdaniem objawiają się różnice pokoleniowe w recepcji kryminałów retro?

Przede wszystkim w tym, że to młodsze rzadko jest już czułe na sentymentalizm literatury małych ojczyzn i jego identyfikacja z historią regionalną jest taka sobie. Ot, choćby dziś, gdy nikomu nie wadząc, kupowałem sobie piwo, zaczepił mnie młody człowiek: „Nic jeszcze nie czytałem, ale czy to pan pisze o złodziejach ze Starego Miasta?”. Starsi ludzie, którzy zaczepiają mnie w mięsnym, formułują to trochę inaczej: „A wie pan, że moja matka spędziła całe dzieciństwo na Starym Mieście? I kiedy czytam pańskie książki, to jakbym jej słuchał!”. Z grubsza – młodszy czytelnik oczekuje od kryminału przede wszystkim story i postaci, a jeśli to można zmieścić w znanych mu dekoracjach, tym lepiej. Starszemu często jest nawet obojętne, czy to krymi, czy cokolwiek, byleby brzmiało jak piosenka, którą już kiedyś słyszał, najlepiej w dobrych kawalerskich czasach. Tacy czytelnicy są też bardziej czuli na tło i potrafią dyskutować na spotkaniach autorskich, czy kiosk był akurat na tym rogu albo czy kancelaria rejenta Lesmana w Zamościu była na prawo, czy na lewo od wejścia. Dlatego nie jest przypadkiem, że na przykład zanurzone we wczesnych latach 80. kryminały neomilicyjne Ryszarda Ćwirleja znakomicie trafiają w target 40-50+. Sam je lubię!

 

Też je lubię! Czy – mówiąc brutalnie – czas kryminałów retro się już kończy?

Tak, i to z kilku powodów. Po pierwsze, prawdziwy namysł nad historią – w przeciwieństwie do łatwej polityki historycznej – obchodzi coraz mniej osób. Po drugie, ten nurt ma minimalne wsparcie w innych dziedzinach sztuki. Jakkolwiek 14 lipca będzie miała premierę teatralna adaptacja Pogromu w przyszły wtorek, to równocześnie zaliczyłem całe lata czasochłonnego i niemal bezowocnego zmagania się z adaptacjami filmowymi, zwieńczone tylko animacją Ta cholerna niedziela. Wprawdzie wciąż trwają przymiarki do filmu pełnometrażowego, lecz nie mam złudzeń, że współczesność jest prostsza do odtworzenia i takie tematy oraz scenerie będą preferowane z jednego powodu: mniejszy koszt i mniejsze ryzyko. A jakby tych zahamowań było mało, zepsuł rynek serial Belle Époque, durniejszy nawet od Życia na gorąco (wiernej gierkowszczyźnie odpowiedzi na Bonda z końca lat 70.), i teraz tylko hazardzista albo idiota ośmieli się dotknąć tematu retro. Po trzecie, po polski kryminał od kilku lat sięga już całkiem młodociany rodzaj (sort?) odbiorców, który ma zupełnie inne preferencje odbiorcze. Nie interesuje go temat, nie interesuje go literackość ani realizm, bo dla niego liczy się lekkostrawny fun, a tego kryminał retro nie zapewni jako ciut bardziej wymagający w odbiorze. Redaktor Filip Modrzejewski prowadzący W.A.B.-owską mroczną serię, powtarzał mi nieraz: „Bo panowie nie wychowali następców”. Coś w tym jest, bo chociaż na naszych warsztatach literackich przewinęły się dziesiątki adeptów, to rady wcieliły w czyn może trzy osoby, ale według mnie problem jest inny: nie zawróci się Wisły kijem. Jest to jednak zjawisko zdrowe, bo niby dlaczego polski czytelnik ma dostawać wyłącznie tłumaczoną pulp fiction, skoro polskie wydawnictwa mogą mu dostarczyć rodzimej? Ten trend jednak w zupełnie innej roli stawia tych pisarzy gatunku, którzy – chociaż nawykowo określają się rzemieślnikami – w odbiorze rosną do Proustów i Joyce’ów. Niekoniecznie z racji stylu, raczej z powodu spadku poziomu oczekiwań.

 

Co sprawiło, że polski kryminał w ostatnich latach stał się tak bardzo popularny?

Dwie kwestie i dwa różne polskie kryminały! Magiczną datę dostrzegam w roku 2014, kiedy dostałem dwie Nagrody Wielkiego Kalibru, czytelników oraz jurorów, a prowadzący galę Irek Grin powiedział: „Skończyła się pewna epoka”. Miał kabaretowo na myśli tylko to, że autor wielokrotnie nominowany zgarnął wreszcie wszystkie laury. Niechcący stał się jednak prorokiem, bo w tym właśnie roku polski kryminał podzielił się na stary i młody. Stary – ten spod znaku Krajewskiego – był już wcześniej wydawany w sporych nakładach, czytany i omawiany nie tylko w prasie, ale też przez literaturoznawców. I było wiszącą w powietrzu oczywistością: pisać polski kryminał to stanąć w rozkroku między literaturą popularną a wysoką, co zresztą potwierdziło niejedno z nazwisk autorów, którzy się do tego zabrali, jak z przytupem Marcin Świetlicki czy z takim sobie Edward Pasewicz. Wszakże jednak wisiało nad tym odium niespodzianki – bo przecież człowiekiem znikąd w świecie literatury był wcześniej filolog klasyczny Krajewski! I tak w roku 2014 „rozpętano” przez nowego wydawcę (Muzę) nową osobowość w postaci niesłusznie niedocenianej wcześniej Katarzyny Bondy. Bonda zrobiona na celebrytkę wyznaczyła nowy trend dotyczący roli i funkcjonowania medialnego pisarza gatunku, a za ciosem poszli tacy autorzy jak Katarzyna Puzyńska albo Remigiusz Mróz. W tym rozdaniu jednak nie chodzi już o literackość ani nawet o tematykę, ale o bycie cool i pulp. I poczułem się nareszcie starszym panem, prawie że Holoubkiem! On swego czasu na zaczepkę pijanego Himilsbacha: „Inteligencja, wypierdalać!”, miał ponoć odpowiedzieć: „Nie wiem jak wy, panowie, ale ja wypierdalam”.

 

Czy dostrzegasz jakieś elementy, które różnią polskie krymi od na przykład skandynawskiego czy anglojęzycznego?

Przed 2014 rokiem powiedziałbym Ci, że polski kryminał ma swoją niepodważalną specyfikę – polskie krymi jest statystycznie lepsze literacko niż jakiekolwiek inne. To odróżniało je zwłaszcza od anglojęzycznego, chociaż również od większości produkcji skandynawskich, które popłynęły w świat na fali kilku rzeczywiście ważnych nazwisk. Dzisiaj mam wątpliwości. Z jednej strony wciąż na polskiej scenie kryminalnej rodzi się szereg wartościowych powieści, jak – poza nazwiskami oczywistymi i ponagradzanymi (Krajewski, Mariusz Czubaj, Zygmunt Miłoszewski itp.) – ostatnie książki Małgorzaty i Michała Kuźmińskich, debiut Bartosza Szczygielskiego albo nowa literacka twarz Anny Kańtoch, bodaj najlepszej stylistki polskiej fantastyki po Sapkowskim; z drugiej mamy wysoce promowany zalew powieści coraz gorszych i pisanych w tempie ekspresowym. W sam raz do pociągu, z tą różnicą, że na przykład Mróz pisze swoje rzeczy szybciej niż jeździ PKP. Ze wszystkimi tego skutkami.

 

Dobrze, zostawmy już ogólne rozważania nad kondycją rodzimego krymi. Sam jestem ciekaw, jak to się rozwinie, choć jestem umiarkowanym optymistą. Niedawno pojawił się Czas Herkulesów, dziewiąta i ostatnia powieść z komisarzem Maciejewskim. Zmęczyłeś się Zyga?

Ostatnia powieść, ale nie ostatnia książka, bo cykl zamknie zbiór opowiadań – tak moich, jak i paru innych autorów ku pamięci Maciejewskiego. Zatem zdążę zmęczyć się jeszcze bardziej – ale serio: to nie jest dla pisarza idealna sytuacja, gdy przez 10 lat obcujesz z jednym bohaterem. Nie mówię, że przez 10 lat piszesz tę samą książkę, bo akurat ja wybrałem ten mniej popularny sposób na cykl – zamiast przyzwyczajać czytelników do trwałości, co i raz próbuję pozyskiwać ich nowym tematem, nową okolicznością i lekko zmodyfikowanym stylem. Mimo wszystko coś z tym fantem musiałem zrobić, bo czuję, że pojawiły mi się historyczne klapki na oczach, jakbym miał Alzheimera – lepiej wiem, co było przed wojną, niż co było wczoraj. Dlatego w przyszłym roku koniecznie muszę zmierzyć się z tematem współczesnym w thrillerze politycznym albo powieści sensacyjnej.

 

A jeśli chodzi o serię z Maciejewskim – bardziej Cię pisarsko wyjałowiła czy rozwinęła?

Bardziej rozwinęła. Gdy patrzę na jej początek i późniejsze powieści, konstrukcyjnie widzę milowe kroki, ale to też jest zbieżne z tym, jak pisało się kryminały 10 lat temu i teraz. Jurorzy najbardziej prestiżowej polskiej nagrody w tym gatunku, Nagrody Wielkiego Kalibru, wtedy wybierali laureata spośród kilkudziesięciu, teraz spośród kilkuset książek. Cykl o Maciejewskim sprawił, że zostałem zawodowym pisarzem – czyli utrzymującym się z pracy pióra, a nie z chałtur i grantów – a równocześnie dzięki niemu jestem gotów do pisania wielu innych rzeczy, i gatunkowych, i niekoniecznie tylko takich.

 

Nie dziwię się, mówiąc szczerze, gdybym miał napisać tak długą serię, najpewniej bym oszalał. Ale mniejsza o mnie. Zyga jest postacią ze sztancy kryminału noir… Coś dodałeś mu od siebie?

Od siebie? W żadnym razie, może nikotynizm i poczucie humoru! Właśnie postać z amerykańskiej sztancy w zetknięciu z polską historią XX wieku nadała jej nowego wymiaru, tak sądzę. Nie wiemy przecież z Chandlera, dlaczego Marlowe jest taki zgorzkniały. Przyjmujemy to na wiarę, bo to fajne, a pierwsi czytelnicy tym bardziej nie zadawali pytań, bo widzieli w tym znamię dobrze im znanej traumy Wielkiego Kryzysu. Natomiast my doskonale rozumiemy, dlaczego zgorzkniały jest Zyga Maciejewski, który tylko dzięki ciotce nie został socjalpokraką jako dziecko rodziców, którzy ponad obowiązki wychowawcze przedkładali walkę o socjalizm i niepodległość. Zyga miał przez chwilę wizję swoich szklanych domów, ale na wojnie polsko-bolszewickiej wyleczył się ze złudzeń. Nadałem mu tylko jeden rys idealistyczny: policyjną robotę, jednakże też podszytą poczuciem winy. Czy to nie ładne? I czy to nie polskie?

 

Wyborne! Wielu pisarzy rodzimych i zagranicznych idzie w masakrę. Stosy trupów, coraz bardziej wymyślne sposoby zabijania, litry krwi. Ostatnie Twoje powieści takie nie są. Myślisz, że to właściwa droga?

Bardzo niewłaściwa, bo bardzo niekomercyjna. Współczesny kryminał generalnie odchodzi od realistycznej powieści o człowieku, zbrodni i karze na rzecz dance macabre. O ile jednak na przykład Pierre Lemaitre robi z tego tylko sztafaż do treści – nie w moim guście, ale jednak – to najmniej bliski mi mentalnie sort epatatorów nic nie robi, tylko kombinuje nad zbrodnią możliwie ohydną i nieprawdopodobną. Ja dotąd, na miarę wytrzymałości gatunku, trzymałem się policyjnego realizmu. To nie jest łatwe, bo trzeba mieć świadomość, że zbrodnia w gruncie rzeczy nie jest ciekawym zjawiskiem – dowodem świeżo nagrodzony koszalińskim Wielkim Jantarem film Bartosza M. Kowalskiego Plac zabaw. Dlatego ktoś taki jak ja musi balansować na granicy wymysłu i prawdopodobieństwa. Czytelnicy jednak coraz bardziej przyzwyczajani są do zbrodni teoretycznie możliwych, lecz absolutnie nierealnych. W tym kierunku idzie cały fun.

Kryminał, jaki jest mi bliski, to taki, który wypośrodkowuje między tym, co jest naprawdę (chociażby po to, aby – jak każda dobra powieść realistyczna – mógł zdiagnozować społeczeństwo), a czysto intelektualną grą detektywistyczną.

 

Jak sądzisz, w którą stronę pójdzie polski kryminał? Masakra i współczesność?

Tak. Pozostaną na rynku do wymarcia mastodonty sprzed roku 2014 i o ile zdążyły umocnić swoje nazwiska, będą sobie radzić jakiś czas w nowym klimacie. Generalnie jednak rynek krymi idzie i pójdzie w stronę pulpy z prostego powodu – tego jeszcze nie było i tego niewyrafinowany czytelnik jest zwyczajnie spragniony, bo wreszcie rozumie polskich autorów spoza fantastyki i romansu, ich basic Polish oraz brak wymagań poznawczych. Wydawcy zaś, szczególnie ci przebijający się, będą tym grali z prostego powodu: na rynku książki powstała potworna nadprodukcja, czego efektem jest krótkie życie książki, zatem co i raz trzeba produkować kolejną. Autorzy gotowi dostarczać powieść co dwa miesiące są w tej sytuacji manną z nieba!

 

Smutną wizję snujesz na koniec. Dziękuję za rozmowę.

Jestem smutny od dziecka. Dziękuję Ci bardzo!

 

Wywiad ukazał się w internetowym wydaniu pisma "Nowa Dekada Krakowska".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Marta Matyszczak "Tajemnicza śmierć Marianny Biel"

środa, 26 lipca 2017 9:25

Mtyszczak.jpgBohater Gucio

Marta Matyszczak, Tajemnicza śmierć Marianny Biel, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2017, s. 296.

    Przyznam się od razu - bardzo cenię podgatunek kryminalny określany mianem krymi-zgrywy. Co to takiego? Kryminały, w których intryga okraszona jest sporą dawką humoru, albo wręcz staje się on konstytutywnym elementem opowieści o zbrodni. Wbrew pozorom krymi-zgrywa jest podgatunkiem bardzo wymagającym, ponieważ - w gruncie rzeczy - mało kto z piszących potrafi żartować w niewysilony sposób, poza tym łatwo jest przeholować z humorem, który podany w nadmiarze - jakby od środka - rozkłada powagę intrygi. Marta Matyszczak porwała się na krymi-zgrywę już w debiucie i nie poległa pisarsko. Rzekłbym nawet, że krymi-zgrywa jest jakby specjalnie skrojona dla pisarki z Chorzowa.
    Akcja powieści rozgrywa się współcześnie w Chorzowie. Złamany przez życie były policjant Szymon Solański przeprowadza się do zapuszczonej kawalerki w familoku znajdującym się w nie najlepszej okolicy. Otworzył działalność detektywistyczną, ale nie poprowadził jeszcze jako łaps żadnej sprawy. Za to zaraz po przeprowadzce w piwnicy familoka znajduje ciało starszej kobiety, tytułowej Biel, byłej gwiazdy miejscowego teatru. Policja uznaje jej śmierć za nieszczęśliwy wypadek, jednak Solańskiemu w tej sprawie ewidentnie coś nie pasuje. Zaczyna nieoficjalne śledztwo, w trakcie którego poznaje mniejsze lub większe tajemnice mieszkańców kamienicy. Pomagają mu Gucio, rezolutny kundelek o trzech łapach wzięty przez Szymona ze schroniska, oraz przyjaciółka od zawsze Róża, dziennikarka lokalnej gazety o bardzo specyficznym wyglądzie i sposobie bycia. Wszyscy zdają się być podejrzani, Solański i spółka gubią się w domysłach, a jak się okazuje w zaskakującej końcówce - "the truth is out there".
    Jak się łatwo domyślić, Matyszczak nawiązuje do klasycznej formuły kryminału zamkniętego pokoju, przy czym "pokojem" jest tu familok. Akcja powieści prowadzona jest w trzech wątkach: trzecioosobowym, w którym przedstawione są główne wydarzenia, pierwszoosobowym, gdzie narratorem jest Gucio, głównie komentujący wydarzenia, oraz znowu trzecioosobowym, w którym poznajmy niewesołą przeszłość tytułowej bohaterki. Dzięki pomnożeniu wątków narracja w Tajemniczej śmierci... jest żywa i zróżnicowana, zaś ukazywane wydarzenia zyskują głębię. Intryga jest poprowadzona sprawnie, z odpowiednią ilością niedopowiedzeń i twistów oraz - co nie bez znaczenia - z czynnym udziałem psa w finale.
    Właśnie - pies. Zwierzę w kryminale to nic nowego, zagadki zbrodni rozwiązywały już psy, koty czy owce. Nie jestem wielbicielem tego rodzaju rozwiązań, ponieważ - moim zdaniem - wprowadzają one do prozy kryminalnej zbędny element fantastyki. Również w powieści Matyszczak momentami drażniła mnie nadświadomość Gucia, zbytnia wiedza na temat świata ludzi, z czego autorka próbowała zmyślnie wybrnąć, pisząc, że pies nabywał tę wiedzę, drąc na strzępy gazety. Całe szczęście, że pisarka postawiła na różnorodność strategii narracyjnych, dzięki czemu psi narrator mimo wszystko raczej ją ubarwia, niźli psuje.
    Ciekawie prezentuje się wpisany w Tajemniczą śmierć... wizerunek Chorzowa czy szerzej - Śląska i śląskości. Matyszczak opisuje jasne i ciemne strony rodzinnego miasta, widać wyraźnie, że je kocha, choć - trzeba przyznać - momentami jest to miłość z rodzaju trudnych. Dobrym rozwiązaniem było wprowadzenia postaci Brygidy Buchty, Ślązaczki z krwi i kości, posługującej się godką. Poza tym z kryminału chorzowskiej autorki sporo można dowiedzieć się o obyczajowości i kulturze Śląska, przy tym elementy opisu kulturowego są tak dobrze splecione z intrygą, że nie sprawiają wrażenia zbędnego encyklopedyzmu.
    I wreszcie - co moim zdaniem jest szczególnie istotne - w czasach, kiedy w rodzimej prozie spod znaku kryminału/sensacji zaczyna dominować polszczyzna w wersji bardzo podstawowej (by nie rzecz wprost: prostackiej), Matyszczak wchodzi do literatury kryminalnej z wyrazistym, oryginalnym i jak na prozę kryminalną wyrafinowanym stylem. Łatwość operowania słowem, potoczystość narracji, umiejętne wprowadzanie humoru i ironii - to wszystko jest w Tajemniczej śmierci...
    Oto pojawił się w kryminalnym światku nowy głos - głos Matyszczak. Prawdopodobnie Tajemnicza śmierć... nie przypadnie do gustu wielbicielom produkcji Remigiusza Mroza, ale nic nie szkodzi. Matyszczak długo zwlekała z debiutem, ale pewnie dzięki temu wyraźnie oznaczyła ścieżkę, którą zamierza podążać. Z chęcią będę pisarce z Chorzowa towarzyszył.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Marcin Wroński "Czas Herkulesów"

piątek, 21 lipca 2017 12:22

Wronski_Czas.jpgTo już jest (prawie) koniec

Marcin Wroński, Czas Herkulesów, W.A.B., Warszawa 2017, s. 294.

    Właściwie trudno jest zacząć omówienie nowej powieści kryminalnej Marcina Wrońskiego inaczej niż w ten oto sposób: to już jest koniec. Choć właściwie nie do końca. Czas Herkulesów jest - jak stanowczo zapewnia pisarz - faktycznie ostatnią (dziewiątą) powieścią w serii o perypetiach przedwojennego policjanta z Lublina Zygmunta "Zygi" Maciejewskiego, chociaż dziesięciotomowy cykl domknięty jeszcze zostanie zbiorem opowiadań. Nie sądzę, aby opowiadania w znaczący sposób wpłynęły na recepcję całości serii, myślę więc, że jest to dobry moment, aby pokusić się o wstępne podsumowanie, analizę i ocenę całości cyklu.
    Na początek przypomnę kilka, jak mi się zdaje, istotnych faktów tyczących prozy kryminalnej Wrońskiego i samego pisarza. Autor z Lublina miał swoje przedkryminalne życie pisarskie - w odróżnieniu od zdecydowanej większości zdeklarowanych "kryminalistów" (oczywiście, kiedy nastąpił boom kryminalny, wielu autorów czy to z tzw. mainstreamu, czy uprawiających inne odmiany prozy gatunkowej zaczęło pisać kryminały, ale to już inna bajka). Przed Maciejewskim pisał między innymi prozę postmodernistyczną, fantastyczną i - jestem o tym przekonany - te doświadczenia mocno wpłynęły na kształt jego kryminałów. Jako autor kryminału Wroński zadebiutował w roku 2007 powieścią Morderstwo pod cenzurą. Był to czas, kiedy niekwestionowanym liderem rodzimej prozy kryminalnej był Marek Krajewski, twórca kryminałów retro z policjantem z Breslau Eberhardem Mockiem. Nic więc dziwnego, że Wroński również, podobnie jak w tym okresie wielu innych pisarzy, postawił na kryminał reto, choć nie do końca poszedł ścieżką wyznaczoną przez pisarza z Wrocławia: zdecydował się na okres międzywojenny a także wojenny jako czas akcji i prowincjonalny Lublin jako jej miejsce. W wywiadach lubelski pisarz wielokrotnie podkreślał, że projekt serii zakładał nie tylko dostarczanie czytelnikom ciekawych intryg kryminalnych, ale również ukazanie wycinka historii rodzimego miasta, które w dużym stopniu zmieniło się po II wojnie światowej. Od roku 2007 Wroński nieomal rok w rok wydawał kolejne części serii z Maciejewskim, stopniowo zyskując rzesze oddanych fanów i uznanie krytyków literackich (nie tylko specjalistów od prozy gatunkowej). Obecnie należy do absolutnego topu rodzimych twórców kryminałów. Co sprawiło, że cykl z Maciejewskim odniósł tak duży sukces?
    Specyfiką długich serii powieści kryminalnych jest, że są one zazwyczaj bardzo nierówne, jeśli chodzi o jakość literacką. Wrońskiemu udało się utrzymać wysoki poziom kolejnych części, co wcale nie jest łatwe. Oczywiście, oprócz wybitnej realizacji gatunku, jaką była powieść Pogrom w przyszły wtorek, za którą pisarz otrzymał zarówno Nagrodę Wielkiego Kalibru, jak i Kryminalnej Piły, zdarzały się książki wyraźnie słabsze, jak chociażby Portret wisielca. Jako się jednak rzekło, poniżej pewnego poziomu autor z Lublina nigdy nie zszedł, żadna z części cyklu nie okazała się ewidentną klapą.
    Współczesne powieści kryminalne najczęściej są miksami różnych podgatunków. Nie inaczej jest w powieściach "maciejewskich". Wydaje mi się, że sukces Wrońskiego w dużym stopniu zasadza się na umiejętnym wyborze i połączeniu podgatunków: kryminału noir, powieści historycznej i powieści z tzw. nurtu małych ojczyzn. Rodem z kryminału noir jest przede wszystkim postać głównego bohatera i część intryg kryminalnych, z powieści historycznej - opis przedwojennego Lublina, kreślony z niezwykłą, antykwaryczyną wręcz, dbałością o historyczny konkret i detale, z prozy małych ojczyzn - próba uchwycenia ducha zróżnicowanej etnicznie, społecznie i religijnie społeczności przedwojennego Lublina. Przy tym z elementów składowych trzech podgatunków Wrońskiemu, co jest sztuką (pisarską), udało się stworzyć udaną autorską układankę. Autor Haiti zrezygnował z obecnej w prozie małych ojczyzn idealizacji i mitologizacji przeszłości, w czym pomocne były mu elementy kryminału noir, te zaś osadzone w świetnie oddanych realiach przedwojennego Lublina nabrały głębi i konkretu przedstawienia - inaczej rzecz ujmując Maciejewski nie był kolejny policjantem-twardzielem, który mógłby funkcjonować wszędzie. Zyga mógł się pojawić tylko w Lublinie. Z przesadą (lekką) mógłbym rzec: Maciejewski to przedwojenny Lublin, a przedwojenny Lublin to Maciejewski. Ważne jest, że umiejętnie łącząc podgatunki powieściowe, Wroński "otworzył" swoją prozę na szerszą rzeszę odbiorców. Seria z Maciejewskim trafia zarówno do zdeklarowanych wielbicieli prozy gatunkowej, jak i tych, którzy po kryminały sięgają z rzadka, albo nawet nie sięgali wcześniej wcale.
    Istotnym elementem cyklu - zresztą, jak to bywa w innych dobrych seriach powieści kryminalnych - jest główny bohater, Zyga Maciejewski. Na pozór jest kolejna odbitka ze sztancy policjanta/detektywa z kryminału noir. Zyga jest człowiekiem nieco oschłym i gburowatym, trochę osobnym, byłym bokserem ze złamanym nosem, niechlujem, skłonnym do bitki i do wypitki, wielbicielem podłych knajp i nieprzesadnie trudnych kobiet; policjantem, który niezbyt przejmuje się regulaminem służby, często przesłuchuje za pomocą pięści i który najchętniej wszystkie sprawy rozwiązywałby w pojedynkę. Jednak jak na realia przedwojennej policji jest dosyć wykształcony i inteligentny. Do tego przy całej swojej chropowatości - wrażliwy, co potwierdza choćby jego trudny związek z Różą, którą wyciągnął z nałogu morfinowego. Ma - jak to bohater noir - swój własny system wartości, którego konsekwentnie się trzyma, a w sobie elementarną niezgodę na zło, szczególnie czynione słabszym czy bezbronnym. Aby ochronić ich albo sprawić by bestialscy przestępcy zostali ukarani, jest w stanie poświęcić wiele. Nawet własny życie czy zdrowie. Maciejewski należy bohaterów wyrazistych, pogłębionych, a przy tym wewnętrznie spękanych, przez co interesuje i intryguje czytelników. Mimo iż momentami drażni, chce się śledzić perypetie policjanta z Lublina. Zainteresowanie Maciejewskim umiejętnie podsyca Wroński, obdarzając go ciekawą, skomplikowaną biografią i właściwie dawkując informacje o jego pokomplikowanych losach w kolejnych powieściach z serii.
    Od czasu sukcesu skandynawskiej prozy kryminalnej nie jest niczym nowym, że autorzy kryminałów poruszają w swoich powieściach poważne tematy społeczne, obyczajowe, polityczne czy narodowościowe. Nie inaczej jest też w serii o Maciejewskim, tym bardziej że takowych problemów w okresie międzywojennym nie brakowało. Jednak przy tym Wroński - chyba, jak mi się zdaje, jako jedyny polski autor - podejmuje w swoich powieściach konsekwentną grę z wymogami poprawności politycznej, która w sporym stopniu blokuje współczesny dyskurs. Widać to wyraźnie na przykładzie przewijających się nieomal przez cały cykl wątków żydowskich. Wroński bez ogródek pisze o antysemityzmie Polaków, choćby w Pogromie w przyszły wtorek czy Portrecie wisielca, ale z drugiej strony nie waha się przed ukazywaniem ciemnych stron społeczności żydowskiej czy nawet mroków żydowskiej duszy, na przykład w powieści A na imię jej będzie Aniela. Momentami autor Kina Venus pisze na ten temat bardzo wyraziście, nie przebierając w słowach. Podobnie zresztą jak w innych kwestia, dla przykładu homoseksualizmu, stosunku do kobiet czy też relacji z innymi nacjami, które tworzyły skomplikowaną mozaikę narodowościową II RP. Przez co Wroński bywa oskarżany a to o antysemityzm, a to o filosemityzm, o homofobię czy mizoginizm. Tyle tylko że pisząc na ten temat, autor nie staje po żadnej ze stron, stara się tylko wiernie odtworzyć realia przedstawianych czasów i w ten sposób pokazuje, że przykładanie do nich kategorii poprawności politycznej jest błędne, bo zwyczajnie anachroniczne. Ta warstwa kryminalnego pisarstwa Wrońskiego jest jeszcze mało rozpozna, a wydaje mi się - warta uwagi i namysłu.
    Na koniec zostawiłem kwestię być może najistotniejszą: Wroński tworzy kryminały literackie, które obecnie są - niestety - wypierane przez proste, by nie rzec prostackie realizacje konwencji pulp. Cóż to takiego kryminał literacki? Otóż taki, rzecz ujmuję oczywiście w dużym skrócie, w którym nie liczy się tylko i wyłącznie zachowanie reguł gatunku, zgrabna intryga i stosy trupów, ale nacisk kładzie się również na literacką jakość tekstu, a ta jest dla autora Haiti istotna, co nie dziwi, skoro przeszedł wcześniej szkołę postmodernistyczną. Wroński jest bez wątpienia najlepszym stylistą polskiego kryminału, a pewnie wielu autorów z tzw. mainstreamu mogłoby się wiele od niego nauczyć. W jego prozie widać dbałość nieomal o każde słowo, zdanie, mnogość stosowanych chwytów stylistycznych. A przy tym nie jest to jedynie sztuka dla sztuki, popis pisarskiej sprawności. Styl w cyklu o Maciejewski ściśle zespolony jest z kryminalną intrygą, rzekłbym nawet, że nie tylko ją uatrakcyjnia, ale wręcz napędza.
    Trochę w powyższym tekście wywinąłem się od opisu Czasu Herkulesów. W tej powieści zaciekawił mnie obraz prowincjonalnego Chełma, który przed wojną intensywnie się rozbudowywał, zaintrygowała wpisana w fabułę historia zapasów, o której nie miałem pojęcia, zauroczyła jedna z ostatnich scen, w której to w knajpie o wdzięcznej nazwie Niespodzianka Zyga rozmawia z kobietą swojego życia, Różą oraz chełmskim tajniakiem. Jednak jeśli chodzi o całość cyklu, powieść uplasowałbym w strefie stanów średnich. Wroński niczym mnie nie zaskoczył, znalazłem w powieści to, co spodziewałem się znaleźć. Tyle tylko i aż tyle, bo nie twierdzę, że lektura mnie zmęczyła. Trochę więc jest mi żal, że nie będzie mi już dane przeczytać kolejnej powieści z Maciejewskim. Z drugiej jednak strony, jeśli pisarz chce zamknąć cykl, mogę mu tylko przyklasnąć. Lepiej zrobić to teraz, kiedy w serii "maciejewskiej" nie było wyraźnej wpadki. Do tego jestem pewny, że jest dla autora z Lublina życie po Maciejewskim. I nie będzie to złe życie. Wroński mnie i innych czytelników jeszcze zaskoczy. Tego jestem pewien!


Tekst ukazał się w internetowym wydaniu pisma "Nowa Dekada Krakowska".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Antti Tuomainen "Kopaliśmy sobie grób"

wtorek, 11 lipca 2017 14:37

Tuomainen_Kopalismy.jpgZmrożone emocje

Antti Tuomainen, Kopaliśmy sobie grób, przeł. Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 317.

    Proza fińskiego pisarza Anttiego Tuomainena była dla mnie jednym z odkryć zeszłego roku. Mam na myśli powieść Czarne jak moje serce. Powieść ta wpisywana jest w nurt określany mianem helsinki noir, z czym nie do końca się zgadzam. Oczywiście, powieści Tuomainena są mroczne, ale nie noir - przede wszystkim dlatego, że Fin pisze właściwie powieści psychologiczne z wątkiem kryminalnym, a nie typowe kryminały. Nie inaczej jest w powieści Kopaliśmy sobie grób, a nawet w porównaniu z poprzednią jest w niej jeszcze więcej psychologii.
    Tuomainen po raz kolejny sięga po wątek zaginionego rodzica i problemów rodzinnych, z którymi musi się zmagać główny bohater. Jest nim dziennikarz z Helsinek Janne Vourii. Trzydzieści lat wcześniej, gdy Janne był małym dzieckiem, zniknął jego ojciec i nie dawał znaku życia. Matka nigdy nie wyjaśniła synowi, co się wtedy stało. Sam Janne, pracoholik maksymalnie skoncentrowany na dziennikarskiej robocie, coraz bardziej zaniedbuje swoją partnerkę i córeczkę. Konflikt w rodzinie eskaluje z dnia na dzień, choć jest... cichy (o czym będzie za chwilę).
    Intryga kryminalna w Kopaliśmy... wpisuje się w prosty schemat eko-kryminału. Janne z anonimowego źródła dostaje cynk, że znajdująca się na dalekiej północy kraju kopalnia niklu, stosująca eksperymentalną metodę wydobycia, truje całą okolicę, aby wyjść na swoje. Dziennikarz bardzo szybko przekonuje się, że coś jest na rzeczy, tym bardziej że zaczyna go nękać ochrona kopalni. Sprawa komplikuje się, gdy zaczynają ginąć kolejni członkowie zarządu firmy górniczej.
    W drugim wątku powieści ukazywana jest historia ojca dziennikarza. Otóż okazuje się, że ojciec jest... zawodowym zabójcą, bardzo skutecznym. Po trzydziestu latach nieobecności wraca do Helsinek, ponieważ ma tam zlecenia, ale również dlatego że myśli o porzuceniu zbrodniczego fachu. Szuka także kontaktu z byłą żona i synem, co w równym stopniu zadziwia jego bliskich, jak i jego samego. Jak łatwo się domyślić, ojciec będzie miał swoją rolę do odegrania podczas dziennikarskiego dochodzenia w sprawie kopalni.
    Odczytywana jako kryminał powieść Kopaliśmy... wypada blado. Intryga jest schematyczna, banalna i przewidywalna. Brakuje w niej zagadek, zwrotów akcji i napięcia. Za to napięcia jest aż nadto w warstwie psychologicznej tekstu. Napięcia między dziennikarzem a jego partnerką, między dziennikarzem a jego rodzicami, a także innymi postaciami drugoplanowymi powieści. Przy czym - co dla mnie jest najciekawsze - Tuomainen przybliża zupełnie inny typ emocjonalności niż ten, który jest nam znany, który oswoiliśmy. To świat emocji jakby zmrożonych, pokrytych niewidoczną warstewką lodu. Bohaterowie powieści kłócą się, nie podnosząc głosu; prowadzą rozmowy, komunikując się przy pomocy minimalnej ilości słów albo w ogóle pozawerbalnie. Umykające spojrzenia, niewielkie grymasy twarzy, pochylenie głowy. Nic nie jest wypowiadane wprost, bohaterowie muszą się domyślać, co druga osoba ma na myśli. Powinni o to spytać, lecz nie pytają.
    Bohaterowie powieści zdają się potwornie samotni, osobni, zamknięci w bańkach oddzielających ich od innych. Czasami wykonują w ich stronę jeden krok, by zaraz cofnąć się o dwa. Jest w tym tańcu przyciągania i odpychania smutek, ale również rezygnacja i akceptacja stanu rzeczy. Choć pokrętna. Pisarstwo Tuomainena jest prozą pytań. Czy człowiekowi potrzebni są inni? Czy samorealizacja jest istotniejsza od odpowiedzialności za bliskich? Czy więzy krwi cokolwiek znaczą we współczesnym świecie? Czy ochrona bliskich rozgrzesza zbrodnię? Czy człowiek mający na sumieniu dziesiątki ludzkich istnień może być dobry? I tak dalej, i tym podobne. Fiński pisarz przedstawia te problemy, analizuje, ale nie spieszy się z udzielaniem odpowiedzi. Zostawia je do przemyślenia czytelnikowi. I na tym głównie polega moc i czar tej pogłębionej psychologicznie, wyciszonej, kameralnej prozy.
   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Andrzej Dziurawiec "Festiwal"

czwartek, 06 lipca 2017 5:39

Dziurawiec_festiwal.jpgMiłość, która rani

Andrzej Dziurawiec, Festiwal, W.A.B., Warszawa 2017, s. 462.

    W roku 2013 został opublikowany thriller Bastard (zresztą, jak na mój gust, jeden z ciekawszych w ostatnich latach), którym Andrzej Dziurawiec rozpoczął przygodę z prozą spod znaku zbrodni rozmaitych. Festiwal jest kontynuacją przygód warszawskiego policjanta Szuberta, jego bliskich i kolegów z fabryki, choć autor tak prowadzi fabułę i dawkuje informacje, że bez większego trudu można tę powieść czytać bez znajomości części pierwszej. I z miejsca zdradzę, że druga część jest jeszcze bardziej zakręcona (w pozytywnym znaczeniu), wielowarstwowa i lepiej napisana niźli część pierwsza.
    Szubert ma czterdzieści dziewięć lat, jest na wczesnej policyjnej emeryturze i nie bardzo pali się do podjęcia jakiejkolwiek pracy, o policyjnej robocie nawet nie wspominając. Próbuje odbudować relacje z ukochaną córką, która wyprowadziła się z domu i pomieszkuje w squocie, komplikuje relacje z parą swoich przyjaciół Mateuszem i Havą. I opiekuje się przeuroczą dożyczką Welą. Rzec można, życie! Wszystko zmienia się nieomal z dnia na dzień równo w drugą rocznicę zakończenia przez Szubert śledztwa w sprawie seryjnego zabójcy. W tym samym miejscu, gdzie kończył to śledztwo, teraz w wyrafinowany i bestialski sposób zostaje zamordowana kobieta. Szybko okazuje się, że to Amerykanka, gwiazda feminizmu, która do Warszawy przyjechała na Międzynarodowy Festiwal Cipki WAGINALIA (sic!). Potem w równie krwawy sposób giną jeszcze dwie kobiety związane z tą imprezą. Czyżby to protest ideologicznie zorientowanego zwyrodnialca? Okazuje się, że niekoniecznie, bo zabite zostają kolejne osoby, a coraz więcej związków ze sprawą okazuje się mieć Szubert i jego bliscy. Chcą nie chcąc, policjant-emeryt musi włączyć się do śledztwa, w którym nie raz, nie dwa zbierze po głowie (jak najbardziej dosłownie - bejsbolem).
    Jak zwykle przy omówieniach tego rodzaju książek zacząłem od przybliżenia intrygi kryminalnej, choć w Festiwalu nie jest ona najważniejsza. Albo inaczej - nie tylko ona jest ważna, bo to powieść wielowarstwowa, udanie łącząca elementy thrillera, miejskiej powieści kryminalnej i powieści obyczajowo-romansowej. Sporo elementów? Sporo, ale z głową przez Dziurawca połączonych. Wielbiciele mrocznych i krwawych historii znajdą w Festiwalu klimaty rodem z filmów Siedem czy Horsemen (inspiracje filmowe są w prozie tego pisarza wyraźne, co nie dziwi, bo jest przecież także scenarzystą). Ci, którzy lubią miejskie opowieści znajdą zróżnicowany obraz współczesnej Warszawy, zarówno przestrzeni, jak i warszawskiej społeczności - ze szczególnym uwzględnieniem środowisk kontrkulturowych, subkulturowych oraz mniejszości seksulanych zderzonych z "normalsami". Zaś dla pozostałych są liczne w powieści historie miłosne. Tak właśnie! Bo gdybym miał w jednym zdaniu powiedzieć, czym Festiwal jest, rzekłbym, że to paradoksalnie opowieść o miłości, objawiającej się w bardzo różny, czasami zaskakujący sposób. Oczywiście, tworzenie wielowarstwowych powieści, w których miksuje się elementy różnych gatunków powieściowych, obarczone jest ryzykiem, że nie trafi się w czytelnicze gusta. Fani "twardych" thrillerów będą pewnie narzekać, że za wiele w Festiwalu jest obyczajowej "waty". Zwolennicy rozbudowanych wątków obyczajowych - że za krwawo i za brutalnie. Mnie jednak tego rodzaju konstrukcje powieściowe bardzo odpowiadają, tym bardziej że są zwyczajnie trudniejsze do napisania niźli klasyczny thriller czy "obyczaj".
    Wracając do miłości, warto zwrócić uwagę, że pojawia się ona już w głównej osi fabuły, czyli intrydze, bo osoba, która zabija, pała chorym afektem do Szuberta. Policjanta łączy trudna miłość rodzicielska z córką, potem zaś zakochuje się w Havie i zaczyna zastanawiać się, którą z tych kobiet życia kocha mocniej (co będzie miało znaczenie dla intrygi). Hava śpi z Szubertem, ale kocha jego przyjaciela Mateusza, ten zaś wręcz wielbi Havę za to sypia z inną. Starsza aspirant Kozak była kiedyś z Szubertem, a teraz szuka pocieszenia, nie nazbyt skutecznie, w ramionach ekscentrycznego naukowca rodem z Madagaskaru itd. itp. A do tego dochodzą jeszcze liczne związki damsko-damskie i męsko-męskie. Rozmaitość wielka, jednak jest jeden element, który łączy większość związków przedstawionych w powieści: to miłości trudne, asymetryczne, skazane na niespełnienie czy ewidentną porażkę. Osoba, która zabija zostawia specyficzną wiadomość dla Szuberta, wyrytą w korze drzew: "Love hurts". Czytając Festiwal, trudno się z tym nie zgodzić. Choć - przyznam - niektóre z miłości opisywanych przez Dziurawca wydały mi się nieco wydumane, by tak rzec - przeszarżowane, jak choć te łączące w nierównoboczny trójkąt Havę, Mateusza i Szuberta; z drugiej jednak strony można to uznać za wariację na temat motywu poliamorii, popularnego nie tak dawno w tzw. prozie mainstreamowiej.  
    Zawsze, kiedy jest okazja ku temu, a w przypadku Festiwalu jest jak najbardziej, staram się ten element podkreślić - Dziurawiec ma własny rozpoznawalny styl, co u rodzimych autorów prozy spod znaku zbrodni jest rzadkością. Niestety. Posługuje się językiem wyrafinowanym, ale przy tym - może nieco paradoksalnie - prosty i klarownym, doprawia tekst nienachalnym humorem i nasyca intertekstualnymi nawiązaniami do literatury czy kultury w ogóle, zapraszając czytelnika do zabawy w "zgadnij, skąd ten cytat/postać/motyw". Widać, że pisarz świetnie bawi się pisząc i do tej zabawy zaprasza odbiorców.
    Nowa książka Dziurawca to prawdziwy festiwal pomysłów. Z chęcią przeczytam kolejną część przygód Szuberta i spółki, chociaż zaiste nie mam bladego pojęcia, jak autor wybrnie z tego, co zgotował swoim bohaterom w końcówce ostatniej powieści.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 19 października 2017

Licznik odwiedzin:  116 072  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 116072

Lubię to