Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 148 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Anna Trojan, Jak makiem zasiał

poniedziałek, 30 lipca 2012 9:23

 

Cięty na trupy

 

Anna Trojan, Jak makiem zasiał, Prószyński i S-ka. Warszawa 2012, s. 262.

 

         Mimo iż z roku na rok pojawia się u nas coraz więcej interesujących kryminałów współczesnych, to jednak nieodmiennie najpopularniejsze pozostają retro kryminały, zmienia się jedynie to, że chętniej niż jeszcze kilka lat temu sięgają po ten podgatunek pisarki, próbując przy tym nieco go zmodyfikować. Tak też jest w przypadku Anny Trojan, debiutującej powieścią Jak makiem zasiał.

         Jaszczuk, Krajewski czy Wroński łączą kryminał retro z miejskim, opisy Lwowa, Breslau czy Lubliną są w książkach tych autorów równie ważne jak kryminalne intrygi. Trojan poszła inną ścieżką, bo akcja jej powieści dzieje się poniekąd „wszędzie i nigdzie”, w umownej przestrzeni niewymienionego z nazwy dziewiętnastowiecznego mazowieckiego miasteczka położonego niedaleko Warszawy, na którą składa się niewiele elementów, takich jak szpital, cmentarz, kościół, rynek czy kilka knajp. Takie rozwiązanie ma swoje plusy i minusy, z jednej strony miejsce akcja jawi się jako nieco abstrakcyjne, z drugiej – pozwala autorce mocniej skupić uwagę na intrydze kryminalnej.

         Początek powieści Trojan wskazuje, że autorka postanowiła stworzyć ponurą opowieść o mrocznych stronach ludzkiej psychiki, wzorowaną na historiach z powieści Krajewskiego. Na miejscowym cmentarzu ktoś rozkopuje groby i rozcina ciała zmarłych. Degenerat wydaje się nieuchwytny, co niezwykle irytuje szefa policji, komisarza Połżniewicza, w końcu zostaje jednak schwytany, przyznaje się do winy i składa obszerne wyjaśnienia. To jednak wcale nie jest koniec kłopotów. Przestępca zostaje otruty, ginie też nazbyt wścibski pomocnik aptekarza, a komisarz zostaje znaleziony z rozbitą głową… Koniec końców okazuje się, że zbrodniczą serię napędzało nie tyle rozpasane zło, co raczej splot nieszczęśliwych przypadków.

         Powieść Trojan, jak na debiut, wygląda całkiem solidnie. Autorka wykoncypowała ciekawą, zaskakującą intrygę, umiejętnie wplatając w nią swoją zawodową wiedzę (pisarka pracuje naukowo, zajmując się historią farmacji). Nieźle też prezentują się w tej książce postaci zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe: spokojny Połżniewicz, wierzący w siłę dedukcji, jego dwaj podwładni: niezbyt lotny, ale doświadczony Drużyński, który wie niemal wszystko o wszystkich mieszkańcach miasteczka, oraz ambitny młody Trzeci; a także dwaj rywalizujący ze sobą miejscowi lekarze. Nie udało się jednak Trojan uniknąć (do spółki z redaktorką powieści…) kilku kiksów. Pomiędzy poszczególnymi całostkami narracyjnymi w Jak makiem zasiał są zbyt ostre, nagłe przejścia, zaburzające rytm lektury (poprawki powinna zasugerować redaktorka, ale, jak widać, nie zrobiła tego). Powieść jest trochę rozchwiana stylistycznie, jakby autorka nie była do końca zdecydowana, czy chce stylizować tekst na język prozy dziewiętnastowiecznej, czy raczej posługiwać się współczesną polszczyzną. Jak dla mnie książka Trojan powinna być obszerniejsza; rozwinięcie wątków pobocznych – na przykład coraz bardziej komplikujących się relacji komisarza z żoną – wprowadziłoby, z pożytkiem dla tej prozy, nieco „powietrza” w skondensowaną fabułę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Sara Blædel, Handlarz śmiercią

piątek, 27 lipca 2012 13:52

 

Bez napięcia

 

Sara Blædel, Handlarz śmiercią, przekł. Iwona Zimnicka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 365.

 

         W okładkowym blurbie autorka bestsellerowych powieści kryminalnych Camilla Läckberg stwierdza w krótkich żołnierskich słowach: „Uwielbiam kryminały Sary Blædel”. Ja zaś uwielbiam książki Läckberg. Okazuje się, że gusta czytelnicze Szwedki i moje są jednak całkiem odmienne, bo Handlarz śmiercią zamiast uwielbienia wywołał u mnie jedynie znudzenie.

         Dunka Blædel to kolejna – trudno już zliczyć która… – skandynawska pisarka wprowadzana na nasz rynek z etykietką gwiazdy kryminału. W Handlarzu śmiercią, pierwszej części cyklu, odnaleźć można schematy doskonale już znane z innych kryminalnych produkcji skandynawskich. Jest więc w tej powieści kobieca bohaterka, a nawet dwie: policjantka i dziennikarka, bardzo bliskie przyjaciółki, których relacje bywają pokomplikowane przez to, że zakresy ich obowiązków służbowych często się pokrywają. Jest grupa drugoplanowych bohaterów, policjantów z wydziału zabójstw, których współpraca nie zawsze układa się najlepiej. Jest intryga kryminalna zbudowana wokół tematu handlu narkotykami. Jest w końcu rozbudowany wątek obyczajowy, ukazujący niełatwy związek policjantki z narzeczonym. Rzecz ujmując krótko, nic nowego, nic specjalnego. To nawet nie jest specjalny zarzut, w końcu proza kryminalna w przeważającej większości oparta jest na mocno sprawdzonych patentach i wzorach. Tyle tylko że Blædel nie udało się tchnąć w wykorzystywane schematy życia.

         W Handlarzu śmiercią brakuje napięcia i dynamiki. Dunka porwała się na kryminał procedur policyjnych, podgatunek kryminalny dosyć trudny, który stawia przed pisarzem nie lada jakie wyzwanie: tak opisywać rutynowe czynności śledcze – czytaj: zajęcia przeważnie nudne – aby nie przyprawić czytelnika o ziewanie. Blædel poległa. Kolejne całostki fabularne są bliźniaczo do siebie podobne: główna bohaterka, jedna lub druga, z mniejszym lub większym trudem wstaje rano, potem następuje ciąg zebrań ze współpracownikami, rozmów z podejrzanymi i świadkami, żmudne weryfikowanie i analizowanie zebranych informacji, wreszcie pod koniec dnia bohaterka zmaga się z osobistymi problemami. I tak wkoło Macieju. Jakie takie napięcie pojawia się dopiero, kiedy okazuje się, że życie wścibskiej dziennikarki jest zagrożone, ale dzieje się to pod sam koniec książki – i naprawdę trzeba wykazać się sporą cierpliwością, aby dotrwać do tego momentu, w czym dodatkowo nie pomaga całkowicie bezbarwny, nijaki styl tej prozy (co, jak podejrzewam, nie wynika ze złej jakości tłumaczenia, bo powieść przełożyła bardzo zacna, sprawdzona tłumaczka).

         Właściwie na plus książce Blædel można zapisać jedno: jest, jak na standardy obowiązujące obecnie w prozie kryminalnej, krótka.  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Martha Grimes, Pod Anodynowym Naszyjnikiem

środa, 25 lipca 2012 10:04

 

Zła moc klejnotu

 

Martha Grimes, Pod Anodynowym Naszyjnikiem, POLITYKA Spółdzielnia Pracy i Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 341.

 

         W podlondyńskiej wsi w środku mrocznego lasu, odwiedzanego zazwyczaj tylko przez miłośników bezkrwawych polowań na ptaki, zostają znalezione zwłoki młodej kobiety z obciętymi palcami jednej dłoni. Sprawa w sam raz dla nadinspektora Jury’ego ze Scotland Yardu i jego kompana Planta, któremu tym razem udaje się uniknąć dręczącej obecności upiornej cioteczki Agathy. Ginie kolejna kobieta, na mieszkańców wsi pada blady strach, a śledztwo coraz bardziej się wikła, kiedy okazuje się, że morderstwa mogą mieć związek z kradzieżą drogocennego naszyjnika, który zdaje się sprowadzać na ludzi nieszczęście.

         Właśnie, cioteczka Agatha… Opowieści kryminalne Grimes są eleganckie, pełne polotu i przewrotnego, wyrafinowanego humoru, którym autorka przełamuje opisy zbrodni (często – brutalnych). Ale znaleźć można w nich coś jeszcze, co podnosi ich literacką wartość: całe tabuny świetnie nakreślonych postaci drugiego planu, raz komicznych, raz tragicznych, składające się na rozległą galerią barwnych typów ludzkich. Wprawdzie w powieści Pod Anodynowym Naszyjnikiem upiorna cioteczka – przez wielu czytelników Grimes uważana za najlepszą postać z cyklu o Jurym – pojawia się tylko w jednej scenie, ale za to amerykańska pisarka stworzyła inne, równie intrygujące. Jedną z nich jest wścibska a przy tym piekielnie inteligentna Emily, dziesięcioletnia dziewczynka jak nikt w okolicy umiejąca opiekować się końmi (i zdecydowanie bardziej ceniąca te zwierzęta od ludzi…), która zna wszystkie małe i duże tajemnice mieszkańców wioski i umie z tej wiedzy cynicznie korzystać. Nie mówiąc już o nakreślonej z wyraźnie satyrycznym zacięciem rodzinie Crippsów z podłej dzielnicy Londynu, której głowa jest opojem i ekshibicjonistą, żona ma wszystko mówiącą ksywkę Słonica, dzieci zaś to rozwrzeszczana, niepoliczalna czereda zawsze głodnych bachorów, terroryzująca całą ulicę. Co tu kryć, typy z gatunku upiornych zdają się Grimes udawać się najlepiej!

 

(Ten tekst po raz pierwszy ukazał się w tygodniku "Polityka".)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bartłomiej Rychter, Ostatni dzień lipca

wtorek, 24 lipca 2012 15:10

 

Superbohaterowie w powstaniu

 

Bartłomiej Rychter, Ostatni dzień lipca, W.A.B., Warszawa 2012, s. 351.

 

         Kryminalne historie z II wojną światową w tle to nie jest u nas nic nowego, wystarczy wspomnieć choćby Festung Breslau Marka Krajewskiego czy Gotenhafen Izabeli Żukowskiej, ale chyba nikt do tej pory, jeśli dobrze pamiętam, nie pokusił się o napisanie kryminału, którego akcja rozgrywa się podczas powstania warszawskiego. Zrobił to dopiero Bartłomiej Rychter, znany chociażby z kryminału retro Złoty wilk (2009). W retrokryminałach zawsze niezwykle istotna jest dbałość o szczegóły, precyzyjne oddanie historycznych realiów, ale opowieści osadzone w czasach II wojny wymagają szczególnie dokładnej dokumentacji. Dlaczego? Otóż, jak sądzę, przeciętny czytelnik wie zdecydowanie więcej o latach wojennych niż – powiedzmy – życiu codziennym w Polsce międzywojennej, okresie tak ukochanym przez rodzimych autorów kryminałów retro. Łatwiej więc w tym przypadku o pisarski kiks. Jak poradził sobie z tym Rychter? Przyznam szczerze, że po lekturze Ostatniego dnia lipca odczucia mam mocno mieszane.

         W nowej powieści pisarza z Sanoka jest dwóch głównych bohaterów, stojących po różnych stronach barykady. Antoni Chlebowski przed wojną był wziętym adwokatem, potem stracił żonę i prawie całkiem wzrok, popadł w głęboką depresję; „walczy” w AK piórem, pisząc teksty do podziemnych gazetek. Klaus Enkel to zwykły żołnierz Wehrmachtu, wyróżnia go jedynie to, że mocno przyjaźni się z Frinkiem, o którym chodzą słuchy, że jest gejem. Obaj, Polak i Niemiec, podczas powstańczej zawieruchy prowadzą prywatne śledztwa. Tuż przed wybuchem powstania wypada z okna młoda radiotelegrafistka z AK. Na pierwszy rzut oka wygląda to na wypadek, poza tym tuż przed godziną W nikt nie ma głowy, aby zajmować się tą sprawą. Nikt poza Chlebowskim, który jest przekonany, że ktoś dziewczynę zamordował. Przyjaciel Enkela popełnia samobójstwo – przynajmniej taka jest oficjalna wersja, w którą Klaus jednak nie wierzy. Robi wszystko, aby dopaść jego domniemanych zabójców, co nie będzie łatwe, bo zostaje uwikłany w straceńczą misję pewnego esesmana. Jak łatwo się domyślić, obie te sprawy w pewnym stopniu łączą się ze sobą, a ich finał jest dosyć zaskakujący.

         Przede wszystkim Ostatni dzień lipca jest – podobnie jak wcześniejsze książki Rychtera – bardzo dobrze napisany; bez dwóch zdań, autor Złotego wilka to jeden z najlepszych – obok Marcina Wrońskiego – stylistów w światku rodzimych „kryminalistów”. Zwraca również uwagę sugestywny opis walczącej Warszawy. Taki a nie inny przebieg intrygi kryminalnej sprawia, że pisarz skupia uwagę głównie na tym, co dzieje się za powstańczymi barykadami, czyli na tragicznym losie cywilów. W tym przypadku blisko jest powieści Rychtera do – toutes proportions gardéesPamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego. Jednak pewne elementy w kreacji głównych bohaterów tej powieści, jak i w przebiegu kryminalnej fabuły wydają się mocno wątpliwe. Rychter, chcąc – jak mi się wydaje – stworzyć jak najbarwniejsze postaci i efektowną intrygę, nieco zapomniał o prawdopodobieństwie. Chlebowski i Enkel jawią się bowiem niczym superbohaterowie z komiksu, których kule i odłamki wybuchających wkoło pocisków się nie imają. Prawie ślepy Polak wychodzi cało z największych opresji, na przykład mocno osłabiony po postrzale w głowę rączo umyka przed zajmującymi powstańczy szpital Niemcami. Podobnie Enkel… Dostaje tyle ciosów kolbą karabinu w brzuch, że już w połowie książki powinien mieć zmiażdżoną wątrobę. Poza tym udaje mu się przeżyć w piwnicy, którą niemieccy żołnierze potraktowali miotaczami ognia. Obaj bohaterowie z zadziwiającą łatwością, mimo panującego wokoło chaosu, odnajdują osoby, do których chcą dotrzeć. Z jednej strony są więc z Ostatnim dniu lipca solidnie oddane realia tragicznych powstańczych dni, z drugiej – dosyć nieprawdopodobna historia weń wpisana. Trochę się to jednak „gryzie”.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jo Nesbø, Upiory

środa, 18 lipca 2012 14:44

 

Zabójcze upiory

 

Jo Nesbø, Upiory, przekł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2012, s. 428.

 

         Jo Nesbø – jak dla mnie jeden z najlepszych obecnie autorów kryminałów – przyzwyczaił już czytelników do tego, że tworzy mroczne opowieści, odkrywające niezgłębione – zdawać by się mogło – pokłady zła, tkwiącego w ludziach, ale w Upiorach przeszedł samego siebie. Na pozór jest to tylko kolejna powieść o narkobiznesie i ludziach weń uwikłanych, jednak na plan pierwszy zdecydowanie wysuwają się w niej perypetie i rozterki głównego bohatera Harry’ego Hole’a. Ten świetny glina, ale przy tym pijak i furiat, który zazwyczaj ma gdzieś policyjne procedury, przeszedł przemianę i zaczął nowe życie. Rzucił pracę w policji, wyjechał do Azji i przede wszystkim przestał pić. Jednak po kilku latach zmuszony jest wrócić na stare śmieci, do Oslo. Na melinie narkomanów zostaje zastrzelony młody mężczyzna, sprawa wydaje się banalnie oczywista, tyle tylko że oskarżonym o tę zbrodnię jest Oleg, syn kobiety, z którą kiedyś Hole chciał układać sobie życie, traktowany przez niego nieomal jak własne dziecko. Harry nie wierzy w jego winę, wraca do Norwegii, by poprowadzić prywatne śledztwo, co nie jest dla niego łatwe, bo musi zmierzyć się z upiorami z przeszłości, własnymi demonami, które kiedyś prawie go zabiły i przed którymi uciekł na kraj świata. Jak łatwo się domyślić – nie zdradzam chyba zbyt wiele – starcie z mroczną częścią własnego „ja” nie skończy się dla eks-policjanta dobrze, a cała, bardzo powikłana historia, będzie miała naprawdę zaskakujący finał.

         W Upiorach znalazło się wszystko to, co w prozie Nesbø najlepsze. Przede wszystkim pełnokrwisty bohater. Hole to nie jest tekstowy fantom zlepiony z kilku charakterystycznych elementów wykorzystywanych do znudzenia przez autorów kryminałów. W powieści Nesbø równie ważne jak kryminalna intryga jest to, co dzieje się w głowie Harry’ego, jego lęki, pragnienia, emocje… Norweski pisarz na szczęście nie trzyma się kurczowo skandynawskiego modelu prozy kryminalnej, jego książki – co wyraźnie widać w nowej powieści – mają dynamikę amerykańskich kryminałów, co jednak nie przeszkadza autorowi w nakreśleniu wyrazistego obrazu przemian norweskiego społeczeństwa. I wreszcie – Upiory są świetnym kryminałem miejskim. Motyw powrotu bohatera po latach nieobecności do Oslo pozwala zestawić ze sobą różne wizje tego miasta. Nesbø oprowadza czytelnika po mrocznych kwartałach Osla, opisuje też jego atrakcje: sugestywnie, dokładnie, z wyraźną fascynacją. Aż sam nabrałem ochoty na odwiedzenie Oslo. Oczywiście z książką Nesbø w ręku.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

środa, 16 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  112 576  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 112576

Lubię to