Bloog Wirtualna Polska
Są 1 234 932 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Maciej Maciejewski, W piekle lepiej być nikim

niedziela, 31 lipca 2011 18:33

 

Dobre i złe

 

Maciej Maciejewski, W piekle lepiej być nikim, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 365.

 

         Maciej Maciejewski napisał książkę z rodzaju irytujących. Dlaczego? Dobre, a nawet świetne, motywy i pomysły pomieszane zostały w niej z ewidentnie złymi. Cóż, szkoda, ale i tak bywa. W piekle lepiej być nikim to mroczny thriller, którego akcja rozgrywa się w Warszawie. Znalezione zostają dwa ciała: nagiej kobiety i bezdomnego ćpuna. Oboje mają skręcone karki, kobiecie na dodatek ktoś wyciął twarz. Od początku czytelnik wie, kto i dlaczego zabił, więc w powieści istotne jest nie tyle samo śledztwo, co raczej sylwetki dwójki bohaterów, zabójcy i ścigającej go policjantki. Zabójcą jest Nikt. Tak właśnie. To były podwójny, a nawet potrójny agent, który wielokrotnie zmieniał tożsamość; pozbawiony uczuć i zasad moralnych, człowiek, który dał się uwieść złu, stając się perfekcyjną maszyną do zabijania. Podczas wojny na Bałkanach (zresztą, nie tylko wtedy) popełniał potworne zbrodnie. Po latach, mając już dobrze po pięćdziesiątce, wraca do rodzinnej Warszawy, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Tu dopadają go demony przeszłości. W przeszłości musi się też grzebać prowadząca śledztwo komisarz Agata Zawadzka. Maciejewski wykreował chyba najciekawszą postać policjantki w naszej prozie kryminalnej ostatnich lat, którą jest „kobieta po przejściach, kobieta z przeszłością”. Jest rozwódką po czterdziestce, której z bliskich osób została już właściwie tylko dorosła córka. Zmaga się (bezskutecznie) z uzależnieniami i samotnością. Coraz bardziej dręczy ją przemijanie. A do tego ma – jak sama to określa – parszywy charakter i zbyt wielki tyłek. Ale jest świetną śledczą, która w pracy odnosi sukcesy.

         Wyraziści, przykuwający uwagę bohaterowie, ciekawy wątek bałkański… To na pewno należy zapisać Maciejewskiemu na plus. Co więc jest z tą powieścią nie tak? Niestety widać, że autor W piekle lepiej być nikim bardziej jest scenarzystą filmowym (stworzył między innymi scenariusz serialu kryminalnego Glina) niż prozaikiem z krwi i kości. Inaczej rzecz ujmując, to co sprawdza się w scenariuszu filmowym, niekoniecznie dobrze działa w prozie. Chcąc – jak sądzę – zdynamizować akcję powieści, pisarz wprowadził ostre cięcia między głównym wątkiem kryminalnym a retrospektywnymi wtrętami. Zdaję sobie sprawę, że akurat w tej historii, której rozwiązanie tkwi w przeszłości, retrospekcje są niezbędne, ale wprowadzane są one nieumiejętnie i chaotycznie. Czasami musiałem się sporo nagłówkować, kogo i czego dotyczą. W powieści znalazło się też zbyt wiele dłużyzn i powtórzeń. Dla przykładu, cały, rozbudowany wątek tyczący związków zabójcy z kolejnymi kobietami z rozdziału pierwszego, można by spokojnie zamknąć w jednym akapicie (i nawet mniejsza już o mizoginizm Maciejewskiego… Czyżby to wpływ współpracy z Pasikowskim?). Problem jest też – by tak rzec – homogenizacja narracji. Że Zawadzka i jej koledzy z „fabryki” klną (jeden z bohaterów konsekwentnie zwraca się do bohaterki per „pizda”) – to mnie nie razi. Ale już faktu że ten „luzacki” styl przesącza się do kwestii narratora trochę mi przeszkadza.

         Dobre i złe… Nie twierdzę, że męczyłem się, czytając W piekle lepiej być nikim. Wydaje mi się jednak, że Maciejewskiego stać na więcej. A może zwyczajnie potrzebny jest mu solidny redaktor? Czego i autorowi, i wydawnictwu życzę…


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Mariusz Szczygieł, Niedziela, która zdarzyła się w środę

poniedziałek, 18 lipca 2011 13:22

 

Szczygieł. Reaktywacja

 

Mariusz Szczygieł, Niedziela, która zdarzyła się w środę, wyd. II zmienione, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 254.

 

         Jak ten czas mija… Swoją pierwszą książkę, zbiór reportaży Niedziela, która zdarzyła się w środę, Mariusz Szczygieł opublikował w roku 1996. Pomysł, aby wydać ją ponownie, wydaje się, z jednej strony, zarówno oczywisty, jak i – by tak rzec – strategiczny. Wydawca po prostu postanowił wykorzystać fakt, że po wydaniu Gottlandu (2006) Szczygieł stał się jednym z najbardziej popularnych i rozpoznawalnych polskich reportażystów średniego pokolenia. Z drugiej strony, ma on jednak uzasadnienie jak najbardziej sensowne, merytoryczne, bo reedycja Niedzieli… przypomina mniej zorientowanym czytelnikom, że w latach 90. reporter „Gazety Wyborczej” nie tylko prowadził w telewizji (jej nazwę przemilczę…) dosyć bzdurny talk show Na każdy temat, ale już wtedy pisał wyborne teksty reportażowe.

         W rzeczonych latach 90. ubiegłego wieku autor książki Zrób sobie raj (2010) z uwagą przyglądał się zmianom, jakie zachodziły w Polsce po roku 1989. Reportaże pomieszczone w Niedzieli… układają się w mozaikowy obraz transformacji społeczno-kulturalno-ekonomicznej tamtych czasów (towarzyszą im ciekawe fotografie Witolda Krassowskiego). Jak to w mozaice – teksty-fragmenty są w niej bardzo różne, rozmaitego ciężaru gatunkowego. Szczygieł pisze między innymi o tragediach ludzi z likwidowanych zakładów pracy (reportaż tytułowy), problemach z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości (Radio dla ciebie), fenomenie popularności disco polo (Usta są zawsze gorące), przemianach objawiających się w odmiennym podejściu do zbrodni (Mord polski), seksu (Onanizm polski) czy języka (Pokaż język). Już w tych wczesnych reportażach autora Gottlandu widać wyraźnie charakterystyczne cechy jego pisania: dużą pomysłowość (na przykład jeden z nich, Polska w ogłoszeniach, ma formę analizy zamieszczanych w tym czasie przez rodaków anonsów prasowych) i dbałość o język, który pozbawiony jest zbędnych ozdobników, a przez to precyzyjny i klarowny (co nie zawsze cechuje prozę reporterów).

         I jest jeszcze coś, co – moim zdaniem – przesądza o wartości tej książki. Na pozór wydaje się ona być niczym innym, jak tylko świadectwem przeszłości (nie tak znowu odległej). Jednak, jeśli wczytać się w nią uważniej, pokazuje, że przypomnienie tego, kim niedawno byliśmy, pomaga zrozumieć, kim obecnie jesteśmy. Inaczej (i prościej) rzecz ujmując: reportaże Szczygła z Niedzieli… wcale się nie zestarzały.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Arnadur Indriđason, "Głos"

sobota, 16 lipca 2011 11:50

 

Zbawienne szczegóły

 

Arnadur Indriđason, Głos, przekł. Jacek Godek, W.A.B., Warszawa 2011, s. 338.

 

         Na pozór powieści Islandczyka Arnadura Indriđasona niezbyt różnią się od produkcji kryminalnych innych Skandynawów. Bo też jaki jest ich klimat, temat i bohater? Bardzo podobne do tych, jakie znajdziemy w książkach Fossum, Holt, Mankella czy Nesbø. Indriđason czaruje czytelnika mrocznym kolorytem lokalnym, nawet mrocznym w stopniu znacznym, bo w końcu Islandia nie jest specjalnie przyjemnym miejscem do życia. Intrygi kryminalne buduje wokół tematów „typowych islandzkich zbrodni”, które równie dobrze można by nazwać „typowymi skandynawskimi zbrodniami”: podlana alkoholem przemoc w rodzinie, znęcanie się nad kobietami i dziećmi, pedofilia – te rzeczy. A wszystko to rzucone jest na tło przemian – niepokojących – sytego społeczeństwa rozwiniętego kraju. Również bohater cyklu powieściowego autora Grobowej ciszy, policjant Erlendur Sveinsson z Reykjaviku, nie wydaję się być na pierwszy rzut oka kimś wyjątkowym. To kolejny glina w średnim wieku, jak najbardziej po przejściach, od dawna rozwiedziony, mający problemy z córką, która ćpa. Zgorzkniały, mrukliwy i samotny. Borykający się z traumami z przeszłości. Następny policjant, który właściwie nie ma niczego poza pracą. Początkowo Erlendur, wycofany i chłodny, by nie rzec lodowaty, wydawał mi się postacią dosyć antypatyczną, jednak z książki na książkę coraz bardziej się do niego przekonywałem. Przede wszystkim dlatego, że porównaniu z innymi bohaterami skandynawskiej prozy kryminalnej jest postacią bardziej psychologicznie powikłaną i – by tak rzec – żywą.

         Kryminały, jak każda odmiana prozy gatunkowej, w dużej mierze oparte są na schematach, które pozwalają czytelnikowi łatwo się w nich odnaleźć. Niewielu autorom udaje się je w twórczy sposób rozwijać. Jednym z nich jest Indriđason. Jak to robi? Głównie dzięki dbałości o szczegóły. Tak jest w przypadku Erlendura, postaci bardzo dopracowanej psychologicznie, którego każda cecha i działanie świetnie dopasowane są do rozsnuwanej przez pisarza historii. Poza tym narracje islandzkiego pisarza są bardzo precyzyjnie skonstruowane, nie ma w nich zbędnych motywów, ani fabularnej „waty”. Świetnie jest to widoczne w Głosie, w którym śledztwo dotyczy brutalnego zabójstwa portiera hotelowego, tajemniczego człowieka, który od lat mieszka w klitce w hotelowej piwnicy. Okazuje się, że lata temu był on „cudownym dzieckiem”, obdarzonym anielskim głosem. Nadmierne ambicje ojca i utrata głosu zwichnęły jego życie. Początkowo wszystko wskazuje na kolejną zbrodnie rodzinną, ale finał przynosi zaskakujące rozwiązanie. Indriđason wprowadził do powieści prosty, acz bardzo funkcjonalny motyw. Erlendur na czas dochodzenia zamieszkuje w hotelu. Właściwie sam nie wie, dlaczego się na to zdecydował, choć ma to logiczne wytłumaczenie – pomaga mu to prowadzić śledztwo. Ale też dobrze obrazuje jego zagubienie i osamotnienie, które szczególnie mocno dotyka bohatera w okresie przedświątecznym. Takich szczegółów i szczególików wplecionych w osnowę tekstu można by w powieści Islandczyka wskazać więcej, a wszystkie ona składają się na całość – nie waham się tego napisać – wręcz rewelacyjną.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wolf Haas "Silentium!"

poniedziałek, 11 lipca 2011 19:59

 

Młody, nielegalny towar

 

Wolf Haas, Silentium!, Wydawnictwo G+J, Warszawa 2011, s. 228.

 

            Kryminały Wolfa Haasa mają magnetyczną moc przyciągania. Kto raz zetknął się z perypetiami ciapowatego policjanta/detektywa Simona Brennera, kto raz posmakował wirtuozowskiego, wysmakowanego językowo, a przy tym pełnego fantazji i humoru stylu prozy austriackiego pisarza, ten na pewno z przyjemnością będzie sięgał po kolejne jego książki. I nawet mniejsza o same historie kryminalne, choć i te są u Haasa ciekawe, choć czasami zupełnie zwariowane. W Silentium! rzecz tyczy handlu bardzo młodym i bardzo nielegalnym towarem z dalekiej Azji, który to proceder uprawiany jest za fasadą szacownych instytucji kościelnych. Brenner jak zwykle prowadzi śledztwo z wdziękiem słonia w składzie porcelany, ale koniec końców udaje mu się rozwikłać zagadkę. A do tego czytelnik dostaje to, czym zwykle czaruje Haas: pyszny, pełen ironii obraz Austrii (tym razem akcja powieści rozgrywa się w Salzburgu), masę anegdotek, absurdalnych historyjek i dygresji na wszelkie możliwe tematy – od tyczkarstwa po operę. Mówiąc krótko, lektura obowiązkowa nie tylko dla miłośników kryminałów.

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Bartosz Żurawiecki "Nieobecni"

poniedziałek, 11 lipca 2011 15:02

 

Gej-fantastyka

 

Bartosz Żurawiecki, Nieobecni, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2011, s. 138

 

         Kilka lat temu, po sukcesie Lubiewa Michała Witkowskiego, wydawało się, że proza gejowska rozleje się u nas szerokim nurtem, z którego da się wyłowić kilka ciekawych rzeczy. Lata mijały, rzekomy nurt nigdy nie stał się nurtem prawdziwym, wciąż sączył się nieodmiennie wąską strużką. A to co miało być ciekawymi rzeczami zamieniło się w paradę kuriozów. Takich chociażby jak najnowsza książka Bartosza Żurawieckiego.

         Mówiąc szczerze, od początku kibicowałem prozie gejowskiej, bo byłem przekonany, że takiej literatury, dotyczącej wykluczonych, jest u nas za mało i że zainteresowanie pisarzy tym tematem może przynieść ciekawe efekty. Chyba jednak się myliłem. Autorzy piszący o problemach gejów (a i też lesbijek), zwykle nie są w stanie wyjść poza poziom tendencyjnego wypracowania z tezą. Nawet jeśli bardzo się starają. Nie inaczej jest w przypadku Nieobecnych. Choć punkt wyjścia w tym tekście jest obiecujący. Głównym bohaterem jest A., gej po czterdziestce, którego porzuca wieloletni partner. Ponieważ A. nie jest specjalnie towarzyski, kontaktuje się głównie z matką swojego eks. Oboje są zepchnięci na margines społeczeństwa: on z racji swojej orientacji seksualnej, ona – wieku. I w momencie, kiedy naprawdę mogłoby się zacząć robić ciekawie, kiedy aż prosi się o pogłębioną, psychologiczną analizę dwójki bohaterów, Żurawiecki idzie w stronę bzdurnej, przegiętej i nazbyt oczywistej fantastyki. A. nagle zauważa, że stał się niewidzialny, „nieobecny”, „nieistotny”. Dosłownie. Nikt zwyczajny go nie widzi. Aż nazbyt to oczywiste. Korzysta z tego, jak umie, kradnąc i zabijając ludzi, którzy mu podpadli, między innymi kościelnych purpuratów (swoją drogą, wątek antyklerykalny jest w tej książce wyjątkowo beznadziejny). A potem wraz z matką swojego eks niszczą cały świat, co nie przeszkadza im potem w tym zniszczonym świecie żyć. I właściwie tyle. Ani w tym sensu, ani przyjemności lektury. Nieobecni potwierdzają jedno: Żurawiecki nie ma pojęcia o pisaniu fantastyki. Zresztą o pisaniu prozy w ogóle pojęcie ma mętne.

         Rzecz ujmując krótko: połączenie prozy gejowskiej z żenadną na poziomie koncepcji i kompozycji fantastyką to nie jest dobry pomysł na literaturę. Zdecydowanie!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

piątek, 24 marca 2017

Licznik odwiedzin:  104 172  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 104172

Lubię to