Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 242 999 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Max Bentow "Ptaszydło"

czwartek, 27 czerwca 2013 23:58

Bentow.jpg

 

Nie samą oryginalnością…

 

Max Bentow, Ptaszydło, przekł. Emilia Skowrońska, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013, ss. 334.

 

         Trudno powiedzieć, aby próby (całkiem liczne) wprowadzania na nasz rynek kryminałów niemieckojęzycznych zakończyły się sukcesem, mimo to wciąż są ponawiane, prawdopodobnie wedle zaklęcia: A może chwyci! Wbrew pozorom wydawcy nie stawiają za wszelką cenę na zabójczą konsekwencję, po prostu liczą, że boom na kryminały skandynawskiego kiedyś musi się skończyć. I nie jest wykluczone, że się nie przeliczą. Nie zdziwiło mnie więc, że Wydawnictwo Dolnośląskie opublikowało książki dwójki nowych u nas niemieckich pisarzy kryminalnych. Jednym z nich jest Max Bentow, debiutant w kryminalnej materii, który powieścią Ptaszydło otworzył cykl z komisarzem berlińskiej policji Nilsem Trojanem.

         Bentow z iście niemiecką solidnością odrobił lekcje z historii i teorii gatunku, można wręcz odnieść wrażenie, że pisał Ptaszydło z jakimś podręcznikiem w rodzaju Jak napisać kryminał z seryjnym mordercą. Dziesięć pierwszych kroków w ręku, wykorzystując zeń rozdział po rozdziale. Pisarz wywodzi swoją opowieść z lęku przed ptakami, czyli odwołuje się do tematu dobrze już osadzonego w kulturze, że wspomnę choćby klasyczny film Alfreda Hitchcocka Ptaki z roku 1963. W Ptaszydle pojawia się psychopatyczny morderca, którego nie powstydziliby się amerykańscy klasycy gatunku. Jego ofiarami są młode kobiety z pięknymi, długimi włosami blond. Najpierw, by wzbudzić w nich lęk, podrzuca im oskubane i wypatroszone ptaki, potem dopada je same, brutalnie morduje (między innymi wykłuwając oczy), wykorzystuje seksualnie ich ciała, obcina włosy, by… tego oczywiście nie zdradzę. Jest w tej powieści oczywiście gliniarz po przejściach, który nie radzi sobie z koszmarami i lękami, więc musi w tajemnicy przed kolegami z „fabryki” korzystać z pomocy uroczej psycholożki. Wreszcie – pojawiają się w powieści Bentowa wątki i motywy, które pojawić się musiały: zmyłka w osobie niewinnego nieszczęśnika, który wpada w ręce policjantów, wyzwanie rzucone przez mordercę Trojanowi, zagrożenie osoby, która jest bliska policjantowi, samotna akcja komisarza, ignorującego wszelkie policyjne reguły, pojedynek ze złoczyńcą…

         Niemiecki pisarz wykorzystał w powieści dobrze sprawdzone, łatwe do rozpoznania schematy, przez co intryga kryminalna odarta została z tajemnicy. Rzekłby nawet – za bardzo, bo nie trzeba być wybitnym znawcą kryminałów, aby zawczasu przewidzieć, w jaką stronę w danym momencie skręci fabuła. Jednak – jak na mój gust – nie przekreśla to tej historii, ponieważ zaleca się ona do czytelnika czymś innym niż niespodzianki i piętrowe twisty. Dla mnie nie tyle było ważne, co się stanie w przebiegu fabuły Ptaszydła, ale – jak to zostało opisane. Bentow z wyjątkową starannością zakomponował opowieść – akcja powieści jest klarowna jak toń górskiego jeziora, nie ma w niej mętów zbędnych obrazów i przegadanych wątków pobocznych; każda scena jest przemyślana i właściwie domknięta; świetnie napisane dialogi napędzają dynamikę tekstu… Krótko mówiąc, widać, że pisarz przeszedł wcześniej dobrą szkołę pisania dramaturgicznego, uczącego dyscypliny.

         Za naszą zachodnią granicą Ptaszydło zyskało status bestsellera (ponad 90 tysięcy sprzedanych egzemplarzy). Prawdę powiedziawszy, zbytnio mnie to nie dziwi, bo Bentow już teraz jest naprawdę solidnym rzemieślnikiem prozy kryminalnej. Jednak ciekaw jestem, czy wyjdzie poza zgrabne żonglowanie schematami. Oby…


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Krótka piłka z Izabelą Szolc

poniedziałek, 24 czerwca 2013 19:36

Szolc.JPG

 

Kolekcjonerka przeciwieństw

 

W najnowszej książce, zatytułowanej Żona rzeźnika, nawiązuje Pani do autentycznej historii Karla Denke, kanibala, który na początku XX wieku zamordował i przerobił na konserwy, sznurowadła kilkadziesiąt osób. Dlaczego zainteresowała się Pani akurat tą mroczną historią?

Zawsze – i Bóg wie dlaczego, bo ja nie – interesowały mnie skrajności w ludzkim zachowaniu. Psychopatologie. Święci i zbrodniarze, choć całkiem możliwe, że tutaj nie ma tak naprawdę mowy o przeciwstawnych popędach. Zbrodniarze mordują innych, święci – unicestwiają swoje ciała. Jestem zbieraczem? Kolekcjonerem? Pewnie nie świadczy to o mnie najlepiej, ale… Jeśli istotnie jestem, to Karl pasował idealnie do moich intelektualnych zbiorów. Był tłustym kąskiem, na który nabrałam apetytu, kiedy tylko w krótkiej internetowej notatce przeczytałam o nim.

Z tego co wiem, jest Pani wegetarianką, więc pisanie o mięsie, w dodatku także o ludzkim ciele traktowanym jak zwykłe mięso, musiało być dla Pani chyba specyficznym, a może nawet trudnym doświadczeniem?

Wydaje mi się, że właśnie dlatego, iż jestem wegetarianką Żonę rzeźnika pisało mi się łatwiej. W końcu w mojej kuchni nie ma żadnych konserw, które mogłyby mi wpaść w oko, kiedy myślę o fachu rzeźnika. Osobną sprawą jest to, że ja już od wielu lat nie dzielę mięsa na mięso ludzkie i mięso zwierzęce. Mięso to mięso. Ja jestem mięsem. Istnienie w naszym świecie, z tego rodzaju osobniczym postrzeganiem, to jest właśnie „specyficzne doświadczenie”.

W Żonie rzeźnika najważniejsza jest bohaterka tytułowa, Jutta, kobieta latami żyjąca pod jednym dachem z potworem, współuczestnicząca w zbrodniach. Czemu postanowiła Pani opowiadać tę historię właśnie z jej punktu widzenia?

Jutta, choć jej głos jest tak silny, w gruncie rzeczy jest przewodnikiem po świecie powieści. Rodzajem Beatrycze, która wskazuje nam drogę po ścieżkach odmieńców, morderców, mieszczan i policjantów. Pomimo osobliwego wyglądu, jest rodzajem kameleona, raz potrafi bardzo mocno wpłynąć na akcję, ale przede wszystkim kilkakrotnie maskuje się w scenach. Wszędzie ma dostęp. Potrzebowałam kogoś takiego, aby narracja się nie rwała i odpowiednie myśli, niedostępne dla poszczególnych postaci, zostały zjednoczone i wyrażone. A pierwszym impulsem, który formował Juttę, była notatka z policyjnego raportu – u Karla znaleziono część kobiecego stroju. Czerwoną spódnicę, z plamą krwi. Denke zabijał tylko mężczyzn. Pomyślałam sobie: tam do licha, skąd ta kiecka w jego szafie? Jako odpowiedź przyjęłam rozwiązanie, które było mi najbardziej na rękę.

Kim właściwie jest Jutta, oprócz tego że postrzega siebie samą jako Inną, jako odmieńca? To bardziej ofiara czy zbrodniarka?

Całkiem niedawno usłyszałam, że nie można nikogo skrzywdzić, jeśli ów ktoś nie wyrazi na to zgody. Wydawało mi się to dość osobliwe, jeśli nie kontrowersyjne. Dziwnym trafem chwile później czytałam Rotha Konające zwierzę na krzyż z Oszustwem. W jednej z tych książek też pada takie stwierdzenie: nie można nikogo skrzywdzić, jeśli ten ktoś nie pragnie być skrzywdzony. Co prawda Roth uściśla, że nie dotyczy to ofiar reżimów politycznych. W efekcie poświęciłam już całą masę godzin, żeby ten sposób myślenia zrozumieć. Możliwe, że właśnie w tym zrozumieniu, moim zrozumieniu tkwi odpowiedź na pytanie: kim jest Jutta?

Swoją drogą w całej Pani prozie najważniejsze są – jak mi się wydaje – postaci kobiece. Dlaczego? Czyżby mężczyźni wydawali się Pani mało zajmujący?

Ja znam mężczyzn znacznie lepiej niż kobiety, tych drugich musiałam w pewien sposób nauczyć się dopiero poprzez literaturę. W sumie zabawne jest to, że znam mężczyzn, a wciąż wydają mi się bardzo zajmujący. Trochę to do mnie niepodobne. Możliwe, że już pora zacząć więcej o nich pisać. Ja wciąż żyję z dziecięcą nadzieją, iż mężczyźni i kobiety tak bardzo się od siebie nie różnią. Oczywiście bywa tak, że odmienne hormony szaleją… Ale nasza radość, nasz smutek, starość, śmierć, złudzenia są takie same. Jeśli przerzucę tak zwane męskie postawy, męskie zachowania na papier i porównam je z już opisanymi przeze mnie postawami kobiet, to może wtedy to i owo mi się w głowie rozjaśni.

W Żonie rzeźnika wykorzystuje Pani rozmaite formy gatunkowe, na przykład reportażu, wywiadu, prozy autotematycznej. W jakim celu?

Szukałam różnorodności. Ja w sumie łatwo się nudzę i szukam różnorodnych bodźców. Chciałam w książce zaserwować czytelnikom taki koktajl z kotła czarownicy, aby wybijać go z rytmu i zmuszać do ponownego – i jeszcze, i jeszcze – spoglądania na postacie. Największy grzech naszych czasów to to, że brakuje nam cierpliwości, a w związku z tym trudno nam – rzecz paradoksalna – skupić uwagę na czymś jednorodnym. Wybijając czytelnika z rytmu, nadaję przygodzie z książką, swoje własne zmienne rytmy. Zresztą, było to dla mnie samej ciekawe doświadczenie. Trudne, ale ostatecznie bardzo odświeżające.

Czy w kolejnych książkach jeszcze sięgać będzie Pani po krwawe historie z przeszłości?

Któż to może wiedzieć? Ja, przynajmniej na razie, w ogóle nie mam pojęcia. Zawsze pisałam dwa rodzaje książek – te na rachunki i te inne – dla siebie. Obawiam się, że przez pewien czas ten podział będę musiała jeszcze utrzymać. Ale chyba przyszedł dla mnie moment, kiedy powoli muszę się zacząć zastanawiać czego chcę, a co jest możliwe? Inna sprawa, że z tym zastanawianiem się może być trochę tak jak z moim rzucaniem palenia.

 

Dziękuję za rozmowę.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Henning Mankell "Niespokojny człowiek"

środa, 19 czerwca 2013 11:07

Wersja oficjalna jest tu - http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/recenzjeksiazek/1545863,1,recenzja-ksiazki-henning-mankell-niespokojny-czlowiek.read - a poniżej trochę inaczej.

Mankell_N.jpg

Wallander odchodzi

 

Henning Mankell, Niespokojny człowiek, przekł. Beata Walczak-Larsson, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 572.

 

         Stworzona przez Henninga Mankella postać komisarza Kurta Wallandera stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych bohaterów nie tylko prozy kryminalnej, ale w ogóle literatury europejskiej. Powieści i opowiadania o policjancie z prowincjonalnego Ystad sprzedały się w milionowych nakładach, doczekały kilku ekranizacji, a wycieczki organizowane jego śladami cieszą się nieodmienną popularnością. Szkoda więc, że Niespokojnym człowiekiem szwedzki pisarz zamknął opowieść o Wallanderze, ale przecież każdy cykl kryminalny musi mieć swój koniec, choćby nawet nie było to po myśli czytelników.

         Znika emerytowany oficer marynarki wojennej, przyszły teść Lindy, córki Wallandera. Komisarz zaczyna nieoficjalne dochodzenie w tej sprawie, które naprowadza go na trop afery szpiegowskiej z lat 80., kiedy to po wodach terytorialnych Szwecji bezkarnie buszowały niezidentyfikowane okręty podwodne. Im dłużej trwa śledztwo, tym więcej skrzętnie skrywanych tajemnic prywatnych i publicznych wychodzi na jaw.

         Intrydze kryminalno-szpiegowskiej w Niespokojnym człowieku niczego nie brakuje, ale – jak na mój gust – ma ona drugorzędne znaczenie, stanowiąc jedynie szkielet fabuły. Powieść jest przede wszystkim pogłębionym studium psychologicznym na temat przemijania i oswajania starości. Wallander, dobijający sześćdziesiątki, próbuje jako tako uporządkować swoje życie. Wreszcie realizuje swoje marzenia: przenosi się do domku pod miastem i sprawia sobie psa. Zostaje także dziadkiem. Jednak wciąż nie potrafi znaleźć wewnętrznego spokoju. Męczy go praca, niepokoją i irytują przemiany szwedzkiego społeczeństwa. A do tego dopadają go demony przeszłości i narastające problemy ze zdrowiem – pogłębia się cukrzyca, coraz większe dziury w pamięci zwiastują nieuchronnego Alzheimera. Komisarza zaczyna otaczać mrok. Może i dobrze że Mankell właśnie w tym miejscu urwał opowieść o melancholijnym policjancie z Ystad.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Nowy felieton, czyli trochę o poezji, a trochę o prozie

wtorek, 18 czerwca 2013 7:34

Bielska.jpg

 

Bezdroże w pół drogi

 

         Nie raz i nie dwa razy zastanawiałem się, dlaczego poeci – nawet ci świetnie zadomowieniu w poetyckim państewku, obrośli w kolejne tomiki i nagrody, dopieszczeni uznaniem czytelników i krytyków – decydują się przejść na prozatorską stronę mocy. Czy poszukują kolejnych wyzwań? Chcą zmierzyć się z nową formą literackiej ekspresji? A może – zwyczajnie – nagle zdają sobie sprawę, że na rynku książki półka z konfiturami znajduje się w zupełnie innym miejscu, niż im się początkowo wydawało (co zważywszy na kwoty nagród dla poetów, nie jest wcale takie oczywiste)? Trudno mi orzec jednoznacznie… A właściwie, czemu akurat ta kwestia mnie zajmuje, skoro z temperamentu, zamiłowania i wyboru jestem przecież panem od prozy?

 

Całość tekstu dostępna na stronie pisma "ArtPapier" - http://www.artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=179&artykul=3826&kat=1


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przypomniałem sobie o... powieści Szczepana Twardocha

piątek, 14 czerwca 2013 12:12

Nie samymi nowościami człowiek żyje, postanowiłem więc rozpocząć cykl Przypomniałem sobie o..., w którym będę przedstawiał książki, których swego czasu nie przeczytałem, albo do których wróciłem po latach.

 

Twardoch.jpg

Tożsamość szpiega

 

Szczepan Twardoch, Zimne wybrzeża, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2009, ss. 246.

 

         Zimnym wybrzeżom Szczepana Twardocha najbliżej jest do formuły powieści szpiegowskiej (z elementami kryminalnymi). W roku 1957 na Spitsbergen przybywa legitymujący się brytyjskim paszportem John William Smith, który – oficjalnie – prowadzić ma tam badania socjologiczne. To jednak tylko przykrywka, bo bohater jest szpiegiem pracującym dla tajemniczej Firmy, która zbiera informacje i handluje nimi. Ma tylko rozpoznać wstępnie, co dzieje się na dalekiej północy, jednak nie jest mu dane, by w spokoju prowadzić rutynowe czynności wywiadowcze (o ile w ogóle można posłużyć się takim określeniem…). Znika naukowiec z Polskiej Stacji Polarnej, ekipa poszukiwawcza znajduje jego zwłoki zmasakrowane przez niedźwiedzia. Okazuje się jednak, że wcześniej ktoś poważnie zranił Polaka, zostawiając go na pewną śmierć. Ponieważ Smith zna język polski, zostaje poproszony przez norweskie władze o dyskretne przyjrzenie się sprawie. Poza tym pracownik Firmy trafia na ślad działalności sowieckiej siatki szpiegowskiej, która rozpoczyna skomplikowaną grę operacyjną, mającą na celu zdestabilizowanie sytuacji na Spitsbergenie.

         Nie przez przypadek napisałem, iż Zimne wybrzeża są jedynie bliskie powieści szpiegowskiej. Opowieść o wywiadowczych „podchodach” nie jest tekście ani przesadnie rozbudowana, ani nazbyt dynamiczna, w gruncie rzeczy spełnia jedynie rolę fabularnego szkieletu, dobrze podtrzymującego całość narracji. O czym więc pisze Twardoch? Pisarz skupia uwagę na problemach z tożsamością, który to temat później – w pełniejszy, bardziej pogłębiony sposób – rozwinął w głośnej Morfinie (2012). Główny bohater powieści nazywa się właściwie Jan Kowolik, urodził się w przedwojennych Katowicach z ojca Polaka i matki Niemki. Mimo dosyć młodego wieku sporo już przeżył, między innymi przesiedział jakiś czas w celi śmierci. Jak postrzega sam siebie, kim właściwie jest? Polakiem, Ślązakiem, obywatelem świata podzielonego żelazną kurtyną? Jakie są stałe punkty w jego życiu? Na pewno nienawidzi komunizmu i komunistów, którzy zabili jego ojca, kocha matkę, czuje przywiązanie do pewnej Francuzki, z którą spotyka się od czasu do czasu, jest lojalny (choć w ograniczonym zakresie) wobec zatrudniającej go Firmy. Dookreśla samego siebie nie w odniesieniu do wspólnoty (narodowościowej czy religijnej), lecz konkretnych, nielicznych osób, konstruując – by tak rzec – wspólnotę prywatną.

         Twardoch przedstawia w Zimnych wybrzeżach cała galerię postaci, których „historia spuszczona z łańcucha” oraz takie a nie inne życiowe wybory i kompromisy zmusiły do prowadzenia podwójnego życia, odgrywania ludzi, którymi nie są (albo są jedynie częściowo). Kjell Krag uchodzi za norweskiego bohatera wojennego, a w rzeczywistości jest zdeklarowanym komunistą i sowieckim „kretem”, wykonującym bez mrugnięcia okiem wszelkie rozkazy swoich mocodawców. Fiodor Aleksiejew jest oficerem sowieckiego wywiadu, ale w duchu wciąż wzdycha za upadłym caratem – „w sercu jednak, tam gdzie nikt nie mógł zajrzeć, urządził sobie małe panoplium: zawiesił wyimaginowaną ikonę z carem Mikołajem Męczennikiem, broń kozacką, szaszkę i kindżał, również wymyślone, i dwugłowego orła utkanego ze wspomnień”. Przez dziesięciolecia żyjąc w kłamstwie, wedle wymyślonych „legend”, oszukując innych, a niekiedy także samych siebie, bohaterowie zatracają się; rdzeń ich osobowości powoli się rozpuszcza. Paradoksalnie najwierniejszy sobie jest w powieści brat Kjella, który zdradził wszystkich.

         Warto zwrócić uwagę na wpisany w Zimne wybrzeża obraz Spitsbergenu. Rodzimi autorzy prozy gatunkowej niechętnie wyprawiają swoich bohaterów poza granice Polski, a jeżeli już to robią, zazwyczaj przedstawiają zagranicę niczym w turystycznym folderze. Twardoch zadał sobie sporo trudu, aby solidnie i plastycznie przedstawić realia dalekiej północy, choć momentami wdawał się – jak na mój gust – w zbyt szczegółowe opisy dosyć monotonnej, tamtejszej przyrody.

         Koniec końców, Zimne wybrzeża jest książką sprawnie napisaną, intrygującą a do tego dającą do myślenia. Solidna literatura.

 

        


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

środa, 24 maja 2017

Licznik odwiedzin:  108 614  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 108614

Lubię to