Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 242 999 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Piotr Ibrahim Kalwas "Międzyrzecz"

środa, 29 maja 2013 10:22

 

Kalwasa „ogród o rozwidlających się ścieżkach”

 

Piotr Ibrahim Kalwas, Międzyrzecz, Wydawnictwo JanKa, Pruszków 2013, ss. 224.

 

         Piotr Ibrahim Kalwas wszedł w świat rodzimej literatury z gotowym, wyrazistym pomysłem na pisanie i konsekwentnie rozwija go w kolejnych książkach; co więcej, specyfika tego zamysłu czyni z autora Czasu pisarza osobnego, jedynego w swoim rodzaju, który wbrew ulotnym modom realizuje własną wizję artystyczną. Kalwas tworzy bardzo swoistą prozę podróżną, opisując realne wędrówki choćby po krajach Afryki czy Indiach, miesza je z włóczęgami wyobrażonymi przez czas, przestrzenie pamięci, kultury i religii. Podróż zmienia się u Kalwasa w coś w rodzaju perypatetycznej medytacji, która służyć ma samopoznaniu pisarza i zbliżeniu się ku odpowiedziom na fundamentalne pytania egzystencjalne. Nie inaczej jest także w przypadku nowej książki autora mieszkającego w Aleksandrii zatytułowanej Międzyrzecz.

         W najogólniejszym sensie jest to opowieść o fenomenie pisarstwa, ale tylko w najogólniejszym, bowiem tekst Kalwasa jest niczym „ogród o rozwidlających się ścieżkach” Jorge Luisa Borgesa pełen niespodziewanych duktów, przejść i meandrujących tras, albo – inaczej rzecz ujmując – przypomina kuszący skomplikowanym wzorem wschodni kobierzec. Od mnogości kulturowych odniesień i wątków zawartych w książce może się zakręcić w głowie: Kalwas nawiązuje do prozy Franza Kafki i oczywiście Borgesa, inspiruje się malarstwem niderlandzkim i arabskimi bajkami, swobodnie przerzuca bohatera książki w przestrzeni, od mglistych Wysp Owczych po zalane słońcem południe Europy, oraz w czasie, mnożąc piętra opowieści, ale wciąż – nieco obsesyjnie – powraca do tych samych obrazów, wątków i przede wszystkim pytań o istotę pisarstwa. „Kto to pisze?” – to pytanie raz po raz pojawia się w tekście niczym refrenowy zaśpiew, w towarzystwie innych: na czym polega fenomen pisarstwa? Czy tworzone historie są jedynie prostą wypadkową doświadczeń życiowych i lekturowych autora? Czy wymyślając swoich bohaterów, pisarz również wymyśla siebie? I tak dalej, i tym podobne. Kalwas jak to Kalwas, raczej mnoży wątpliwości, niźli podsuwa czytelnikowi gotowe formułki, zmuszając go do myślenia, poszukiwania własnej wizji pisarstwa.

         Przy tym wszystkim Międzyrzecz nie jest wcale wywiedzioną z rozumu abstrakcyjną rozprawą. Kalwas, jak mało który pisarz, ma dar przekładania swoich rozważań na język obrazów i wizji, pełnych konkretów, sugestywnych, niemal namacalnych i stylistycznie wyrafinowanych, równie dobrze radząc sobie zarówno w wizjonerskich fragmentach, jak choćby w opisie, zainspirowanym prozą Kafki, budynku, w którym znajdują się drzwi do różnych światów, jak i w realnych, co widoczne jest choćby w pełnym mgły i deszczu opisie Wysp Owczych.

         Jako się rzekło, nowa książka Kalwasa jest niczym tekstowy kobierzec o wyjątkowo gęstym splocie. Najlepiej czytać ją wielokrotnie, dając się prowadzić meandrującym wątkom. Wyrafinowany tekst dla tych, którzy lubią, aby książka zmuszała ich do myślenia.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ryszard Ćwirlej "Śmiertelnie poważna sprawa"

czwartek, 16 maja 2013 11:32

 

Jednoosobowe komando

 

Ryszard Ćwirlej, Śmiertelnie poważna sprawa, Zysk i S-ka, Poznań 2013, s. 470.

 

         W serii kryminalnej Ryszarda Ćwirleja do tej pory dwie rzeczy były oczywiste, zaś jedna niejasna. Autor w kolejnych powieściach – cykl ma już pięć części – nieodmiennie osadzał kryminalne intrygi w realiach ostatniej dekady istnienia nieboszczki Ludowej i umieszczał je na terenie wielkopolski (ciekawie, acz z umiarem posługując się stylizacją gwarową). Stosował jednak odmienną strategię niż większość rodzimych „kryminalistów”, skupiając uwagę nie na jednym, wyrazistym bohaterze, lecz na całej grupie (z przyległościami) milicyjnych śledczych. Jednak z czasem okazało się, że najwyrazistszą postacią w serii jest Teofil Olkiewicz. Bohater niebanalny w swej zwyczajności.

         Jest rok 1983, do rodzinnego kraju z pielgrzymką przybywa Jan Paweł II. Jednak poznańscy milicjanci mają zupełnie inny problem. W okolicach Grodziska Wielkopolskiego zostaje bestialsko zgwałcone i zamordowane młode dziewczę. Miejscowi milicjanci szybko zamykają śledztwo, wrabiając w zabójstwo drobnego pijaczka, który nie był w stanie przypomnieć sobie, co robił poprzedniego dnia. Jednak naczalstwo czuwa. Podporucznik Mirek Brodziak i chorąży Olkiewicz z Komedy Wojewódzkiej w Poznaniu mają sprawdzić, czy dotychczasowe ustalenia w śledztwie mają jakikolwiek sens.

         Olkiewicz jest równie paradoksalny jak schyłek PRL-u. To milicjant w wieku mocno średnim, pozbawiony jakichkolwiek ambicji. Ponieważ jest alkoholikiem, stara się jak najszybciej kończyć dochodzenia, by spokojnie popijać wódeczkę i piwo. W rzeczywistości, w której funkcjonuje, staje się jednak wyjątkowo skutecznym jednoosobowym milicyjnym komando, które podejmując szaleńcze akcje, jest w stanie zamknąć każdą sprawę. A do tego ma dar niebanalnego komentowania rzeczywistości. Rozważania Olkiewicza, ile papieżowi, jako obywatelowi Polski, należy się cukru na kartki, i co z tą ilością cukru można by uczynić – to istny majstersztyk (czy jak to tam mówią w Poznaniu…).


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Bartłomiej Biesiekirski "Jasnowidz"

środa, 15 maja 2013 19:11

 

Mrok zła ponad wszystko

 

Bartłomiej Biesiekirski, Jasnowidz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, ss. 392.

 

         Mimo sporej zapaści na rodzimym rynku książki kryminały wciąż trzymają się mocno, wychodzi dużo debiutów, zaryzykowałbym nawet tezę, że wydawcy dosyć nerwowo poszukują nowych nazwisk. A pośpiech nie zawsze jest dobrym doradcą. Choć właściwie trudno się dziwić, że mamy do czynienia z istną falą debiutów, przecież sporo osób wzięło się za pisanie kryminalnych opowieści, co jest napędzane dodatkowo przez takie inicjatywy, jak chociażby organizowane w ramach wrocławskiego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału warsztaty pisarskie, więc też wielu autorów na dorobku zaczęło pukać do wydawców z ofertami tekstów. Wspominam o tych zajęciach warsztatowych nieprzypadkowo, ponieważ Bartłomiej Biesiekirski również w nich uczestniczył, a teraz przyszedł do czytelników z premierową historią, która – zaznaczę od razu – wzbudziła we mnie mocno mieszane odczucia, gdyż dobre ze złem (we wszystkich tych słów znaczeniach) miesza się w niej nieomal po równo.

         Autor skonstruował w Jasnowidzu wielowątkową, wielopłaszyznową fabułę, w której teraźniejsze zbrodnie odsyłają do tragedii i traum sprzed lat. Akcja powieści rozgrywa się we Wrocławiu (nota bene to dolnośląskie miasto powoli staje się najlepiej opisanym miejscem w polskim kryminale współczesnym) oraz jego okolicach, w ponurych okolicznościach przyrody, pośród lasów i ukrytych w nich jezior oraz zapadłych wiosczyn. Znika żona znanego i wpływowego adwokata, którego pozycja oraz majątek zbudowane zostały na mocno podejrzanych fundamentach, co jednak trudne jest do udowodnienia. Niedługo potem okazuje się, że została zamordowana. Poza tym zapada się pod ziemię (jak się potem okazuje, nieomal dosłownie) również nastoletnia córa prawnika. Sprawą równolegle zajmują się dwie osoby. Jedną z nich jest Joachim Grefer, który dzięki programowi telewizyjnemu sprzed lat uznawany jest – niesłusznie – za jasnowidza, a w rzeczywistości specjalizuje się w analizie dokumentów finansowych, która pozwala odnaleźć ukrywających się dłużników, oraz podkomisarz Adam Seweryn, który znajduje się „na wylocie” z policji i robi wszystko, by zdobyć awans i jednocześnie zamknąć sprawę, która swego czasu złamała mu karierę.

         Biesiekirski wyraźnie inspiruje się kryminałami skandynawskimi, o czym świadczy nie tylko mroczność (swoją drogą, to wyjątkowo mętna kategoria…) opowieści. Skandynawowie wyspecjalizowali się w odkrywaniu kolejnych pokładów zła, bestialstwa i zboczeń, tkwiących w na pozór zwyczajnych bohaterach; w ukazywaniu ciemnej strony ludzkiej natury. W Jasnowidzu każdy z bohaterów ma coś na sumieniu, każdy popełnił jakieś wykroczenia albo zbrodnie. Nawet Grefer – mimo wszystko najsympatyczniejsza postać w całej książce. Nawet Seweryn, który zdaje się być „samotnym szeryfem”, który wbrew wszystkim i wszystkiemu dąży do tego, by prawo wreszcie zatryumfowało. Umieszczenie przez Biesiekirskiego bohaterów w przestrzeni moralnej i prawnej szarości jest rozwiązaniem ciekawym i trafnym, dobrze przystającym do kryminalnej intrygi. Tyle tylko że – jak na moje oko – portretom niektórych postaci z Jasnowidza zabrakło psychologicznej głębi. Szczególnie widoczne jest to w kreacji postaci – chyba najbardziej odrażającej w książce – kobiety-morderczyni. To kobieta-bluszcz bezwzględnie wykorzystująca kolejnych mężczyzn. Jestem w stanie zrozumieć, że jest gotowa dopuścić się zbrodni, by chronić interesy swoje czy też kolejnych kochanków. Ale dlaczego latami znęca się fizycznie i psychicznie nad swoimi córkami? Czemu nieomal każde jej działanie naznaczone jest bezinteresownym złem? Co sprawiło, że stała się złem wcielonym? Autor tego nie wyjaśnia, a tłumaczenie w rodzaju – posłużę się klasycznym już tekstem – „bo to zła kobieta była”, zupełnie do mnie nie przemawia.

         W pogoni za sensacyjną i szybką akcją, Biesiekirski momentami zapędza się za daleko, ocierając się o nieprawdopodobieństwa. Przykład? Proszę bardzo: odnaleziona przez Grefera córka adwokata wyciąga go, nieprzytomnego, z wody. Wszystko pięknie, ale wcześniej była tak osłabiona, że ledwo trzymała się na nogach. I nie tłumaczy tego, moim zdaniem, adrenalinowy kop… Takich wątpliwych rozwiązań jest w Jasnowidzu więcej.

         Lubię kryminały – jak to nazywam – o grubym splocie, wielowątkowe, pokomplikowane. Jednak w przypadku książki Biesiekirskiego lekkie uproszczenie fabuły wyszłoby opowieści na dobre. Tym razem strategia „na bogato” sprawdziła się średnio. A może inaczej? Wydaje mi się, że Jasnowidz jest powieścią wyraźnie niedopracowaną, zbyt pośpiesznie wydaną. Pewne rozwiązania, wątki i motywy aż proszą się o gruntowne przemyślenie i przepracowanie. Co nie zmienia faktu, że, jak dla mnie, Biesiekierski jest już w tym momencie pisarzem z solidnym warsztatem, mającym niebanalną wyobraźnię i językowy szwung. I chyba tylko jednego mu brakuje – cierpliwości. Albo solidnego redaktora…


Podziel się
oceń
1
5

komentarze (6) | dodaj komentarz

Ryszard Ćwirlej "Upiory spacerują nad Wartą"

poniedziałek, 06 maja 2013 19:59

 

Horror ze zgniłego Zachodu

 

Ryszard Ćwirlej, Upiory spacerują nad Wartą, wydanie II poprawione, Zysk i S-ka, Poznań 2013, ss. 386.

 

         Powieść Upiory spacerują nad Wartą po raz pierwszy ukazała się w roku 2007, jako pierwsza część cyklu kryminalnego o dzielnych i malowniczych milicjantach z Komendy Wojewódzkiej w Poznaniu oraz ich przygodach w latach 80. ubiegłego wieku. Teraz Ćwirlej postanowił wznowić ją w wersji nieco zremasterowanej – i dobrze, bo ten tytuł był już trudno dostępny na rynku. O serii Ćwirleja, na którą obecnie składa się pięć tomów, pisałem już niejednokrotnie, więc tym razem pominę rozważania o specyfice pomysłu na kryminał tego autora i skupię się na kilku kwestiach związanych z jego debiutem.

         Jakież to upiory straszą nad Wartą, pobudzając poznaniaków do mnie lub bardziej dorzecznych plotek? Z rzeki wyłowione zostają zwłoki młodej kobiety pozbawione głowy, niedługo potem odnajduje się również głowa, tyle tylko że… absolutnie niepasująca do ciała. Czyżby objawił się seryjny zabójca, który w krótkim odstępie czasu w okrutny sposób ukatrupił dwie kobiety, najpierw udusiwszy je, a potem pozbawiwszy głów? Milicjanci i ich informatorzy ze światka przestępczego zastanawiają się, o co chodzi w tej sprawie? Przecież pragmatyczny zabójca z PRL-u nie marnowałby energii na takie ekscesy. Tak się dzieje jedynie na zgniłym Zachodzie. Milicjanci zaczynają interesować się ludźmi, którzy zaczęli sprowadzać do kraju kopie zagranicznych filmów grozy na taśmach magnetowidowych, wpadają na pewien trop, a później sprawa już tylko komplikuje się coraz bardziej. Ale przecież ekipa z Poznania nie z takimi przypadkami dawała sobie radę.

         Właśnie, ekipa… Ćwirlej stworzył całą galerię interesujących, zróżnicowanych postaci milicjantów. Marcinkowski jest z nich najinteligentniejszy, ma największą wiedzę i zmysł analityczny. Sympatyczny rudzielec Brodziak to typ miejskiego zawadiaki, który równie dobrze jak w organach ścigania mógł skończyć w poznańskim półświatku, jak jego kumpel z podwórka Gruby Rychu. Olkiewicza zaś… no, cóż, jest zapijaczonym matołem, który ma jednak niezwykły dar zjednywania sobie ludzi i dopasowywania się do sytuacji. Warto jednak zwrócić uwagę, że Ćwirlej z niezwykłą starannością i pomysłowością kreśli także portrety bohaterów drugiego a nawet trzeciego planu. W powieści pełno jest pojawiających się w pojedynczych scenach postaci, które zapadają w pamięć, rozmaitych „staczek” kolejkowych, bab „poduszkowych”, które z okien obserwują, co dzieje się na osiedlu, drobnych menelików. Mało który z rodzimych pisarzy kryminalnych z równą starannością podchodzi do pisania takich drobnych epizodów.

         Pisałem już o tym, ale powtórzę raz jeszcze: książki Ćwirleja są istną kopalnią wiedzy o późnym PRL-u, moim zdaniem mówią o tych czasach więcej i pełniej niż opracowania historyczne, ponieważ pokazują historie „w dzianiu się” poprzez losy konkretnych bohaterów. Starszym, na przykład mnie, poznański autor przypomina to, o czym zdążyli zapomnieć, na przykład pokazy video w małych salkach w liceach, domach kultury czy na uniwersytetach, kiedy widzowie wgapiali w kiepskiej jakości kopie nienajlepszych filmów z Zachodu, z odczuciem obcowania z czymś wyjątkowym. Młodszym dają poznać świat pewnie dla nich całkowicie egzotyczny.

         I tylko jedno mnie w Upiorach… irytowało – nadmiar scen alkoholizowania się. Fakt, Ćwirlej z założenia pokazuje PRL jako krainę pijaków, ale w debiucie było tego stanowczo za dużo. Bohaterowie piją, jeśli mają co, a zwykle jednak udaje im się coś zorganizować, przed pracą, w jej trakcie i po, piją sami i z kompanami, piją do jedzenia, spłukują alkoholem smak kiepskich papierosów, albo piją… piją, bo piją, bez konkretnej okazji i przyczyny. Ów nadmiar popijania sprawia, że narracja jest momentami monotonna. Na szczęście w kolejnych częściach cyklu autor znalazł już odpowiednie proporcje i alkoholowe wybryki, na przykład Olkiewicza, nie są już tak irytujące.  

 

Zapraszam do lektury wywiadu z Ryszardem Ćwirlejem na moim blogu - http://robertostaszewski.bloog.pl/id,334063805,title,Krotka-pilka-z-Ryszardem-Cwirlejem,index.html


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

środa, 24 maja 2017

Licznik odwiedzin:  108 625  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 108625

Lubię to