Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Jens Høvsgaard, Martwe księżniczki nie śnią

środa, 30 maja 2012 23:22

 

Duński Larsson

 

Jens Høvsgaard, Martwe księżniczki nie śnią, przekł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012, s. 352.

 

         Skandynawskie nacje niby są różne pod wieloma względami, niby podśmiewają się z siebie nawzajem, jak to między sąsiadami bywa, ale jednak kryminały ostatnimi czasy piszą bardzo podobne, o czym zaświadcza pisarstwo Jensa Høvsgaarda, duńskiego Stiega Larssona.

         W powieści Martwe księżniczki nie śnią (chyba skądś już znamy taki żanr tytułów…?), pierwszej części kryminalnej trylogii, głównym bohaterem jest – jakżeby inaczej – dziennikarz śledczy. Do tego – dziennikarz po przejściach, który utracił ukochaną żonę, załamał się, potem próbował zapić się na śmierć (bez powodzenia), ale w końcu wziął się w garść, by poprowadzić kolejne błyskotliwe śledztwo. Skądś to znamy? Ależ oczywiście… A czym się zajmuje? Sprawą „seksualnych niewolnic”, kobiet z Afryki i Europy Wschodniej, którymi poniewierają międzynarodowe gangi, działające na terenie Danii. John Hilling, bo to on jest głównym bohaterem powieści, dosyć przypadkowo trafia na trop mafii sutenerów, który doprowadza go do grupy dosyć nieprzyjemnych Duńczyków. Właśnie – Duńczycy. Ten kraj powszechnie odbierany jest jako oaza spokoju i dobrobytu, jednak Høvsgaarda postrzega ojczyznę zupełnie inaczej. W gruncie rzeczy książka Martwe księżniczki nie śnią jest nie tyle kryminałem, co raczej krytyką duńskiego społeczeństwa rozpisaną na powieść z wątkiem kryminalnym (dosyć anemicznym). Duński pisarz nie żałuje razów swoim rodakom i państwowym instytucjom. W Danii szaleją nacjonalizm i ksenofobia. Służby, które powinny chronić wszystkich przebywających w Danii, niespecjalnie przejmują się losem emigrantów/emigrantek. W końcu – nie są to Duńczycy, więc – nie ma problemu. Działania policji spacyfikowane są przez polityczne układy, a polityczne układy – szkoda gadać. I tak dalej, i tym podobne. Nie zamierzam wnikać, czy faktycznie „źle się dzieje w państwie duńskim”, ale po przeczytaniu książki Høvsgaarda naprawdę nie mam ochoty odwiedzać Kopenhagi.

         Z powieścią Martwe księżniczki nie śnią mam taki sam problem, jak z wieloma innymi powieściami skandynawskich kryminalistów, które w ostatnich latach pojawiają się w polskich tłumaczeniach. Otóż, dręczy mnie ich powtarzalność i przewidywalność, bo też ile można czytać o poniewieranych kobietach, dręczonych dziatkach i władzach, które generalnie mają to wszystko gdzieś?!I jakoś mojego zniecierpliwienia nie ukoiło nawet to, że Høvsgaard pisze zdecydowanie lepiej niż Larsson, że jego opowieści są bardziej podopinane i stylistycznie wyrafinowane. Na boga, niech już pisarze ze Skandynawii napiszą o czymś innym… Choćby o ginących na szosach łosiach…

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Marek Krajewski, Rzeki Hadesu

wtorek, 29 maja 2012 16:58

 

 

Popielski w sutannie

 

Marek Krajewski, Rzeki Hadesu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 276.

 

         Ledwo przyzwyczaiłem się do postaci komisarz Popielskiego, a już powieścią Rzeki Hadesu kończy się lwowska trylogia Marka Krajewskiego. Odczucia mam z tego względu nieco mieszane, bo z jednej strony za nowym cyklem kryminalnym autora Śmierci w Breslau do tej pory raczej nie przepadałem, z drugiej – dostrzegałem, że z książki na książkę ta seria staje się ciekawsza, postać głównego bohatera wyrazistsza, a przedwojenny Lwów jakby bardziej namacalny.

         Właśnie – Lwów… W nowej powieści Krajewskiego pojawia się on na równi z Wrocławiem. Nie, nie pomyliłem się, wcale nie idzie o Breslau, bo akcja Rzek Hadesu startuje w roku 1946 już w polskim Wrocławiu, gdzie Popielski – mający bogatą przeszłość AK-owską – w przebraniu księdza ukrywa się przed UB. Były komisarz jest zmuszony powrócić do sprawy, której kilkanaście lat wcześniej nie udało mu się zamknąć we Lwowie. Co więcej, złoczyńca wtedy całkiem okpił komisarza, bo nie dość, że mu umknął, to jeszcze o mało nie doprowadził do śmierci Popielskiego i jego bliskich. Zadanie we Wrocławiu jest prawie niewykonalne, bo komisarz ściga zbója, samemu będąc wściekle tropionym. Ale od czego ma się przyjaciół. Skutecznie pomaga mu – któżby inny?! – Eberhard Mock…

         Mimo iż zbrodniarz z nowej książki Krajewskiego – zwyrodniały gwałciciel małych dziewczynek – to postać obrzydliwa, to jednak powieść jest dużo mniej krwawa niż poprzednie tego autora, za to dużo smutniejsza i bardziej nostalgiczna. Rzeki Hadesu są nie tylko opowieścią o wyrafinowanej zbrodni, ale również – a może nawet przede wszystkim, o czym może świadczyć końcówka powieści – o utracie. Życie tak Popielskiego, jak i Mocka, legło w gruzach; ten pierwszy już utracił ukochany Lwów, ten drugi właśnie opuszcza swoje Breslau. I kończą się cykle kryminalne Marka Krajewskiego…

 

(Ten tekst po raz pierwszy ukazał się w tygodniku „Polityka”.)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Anna Fryczkowska, Starsza pani wnika

czwartek, 24 maja 2012 12:32

 

 

Kociki i faceciki

 

Anna Fryczkowska, Starsza pani wnika, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 440.

 

         Jako zdeklarowany psiarz nie przepadam za kotami. Niezbyt przypadła mi też do gustu pierwszą powieść kryminalna Anny Fryczkowskiej zatytułowana Kobieta bez twarzy (2011). Co ma piernik do wiatraka a koty do Fryczkowskiej? Otóż to, że wątek koci jest w nowym kryminale tej autorki bardzo istotny. Ale po kolei…

         W książce Starsza pani wnika pisarka po raz kolejny posługuje się formułą kryminału pomieszanego z powieścią obyczajową. W powieści intryga nie jest najistotniejsza, choć dosyć zmyślna: zostaje zamordowany niezbyt przyjemny mężczyzna, wykorzystujący na różne sposoby (choć głównie finansowo) kobiety, w niejasnych okolicznościach znika bez śladu starsza pani, a do tego zwyrodnialec morduje koty a swoje wyczyny uwiecznia na filmach wrzucanych do sieci. Śledztwa w tych sprawach podejmuje prywatny detektyw z przypadku Jaro, dobijający trzydziestki ciapowaty facecik, bezrobotny, pozostający na utrzymaniu babki i całkiem przez nią zdominowany – choć właściwie w śledczej robocie wyręcza go głównie babka wraz ze swoimi koleżankami. Właśnie – staruszki…

          We współczesnej kulturze, zdominowanej przez kult młodości i zdrowia, temat starości spychany jest na marginesy. Fryczkowska postanowiła te marginesy spenetrować, z całkiem niezłym skutkiem. Z jednej strony, odwołuje się w ten sposób do kryminalnej klasyki, choćby opowieści o pannie Marple wykreowanej przez Aghatę Christie. Z drugiej, z wyczuciem opisuje doświadczenie starości, blaski i cienie (te przede wszystkim) wieku senioralnego, nie cofając się przed ukazywaniem zagadnień uważanych (niesłusznie) za wstydliwe, choćby seksualności kobiet w podeszłym wieku. Wątek starości w powieści Starsza pani wnika jest zdecydowanie najciekawszy. Inne są już zdecydowanie gorsze.

         Zdarza się (wcale nie tak rzadko), że autorów kryminałów (mężczyzn) oskarża się o jawny mizoginizm, albo chociażby o ukazywanie kobiet w niezbyt korzystnym świetle. U Fryczkowskiej zaś to mężczyźni są „odrażający, brudni i źli”. Bo z jakimi postaciami męskimi mamy do czynienia w powieści Starsza pani wnika? To prawie bez wyjątku podłe typy, bez mrugnięcia okiem wykorzystujące biedne niewiasty, psychopaci dręczący zwierzęta albo żałosne maminsynki (faceciki), które bez pomocy kobiet nie są w stanie nawet związać sobie sznurowadeł (poza tym prawie wszystkim śmierdzi z ust). Zdaję sobie sprawę, że miał to być rodzaj specyficznego żartu (było nie było, książka Fryczkowskiej to kryminał z rodzaju tych na wesoło…), tyle tylko że tego rodzaju jednostronne, karykaturalne ujęcie męskich bohaterów mocno osłabia wagę rozpoznań obyczajowych (na przykład dotyczących starości), czynionych przez autorkę już jak najbardziej na poważnie. W przypadku tej książki formuła „trochę na poważnie, nieco na wesoło” niezbyt się sprawdziła.

         Moje wątpliwości wzbudził też wątek mordowania kotów (kocików). Dawno temu Umberto Eco w jednym z felietonów pisał, że w naszych czasach, gdy media dzień w dzień bombardują nas makabrą, bardziej wzruszmy się losem krzywdzonych zwierząt niż zabijanych ludzi. Coś w tym jest… Jak na mój gust opisywanie dręczonych kotów to nazbyt łatwy i prosty sposób na budowanie porozumienia z czytelnikiem. Wydawało mi się, że Fryczkowską stać na bardziej wyrafinowane chwyty.

         W nowej książce autorki Kobiety bez twarzy złe miesza się z dobrym. Moim skromnym zdaniem złego jest więcej, choć – jestem o tym przekonany – wielu czytelników będzie zgoła odmiennego zdania.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Izabela Żukowska, Gotenhafen

poniedziałek, 21 maja 2012 12:57

 

 

Policjant, który nie pamięta

 

Izabela Żukowska, Gotenhafen, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2012, s. 239.

 

         Wrocław ma swojego Marka Krajewskiego, Lublina – Marcina Wrońskiego, Warszawa – choćby Konrada T. Lewandowskiego, a Trójmiasto… – Izabelę Żukowską, autorkę coraz bardziej obiecującego cyklu kryminałów retro, których akcja rozgrywa się w Gdańsku, Sopocie i w Gdyni w latach 30. i 40. XX wieku. Żukowska zadebiutowała dwa lata temu powieścią Teufel, teraz wydała kolejną, zatytułowaną Gotenhafen; oprócz miejsca akcji łączy je także postać głównego bohatera, komisarza gdańskiej policji, Niemca Franza Thiedtke. Proza retrokryminalna rozlewa się u nas w ostatnich latach bardzo szerokim nurtem, może nawet – nazbyt szerokim, ale na książki gdańskiej autorki warto zwrócić uwagę, bo są nieco odmienne od tego, do czego przyzwyczaili nas inni twórcy tej odmiany kryminałów.

          W obu powieściach widać niezwykłą dbałość autorki o tło historyczne. Chociaż nie… słowo „tło” nie jest w tym przypadku właściwe. I w Teufel, i w Gotenhafen historia jest równie ważna jak kryminalna intryga, co więcej – bardzo ściśle spleciona z fabułą (dla przykładu: w pierwszej powieści działania bohaterów w dużym stopniu uwarunkowane są zbliżającym się wybuchem wojny, w drugiej – istotne miejsce w przebiegu fabuły zajmuje pierwszy duży nalot alianckiego lotnictwa na Gdynię, przemianowaną przez faszystów na Gotenhafen). Żukowska drobiazgowo odtwarza realia tamtych czasów, wplata w tekst wiele ciekawostek dotyczących historii i kultury przedwojennego Gdańska czy Gdyni czasów okupacji, doprecyzowuje historyczne informacje w rozbudowanych przypisach. Do tego dorzuca odrobinę subtelnych nawiązań intertekstualnych, jak choćby do osoby Vladimira Nabokova w Gotenhafen. W pierwszej powieści łączenia między historią a fabułą jeszcze trochę zgrzytały, autorka nazbyt obciążała narrację przewodnikową wiedzą, ale już w następnej książce, napisanej z większym oddechem i rozmachem fabularnym, znalazła odpowiedni balans między intrygą a historią.

         Nietypowy jest główny bohater cyklu. W większości rodzimych kryminałów retro głównymi bohaterami są zazwyczaj twardziele po przejściach rodem z kryminałów noir, zaś Thiedtke to solidny urzędnik, stateczny obywatel i przykładny mąż, a przy tym bardzo skuteczny śledczy. Jest zdystansowany wobec świata i innych, nawet wyobcowany, przede wszystkim dlatego że nie akceptuje nowych porządków, jakie zaprowadzają jego rodacy zapatrzeni w Hitlera; przy czym nie buntuje się, stosuje strategię biernego oporu i po prostu robi to, co do niego należy: dba, aby prawo było przestrzegane, a ci, którzy je złamią, zostali ukarani. Kiedy nie jest już w stanie tego robić, odchodzi na emeryturę, choć wcześniej doprowadza – prawie – do końca sprawę topielicy (w powieści Teufel), która narazi go na niebezpieczną konfrontację z faszystowskimi czynownikami i której dalszy ciąg (przedstawiony w Gotenhafen) o mało nie skończy się dla niego tragicznie. Żukowska w nowej powieści posłużyła się też prostym, choć ciekawym chwytem, który uwypuklił wyobcowanie Thiedtkego, jego „odklejenie się” od rzeczywistości wojennej. Emerytowany komisarz policji zostaje oskarżony o morderstwo. Nie ma pojęcia, czy je popełnił, bo… stracił pamięć. Za wszelką cenę chce się dowiedzieć, co faktycznie się wydarzyło i jaki był w tych wydarzeniach jego udział. Cena okaże się wysoka, nie tylko dla niego.

         Rodzimi twórcy kryminałów ukochali styl przezroczysty, który nie stawia czytelnikowi większego oporu. Żukowska – wręcz przeciwnie. Gdyńska autorka konsekwentnie posługuje się rozbudowanymi okresami zdaniowymi o – często – skomplikowanej składni. Wielu czytelnikom, przyzwyczajonym do lekkiej i łatwej lektury, z pewnością nie przypadnie to do gustu, mnie jednak styl prozy Żukowskiej odpowiada, bo narzuca niespieszny rytm czytania i dobrze przystaje do ducha i atmosfery ewokowanych w książkach autorki Gotenhafen.

         Koniec końców, może Żukowska nie przebije popularnością Krajewskiego czy Wrońskiego, ale grono wiernych czytelników bez wątpienia znajdzie.      

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Piotr Pochuro, Cena za honor

czwartek, 17 maja 2012 14:35

 

 

Wredna służba

 

Piotr Pochuro, Cena za honor, Bellona, Warszawa 2012, s. 204.

 

         Rodzimych autorów kryminałów, których akcja osadzona jest w naszym „tu i teraz”, zdecydowanie bardziej interesuje tworzenie wymyślnej intrygi kryminalnej, przykuwającej uwagę czytelnika, niźli dbałość o realia pracy policji czy prokuratury. I nie, to wcale nie jest z mojej strony zarzut. Po pierwsze, pisarze mogą z materią rzeczywistości robić, co tylko im się podoba (oczywiście, o ile tekst trzyma odpowiedni poziom literacki…), po drugie, zwykła, codzienna praca policjanta jest zwyczajnie nudna i żmudna (że wspomnę tylko tzw. rutynowe czynności śledcze). Trafiają się jednak pisarze, którzy ów trud i znój policyjnej roboty próbują opisywać. Co specjalnie nie dziwi, w większości są to byli policjanci, a jednym z nich jest Piotr Pochuro (to pseudonim).

         Pochuro zadebiutował powieścią Dziewięć milimetrów do nieba (2009), niedawno wydał kolejną, zatytułowaną Cena za honor (po drodze był jeszcze zbiór opowiadań Ciężar decyzji z 2010 roku). Autor opowiada o zmaganiach policjantów z przestępczością zorganizowaną, jednocześnie opisując od podszewki pracę policyjną – często w sposób bardzo krytyczny. Tak też jest w Cenie za honor. Głównym bohaterem powieści jest policjant nazywany Bzykiem, rasowy, ale w pewnym stopniu przegrany glina, który – jak sam sobie boleśnie uświadamia – „oprócz pasji ścigania bandziorów nie ma właściwie nic”. Żona go opuściła, z synem praktycznie nie ma kontaktu, a w pracy jego zawziętość i metody są coraz mniej mile widziane. Fabuła książki rozpisana jest na dwa symultanicznie prowadzone wątki. W jednym ukazane jest ostatnie śledztwo Bzyka, który wbrew wszystkim i wszystkiemu stara się rozbić narkotykową mafię Uszatego, z którym ma też osobiste porachunki (mafijny boss swego czasu nastawał na życie jego bliskich). W drugim – przedstawione są późniejsze losy Bzyka, który na skutek wydarzeń, mających miejsce podczas ostatniego śledztwa, zostaje (niesłusznie) oskarżony o szereg przestępstw i koniec końców skazany.

         Cena za honor jest w równym stopniu kryminałem, jak i powieścią z życia policjantów. Obraz policyjnej codzienności kreślony przez Pochuro jest, mówiąc oględnie, ponury. Policjantom wiąże ręce wszechobecna biurokracja, a upolitycznienie i niedofinansowanie służb w dużym stopniu utrudniają skuteczną pracę. Funkcjonariusze są zmęczeni i coraz bardziej sfrustrowani; starają się robić co mogą, ryzykują życie i zdrowie, a koniec końców traktowani są jak szmaty, potencjalni „zbóje” (jedna z młodych prokuratorek „uważa, że gliniarz to bandyta, tyle że legitymację nosi”). Ich służba okazuje się wredna, a do tego przychodzi im jeszcze sporo płacić za wierność przysiędze. Przy tym nowa powieść Pochuro nie jest tylko i wyłącznie lamentem niedocenianych policjantów; obraz kreślony przez autora nie jest czarno-biały, wręcz przeciwnie – pełen niuansów. Dla niektórych funkcjonariuszy, tak jak dla Bzyka, policyjna robota jest pasją, dla innych – jedynie pracą zarobkową; jedni są krystalicznie czyści, inni – sprzedają się bandziorom.

         Warto podkreślić, że proza Pochuro z książki na książkę ewoluuje, zmienia się – i to na lepsze. W debiutanckiej powieści tego autora znaleźć można było jeszcze sporo niedociągnięć. W Cenie za honor jest już i przemyślana konstrukcja, i pewną ręką prowadzona fabuła, i klarowny styl, wprawdzie pozbawiony literackich ozdobników, ale przez to wyjątkowo sugestywny.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  117 007  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 117007

Lubię to