Bloog Wirtualna Polska
Są 1 234 932 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Valerio Varesi "Z pustymi rękami"

poniedziałek, 29 kwietnia 2013 16:08

 

 

Złamana dusza miasta

 

Valerio Varesi, Z pustymi rękami, przekł. Tomasz Kwiecień, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013, ss. 262.

 

         Wydawca zachęca do lektury nowej powieści kryminalnej Valerio Varesiego takimi oto zdaniami: „Inne oblicze Włoch. Inne oblicze kryminału”. Jeśli idzie o to drugie, włoski pisarz – jak na mój gust – nowych światów w kryminale nie odkrywa, Z pustymi rękami jest ze smakiem przyrządzonym mixem kryminału procedur policyjnych z noir (z mrocznym obrazem miasta, a dokładniej – Parmy, w tle opowieści), niczym więcej. Za to z powieści można się dowiedzieć całkiem sporo o współczesnych Włoszech i przyczynach kryzysu, w który coraz bardziej popadają kraje południowej Europy (książka miała premierę w roku 2006). Co jest kolejnym dowodem, iż to właśnie kryminały z powodzeniem przejmują funkcję zwyczajnej prozy realistycznej.

         Wszystko zaczyna się od śmierci właściciela sklepu z ekskluzywną odzieżą, który zostaje brutalnie pobity we własnym mieszkaniu. Komisarz Soneri, prowadzący sprawę, cierpi z powodu istnego urodzaju tropów i śladów. Bo czegóż tam nie ma!? Zamordowany lubił wystawne życie a niekoniecznie przepadał za „nadludzkim wysiłkiem w nieludzkich warunkach”, więc wszedł w układ z miejscowym lichwiarzem, nie stronił od niebezpiecznego seksu z podejrzanymi chłopcami, uwikłany był w handel narkotykami a to tego jeszcze… należał do potężnej i bezwzględnej rodziny mafijnej. Problem jest taki, że Soneri nie umie poskładać licznych fragmentów układanki w jeden spójny obraz. Ale nie ustaje w swoich staraniach, bo – naiwny – wierzy w sprawiedliwość i państwo prawa. Chyba jako jeden z ostatnich w mieście Parmie…

         Właśnie, chyba to jest najciekawsze w nowej prozie włoskiego pisarza: obraz miasta, które chyli się ku upadkowi, i społeczności, która nie jest w stanie obronić się – ani sama, ani dzięki tzw. służbom – przed zmyślnymi bandziorami. Soneri, pełen goryczy, coraz jaśniej uświadamia sobie, że źle dzieje się w jego mieście. Upadają kolejne zakłady pracy, przejmowane przez szemranych „biznesmenów”, którym chodzi tylko o pozyskanie atrakcyjnie ulokowanych działek. Protesty pracowników i chaotyczne akcje miejskiej, anarchistycznej partyzantki nie dają żadnych efektów, bo pozbawione wsparcia władz – uwikłanych w niejasne zależności – nie mają najmniejszych szans powodzenia. Soneri, wierny wyznawanym wartościom, próbuje się przeciwstawić, ale – oczywiście – jego działania z góry skazane są na przegraną. To nie jest czas samotnych szeryfów. Przestępcy, którzy nagą brutalność mieszają z finezją prawniczo-biznesowych kruczków są na z góry wygranych pozycjach. Komisarz jest w stanie wyłapać płotki, nic więcej. Żarna zła i tak będą mielić kolejnych, pozbawionych ochrony, obywateli. Nic więc dziwnego że koniec końców Soneri ma takie, a nie inne odczucia: „Czuł się śmiertelnie zmęczony. Miał ochotę rzucić tę robotę, która wydawała mu się bezużyteczna. Czuł się wykpiony, wystrychnięty na dudka i samotny ze swoimi ideałami”.

         I właściwie tylko jedno mnie w Z pustymi rękami drażniło – ciągłe narzekania na pogodę. Nie mam pojęcia, jak wygląda upalne lato w Parmie, może faktycznie trudne jest do wytrzymania. Ale czy akurat trzeba o tym pisać co kilka stron? Tym bardziej że większość pisarzy włoskich, albo o tym kraju piszących narzeka na skwar. Może więc na chwilę powinni się przenieść do Skandynawi?

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Krótka piłka z... Tomaszem Jamrozińskim

piątek, 19 kwietnia 2013 13:45

Częstochowa słynie nie tylko Wieżą, a ostatnio - pewnym kolosalnym pomnikiem, ale również autorami kryminałów. Dla przypomnienia więc wywiad z Tomaszem Jamrozińskim. A tu znajdą Państwo recenzję z powieści Jamrozińskiego - http://robertostaszewski.bloog.pl/id,332769724,title,Tomasz-Jamrozinski-Schodzac-ze-sciezki,index.html

 

 

Niezwykłe „psy”

 

Jamroziński poeta, Jamroziński autor kryminałów... Rozdwojenie jaźni czy chłodna kalkulacja?

Raczej kłopoty z jaźnią i dorastanie do prozy, a przy tym odkrycie, że obie drogi otwierają perspektywę zmierzenia się z własnymi doświadczeniami i świadomością językową. I wiersz, i kryminał można odpowiednio spleść, żeby dawał satysfakcję czytelnikowi. W jednym i drugim wyciągam rękę do tego, kto trafi na moje rzeczy. Warunkiem jest to, że najpierw musi przebić się przez gąszcz tytułów i propozycji.

 

Jasne, ale pisanie wierszy i kryminałów to dwie różne bajki... Jestem ciekawy, jak się przygotowywałeś do pisania powieści kryminalnej.

Oj, różne, dlatego ostatnio jedna kosztem drugiej. Co do powieści to od dawna siedziały mi w głowie pewne pomysły, a przy tym stałem się dość wiernym czytelnikiem gatunku, stąd była prosta droga do przemyślenia fabuły oraz bohaterów, ich żywego języka i codziennych zajęć, w tym służbowych, które w przypadku policjantów nadały kolorytu całości.

 

Właśnie... Bo miałem Cię pytać o kryminalne inspiracje. Chyba lubisz Skandynawów?

Lubię tę ich „surowiznę”. Jest pociągająca. Chociaż w naszych warunkach nie ma racji bytu. U nas, żeby było prawdziwie, musi być pewna słowiańska przaśność, a jeśli już szorstkość to innego rodzaju. Inaczej myślimy. Czujemy.

 

Ale o jaką szorstkość Ci chodzi? Bo chyba nie o – jak to nazywają znawcy tematu – typową zbrodnię po polsku?

Chodzi mi nie tyle o zbrodniarzy czy ofiary, raczej o cechy śledczych lub szerzej o społeczeństwo. W tym sensie, że u nas trudniej o pracoholika poukładanego w swej samotności, z dobrym gustem i grubszym portfelem. U nas zaraz jest porywczo, z emocjonalnym szarpaniem a nie chłodem, z wybuchową dumą z jednej a z drugiej wpajaną uległością wobec zarówno mitów, jak i instytucji. Zamiast melancholii skomplikowany świat wewnętrzny, w związku z którym często trzeba odgrywać teatrzyk. Ma to swoje dobre strony, bo Polacy wiecznie czegoś szukają, za czymś gonią. Jest z czego budować postaci.

 

A coś innego, kryminalnego poza Skandynawami czytasz?

Wiadomo, że rodzime. Warto wiedzieć, co w trawie piszczy, a poza tym nie ustępują miejsca tym z Zachodu czy Północy. Strach jest bardziej odczuwalny, bo zło zdarza się obok. Amerykanów też czytam, chociaż u nich mam ostatnio wrażenie łatwiej o blagierski ton, mniej to dramatyczne, więcej takie zabawowe.

 

Wracając do Twojej powieści zatytułowanej Schodząc ze ścieżki – co była na początku, bohaterowie czy intryga?

Opowiadanie, które stało się kanwą monologu Ligockiego, czyli jedynego świadka zdarzeń znad glinianki Michalina. Intryga się splotła w jakimś pierwszym odruchu, potem przyszło życie bohaterów, które mnie wciągnęło, no i znowu zmiana kilku ważnych tropów dla rozwiązania zagadki. Trochę przesunięć i improwizacji. Przy ruchomym planie pisze się ciekawiej, chociaż nie wolno zapominać, że to kryminał z obwarowaniem gatunkowym. Układanki nie mogło zabraknąć.

 

A nie sądzisz, że Twoi bohaterowie są zbyt inteligentni – co widać w dialogach – jak na zwykłe „psy”?

To muszą być niezwykłe „psy”, bo jakim sposobem odkryliby prawdę zbrodni sprzed dekady. Nazwani zostają nawet „Świętymi”. Jeden z nich rzuca mięsem, ale robi to w finezyjny sposób, drugi ma dylematy, więc nie mógł być bezrefleksyjny. Nie odmawiam im tej fantazji. W cieniu mają za to głupkowatych kolegów. Równowaga zachowana.

 

A czy, pisząc powieść, wiedziałeś, że w Katowicach jest znane policyjne Archiwum X?

Tak, chociaż głośniej jest chyba wokół tego krakowskiego. To idealne miejsce dla Świętych, którzy sprawdzili się w tego typu śledztwie. Rozpatrywałem już opcję, żeby w drugim tomie wysłać ich po naukę do takiego ośrodka. Póki co Wołoszynow ma brudno w papierach od lekarza.

 

Na koniec... Dałeś w powieści smakowity opis Częstochowy. Gdybyś miał wysłać swoich bohaterów do innego miasta, to które by to było?

Kraków, w którym mieszkałem przez 6 lat. Pewien klimat łączy te miasta, niemal namacalnie ściera się w nich sacrum z profanum. Dużo jest też fasadowości, którą można odrzeć z tajemnicy. Zbrodnie i historie o grzechu w takich okolicznościach zyskują na uroku.

 

Czyli.. kolejna część kryminalnej serii w Krakowie?

Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Coś pomiędzy może, tym bardziej że teraz istotnym dla fabuły miejscem będzie wioska, czyli nietypowo dla kryminału, który zwykle jest wielkomiejski. Ważniejsze jednak pytanie, czy Święci powrócą, bo piszę coś zgoła mniej policyjnego.

 

Oby powrócili. Dziękuję za rozmowę.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Ferdinand von Schirach "Sprawa Colliniego"

środa, 17 kwietnia 2013 11:06

 

Prawo kontra sprawiedliwość

 

Ferdinand von Schirach, Sprawa Colliniego, przekł. Anna Kierejewska, W.A.B., Warszawa 2013, ss. 159.

 

         Wydawać by się mogło, że Niemcy dawno już uporali się z mrocznym dziedzictwem III Rzeszy, osądzili zbrodniarzy, wypłacili odszkodowania, przeprosili pokrzywdzonych. Nic bardziej mylnego, wciąż jeszcze dogrzebać się można do niezamkniętych spraw z przeszłości, co pokazuje w swojej pierwszej powieści niemiecki pisarz a zarazem prawnik Ferdinand von Schirach.

         W Sprawie Colliniego von Schirach posługuje się – podobnie jak w tomach opowiadań Przestępstwo i Wina – schematami rodem z prozy gatunkowej, tym razem wykorzystując wzorzec thrillera sądowego, jak zwykle po swojemu. Tytułowy Collini, Włoch od dziesięcioleci mieszkający w Niemczech, brutalnie zabija przeszło osiemdziesięcioletniego niemieckiego przemysłowca, Hansa Meyera. Morderca odmawia składania wyjaśnień, więc wszyscy zachodzą w głowę, jakie były motywy zbrodni.

         Najważniejszym wątkiem w powieści jest pojedynek dwóch prawników. Jednym z nich jest Caspar Leinen, początkujący adwokat, który broni Colliniego, drugim gwiazda palestry i mediów profesor Richard Mattinger, który zostaje pełnomocnikiem oskarżyciela posiłkowego. Leinen wbrew wszystkim i wszystkiemu stara się odkryć, co sprawiło, że Włoch zdecydował się na zbrodniczy czyn, zaczyna badać przeszłość swojego klienta oraz Meyera. Dowiaduje się, że w czasie wojny szanowany przedsiębiorca wydał rozkaz rozstrzelania włoskich więźniów. W starciu dwóch prawników nie chodzi tylko o konkretny przypadek Colliniego, to przede wszystkim zderzenie dwóch filozofii prawa. Mattingera interesuje wyłącznie litera prawa, udowadnia, że Meyer w czasie wojny działał zgodnie z obowiązującymi przepisami. Obrońca zaś postrzega prawo szerzej, nie wahając się przed ocenami moralnymi działań osób uwikłanych w procedury sądowe. Inaczej rzecz ujmując, jednego interesuje prawo samo w sobie, drugiego – także prawo do sprawiedliwości, choćby czyn wymykał się gęstej sieci paragrafów.

         Von Schirach posługuje się stylem bardzo oszczędnym, ale precyzyjnym, pozwalającym na uwypuklenie problematyki powieści i wyraziste cieniowanie portretów głównym bohaterów. Jednak Sprawa Colliniego jest nie tylko prozatorską perełką, lecz przede wszystkim książką dająca do myślenia.


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Krótka piłka z... Ryszardem Ćwirlejem

czwartek, 11 kwietnia 2013 15:03

Nim pojawi się tu recenzja Śmiertelnie poważnej sprawy, zapraszam do lektury rozmowy z autorem tego kryminału.

 

 

Mroki i uroki PRL-u

 

Czemu właściwie piszesz o latach 80.? Dobrze Ci wtedy było? Bo mnie nie bardzo...

Bo pisanie o latach 80. dzisiaj to jak opowieść o innej planecie. Dzisiaj ta planeta żyje tylko w naszych wspomnieniach. Wydaje się, że to wszystko jest takie nieodległe, ale tak naprawdę to po tamtych czasach zostały tylko brzydkie bloki i niekiedy przejeżdżający ulicą mały fiat. PRL zniknął, ale zostawił trwały ślad w ludziach, którzy wtedy żyli. Czy nam się podoba, czy nie sporo tego PRL-u w nas tkwi. Więc piszę o tych czasach, żeby je przypominać tym, którzy je pamiętają i odkrywać dla tych, którzy nie mieli okazji ich poznać. Warto o nich mówić, by tym bardziej doceniać to, co mamy teraz.

 

A nie kusiło Cię, żeby napisać własną wariację na temat Psów Pasikowskiego? Na przykład opisać losy Olkiewicza po 1989 roku?

Wybrałem dla swoich powieści lata 80., więc w sposób naturalny moi bohaterowie będą musieli zmierzyć się z rokiem 1989. Taki mam plan, żeby postawić ich wszystkich przed komisją weryfikacyjna i wprowadzić do Policji. Ale czy wszyscy przejdą weryfikację? To się okaże. Na pewno niektórzy będą mieli poważne kłopoty.

 

Właściwie aż do Śmiertelnie poważnej sprawy w Twojej serii obecny był bohater zbiorowy, grupa milicjantów z Poznania. Teraz na plan pierwszy powoli wysuwa się Olkiewicz... To czytelnicy zmusili Cię do takiego wyboru? Wiem, że ta postać ma wielu fanów…

Prymitywny pijak Olkiewicz rzeczywiście trochę wymknął mi się spod kontroli i zaczął żyć własnym życiem. Ale myślę, że to tylko dobrze dla książki, że postać nie jest szablonowa i dzięki temu daje się lubić. Lubimy przecież poczciwych idiotów, za ich śmieszności i słabości, tym bardziej, że zawsze możemy traktować ich z pewną wyższością, zastanawiając się, jak ten kretyn mógł zrobić coś tak głupiego? Nam by się to nie mogło przydarzyć, bo byśmy nigdy na to nie wpadli. A Olkiewicz wpada, bo myśli inaczej niż każdy rozsądnie myślący człowiek. I dlatego czytelnicy go lubią.

 

Co Twoim zdaniem w kryminale jest ważniejsze, intryga czy tło obyczajowe?

Intryga kryminalna jest ważna, ale tak naprawdę jest ona doskonałym pretekstem dla ukazania całego tła. Dla mnie bez miasta i żyjących w nim ludzi nie ma dobrego kryminału. A to miasto z lat 80. naprawdę było ciekawym miejscem. Ustrój był paskudny, ulice brudne, a po chodnikach chodzili ludzie, którzy w większości myśleli tylko o tym, jak związać koniec z końcem i jak najwygodniej się urządzić w tej nieciekawej rzeczywistości. Ja opowiadam historie takich właśnie zwyczajnych ludzi, o których nie ma zbyt wiele w książkach historycznych. Tych ludzi którzy kombinując i załatwiając na boku, rozłożyli na części i sprzedali na lewo polski socjalizm.

 

Ale pisanie kryminałów zaczynasz „po bożemu” od wymyślenia intrygi kryminalnej?

Najpierw jest intryga, czyli pomysł na to kto zabił i dlaczego. I właśnie dlatego w pierwszej scenie powinien pojawić się trup. Potem już jest tylko mozolna praca, polegająca na znalezieniu mordercy. Tę pracę wykonują śledczy i podążający wraz z nimi czytelnicy. Ja mam przewagę nad nimi, bo wiem, kto jest mordercą, a czytelnik nie wie. No wiec trzeba mu pomóc go złapać. Najlepiej na kilka stron przed końcem książki, jeszcze zanim wszystkie fakty powiążą ze sobą prowadzący śledztwo. Jeśli się to udaje, to znaczy, że książka jest taka, jaka być powinna – wciągająca i intrygująca do samego końca.

 

Czy zaplanowałeś określoną ilość części cyklu z poznańskimi milicjantami, czy zostawiasz tę sprawę otwartą?

Nie mam planu, który zakładałby, że w cyklu musi być określona liczba książek, choć szczerze powiem, że mam już w szufladzie konspekty czterech kolejnych powieści z milicyjnego serialu. To na razie tylko pomysły na intrygę ubrane już trochę w zarysy scen. Nie zaglądam do nich i nic z nimi nie robię. Leżą i czekają na sprzyjający czas. Teraz coraz bardziej wchodzę w inną rzeczywistość. Rok 2012. Wczoraj byłem już na dwudziestej pierwszej stronie, więc do końca zostało mi jakieś trzysta.

 

Ciekawe, zaczynasz pisać współczesny kryminał?

Jak najbardziej współczesny, choć mocno zakorzeniony w latach 80. Jakoś tak w tym PRL-u wszystko mi się zaczyna.

 

Zdradzisz może, gdzie będzie rozgrywać się akcja kolejnej powieści z cyklu milicyjnego? Znowu jakieś małe wielkopolskie miasto czy wracasz z bohaterami do Poznania?

Kolejna zaplanowana przeze mnie powieść milicyjna rozegra się w Poznaniu i w Pile. Wreszcie przyszedł czas, żeby przejść się ulicami mojego rodzinnego miasta.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Błażej Przygodzki "Z chirurgiczną precyzją"

wtorek, 09 kwietnia 2013 21:49

 

Dobrzy gliniarze… i szuja

 

Błażej Przygodzki, Z chirurgiczną precyzją, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 339.

 

         Rodzimi autorzy kryminałów mają swoje ulubione miasta, w których chętnie umieszczają akcję powieści i opowiadań, jednym z nich bez wątpienia jest Wrocław. Do tej grupy dołączył ostatnio Błażej Przygodzki, debiutujący w kryminalnej materii powieścią Z chirurgiczną precyzją. Choć właściwie powinienem zaznaczyć, że większość pisarzy bardziej interesuje Breslau, a nie współczesny Wrocław – w odróżnieniu od Przygodzkiego.

         Akcja Z chirurgiczną precyzją rozgrywa się całkiem niedawno. Jest upalne lato roku 2012, ale policjantom z Komendy Wojewódzkiej we Wrocławiu nie będzie dane korzystać z uroków wakacji. Autor powieści upakował w niej dwie różne opowieści. Ktoś napada na biznesmena, zamieniając go w warzywo. Na miejskim basenie umiera na serce bokser-ochroniarz, co jest o tyle zastanawiające, że zmarły niedawno przeszedł kompleksowe badania, które nie wykazały u niego żadnych schorzeń. Te dwa przypadki łączy osoba sympatycznego i oddanego swojej pracy kardiologa Huberta Kłosowskiego, którego pacjentami byli obaj mężczyźni. Prowadzący śledztwo ekscentryczny rudzielec, komisarz Niedźwiecki zaczyna bliżej przyglądać się medykowi, dopingowany – czy raczej naciskany – przez swojego przełożonego, który domaga się błyskawicznych wyników. W tym samym czasie „zły glina”, pozujący na Brudnego Harrego aspirant Białach, robi wszystko, aby nie wyszło na jaw jego uzależnienie od narkotyków…

         Książka Przygodzkiego przedstawiana jest jako thriller medyczny. Gwoli przypomnienia, to podgatunek powieściowy szczególnie popularny w prozie amerykańskiej, u nas praktycznie nieistniejący. W zeszłym roku opublikowana została powieść Jacka Caby Doktor śmierć, którą reklamowano jako pierwszy polski thriller medyczny, tyle tylko że jest to bardziej historia obyczajowa ze szpitalem w tle niźli soczysta opowieść o zbrodni. Z chirurgiczną precyzją również niewiele ma wspólnego z thrillerem, jest to raczej powieść kryminalna pomieszana z obyczajową, ale mniejsza o genologiczne dzielenie włosa na czworo. Zdaję sobie sprawę, że wydawca książki wybił czerwoną czcionką na okładce hasło „thriller medyczny” tylko po to, by potencjalny czytelnik łatwiej skojarzył ją z czymś, co już zna i być może lubi.

         Jak na pisarza, który dopiero zaczyna przygodę z prozą kryminalną, Przygodzki radzi sobie całkiem nieźle. Intryga w powieści trzyma w napięciu do samego końca, zgrabnie nawiązując do poważnego problemu społecznego, jakim są kontrowersje wokół kierunku rozwoju transplantologii; całość jest dobrze napisana, doprawiona wysmakowanym humorem, co dodaje książce polotu. Jednak znaleźć można w tym tekście pewne usterki, czy – inaczej rzecz ujmując – rozwiązania co najmniej wątpliwe. Jak na mój gust Przygodzki w niektórych miejscach nazbyt szczegółowo opisuje rozmaite procedury medyczne. Oczywiście, autor pisał przecież „thriller medyczny”, więc musiał skupiać uwagę na tym, co dzieje się w szpitalach i jak z rozmaitymi schorzeniami radzą sobie lekarze, ale – na przykład – detaliczne przedstawianie w scenie sekcji zwłok etapów rozkładu ciała to już zbędny encyklopedyczny balast. Niezbyt przekonał mnie wątek zbrodniczych knowań aspiranta Białacha. Wydaje mi się, że konstrukcja powieści nabrałaby większej klarowności a zarazem głębi, gdyby autor zrezygnował z tego wątku, a w to miejsce wprowadził więcej motywów obyczajowych, ukazujących choćby życie prywatne komisarza Niedźwieckiego. Choć zdaję sobie sprawę, jaki był zamysł Przygodzkiego, który chciał dobrych (a momentami wręcz pociesznych, jak to w humorystycznym kryminale bywa…) policjantów, czyli Niedźwieckiego i jego szefa, skonfrontować ze złym.

         Koniec końców, powieść sprawiła mi sporo lekturowej frajdy. Ciekaw jestem, czy jej autor dalej będzie zajmował się prozą kryminalną.

 


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

piątek, 24 marca 2017

Licznik odwiedzin:  104 142  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 104142

Lubię to