Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 148 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Marcin Wroński "Pogrom w przyszły wtorek"

środa, 27 marca 2013 10:00

 

Dziki, powojenny Lublin

 

Marcin Wroński, Pogrom w przyszły wtorek, W.A.B., Warszawa 2013, ss. 319.

 

         To jest już piąta powieść o przygodach eks-boksera komisarza Maciejewskiego, lecz pierwsza, której akcja w całości rozgrywa się po II wojnie światowej. Przed lekturą Pogromu w przyszły wtorek miałem wątpliwości, czy Marcin Wroński, który dowiódł w poprzednich częściach serii, że jest zmyślnym i ciekawym portrecistą okresu międzywojennego, równie dobrze poradzi sobie z innymi realiami. Jak się okazało, pisarz nie miał z tym najmniejszego problemu. Co więcej, jak dla mnie opis Lublina we wrześniu 1945 roku to najmocniejsza strona tego kryminału (...)

 

Całość tekstu dostępna w tygodniku "Polityka": http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/recenzjeksiazek/1538647,1,recenzja-ksiazki-marcin-wronski-pogrom-w-przyszly-wtorek.read


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Krzysztof Gedroyć "Piwonia, niemowa, głosy"

poniedziałek, 25 marca 2013 14:28

 

Strony pograniczne, pograniczna proza

 

Krzysztof Gedroyć, Piwonia, niemowa, głosy, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2012, ss. 270.

 

         Mawia się, że jeśli coś jest dla wszystkich, to właściwie nie pasuje nikomu. Od tej potocznej prawdy są jednak wyjątki, co potwierdza powieść Krzysztofa Gedroycia. To książka wielowarstwowa, dająca interpretować się na rozmaite sposoby, łącząca w spójną całość schematy rodem z różnych podgatunków powieściowych, a przy tym wręcz brawurowo napisana. Gedroyć posłużył się stylizacją gwarową, twórczo, konsekwentnie a do tego efektownie łącząc gwarę ze wschodnich obszarów polski z elementami komunistycznej nowomowy, co wymagało od autora świetnego słuchu językowego i wyczucia słowa (ale w końcu autor książki Piwonia, niemowa, głosy jest także poetą…). Oto małe próbki na zachętę: „Lecz nowe wytyczne my dostali, ażeby kadry babami, znaczy się… kobietami pracującymi zasilić i dla ich w wyzwoleniu się dopomóc, co także samo na naszych funkcjonariuszy przełoży się, gdyż oni same ze sobo przebywając, meczo się na siebie skazane”; „Piwonie na babskiego oficera zaprzysięgli. I ona milicyjne ojczenasz pod chorągwiami na placu apelowym z pamięci wykrzyczała, łzy w oczach mając”.

         Szkieletem konstrukcji Piwonii… jest intryga kryminalna. Gedroyć wykorzystał schematy powieści kryminalnej retro umieszczonej w realiach PRL-u. Ostatnimi czasy ten podgatunek kryminalny staje się coraz popularniejszy, o czym świadczy rosnące zainteresowanie poznańskim cyklem Ryszarda Ćwirleja (ostatnio ukazała się piąta część serii zatytułowana Śmiertelnie poważna sprawa) czy książkami wyjątkowego „opowiadacza” Tadeusza Cegielskiego. Są lata 50. ubiegłego wieku, w niewymienionym z nazwy mieście (Białystok) zostaje zamordowana młoda kobieta, „durna Stasia”, spędzająca dnie w restauracji a noce z mniej lub bardziej przygodnymi kochankami. Na pozór wygląda to na samobójstwo, ale nikt w tę wersję wypadków nie wierzy. A już na pewno nie miejscowa milicjantka nazywana Piwonią, która swego czasu z biblioteki książki „Szerloka Holmsa wzięła” i postanowiła zostać śledczą. Im dalej w dochodzeniowy las, tym więcej – wątłych – drzew, choćby dlatego że sprawą interesują się miejscowi ubecy. Cała ta historia będzie ciągnąć się latami, a jej koniec będzie zaskakujący.

         Właśnie… Piwonia. Książka Gedroycia jest kryminałem jedynie w niewielkim stopniu. Pierwsza część książki może na to wskazywać, ale druga już zdecydowanie mniej. Autor, odwołując się do konwencji „prozy małych ojczyzn”, snuje opowieść o realiach życia na wschodzie Polski tuż po wojnie. Jak to zwykle w tego rodzaju powieściach bywało, nie interesuje go Historia, lecz historia, nie to co publiczne, lecz głównie sfera prywatna. Oczywiście, w tle opowieści pojawiają się panoszący się „utrwalacze” władzy i polujący na nich „żołnierze wyklęci”, wszelkie twarde realia powojennych lat. Gedroyć jednak skupia uwagę przede wszystkim na historiach pojedynczych ludzi. Większość z nich, przykładem choćby wspomniana już Piwonia czy jej wieloletni kochanek, narrator książki, próbuje, jak umie i może, ustawić się w nowej rzeczywistości, niezbyt przejmując się uwarunkowaniami ideologicznymi. Chcą być szczęśliwi i żyć po swojemu. Są zwykłymi ludźmi i dręczą ich trywialne problemy. Choć na drugim planie w powieści białostockiego autora pojawiają się także postaci zdecydowanie bardziej malownicze, jak chociażby para homoseksualistów, Zubrzycki i Tolik, którzy wbrew wszystkim, licząc się z poważnymi konsekwencjami „łajdackie sakramenty odprawiali”. Swoją drogą, wątek gejowski to prawdziwa rzadkość, zarówno w prozie kryminalnej retro, jak i w małoojczyźnianych opowieści o latach powojennych.

         Interesujący i intrygujący jest w Piwonii… motyw niemoty, sygnalizowany już w tytule powieści. Narrator, którego losy przedstawione są w drugiej części książki, przez większą część dzieciństwa nie wypowiedział choćby jednego słowa i żaden lekarz nie był w stanie stwierdzić, dlaczego tak się działo. Również inni bohaterowie z różnych względów przestają się komunikować ze światem. Motyw utraty mowy otwiera w powieści Gedroycia bardzo szerokie pole interpretacyjne (właściwie jest to temat na odrębny tekst). Może go odczytać choćby tak, iż tereny pograniczne są strefą ścierania się, czy nawet walki, głosów, przy czym kategorię „głosu” rozumiem w tym przypadku bardzo szeroko (w pewnym uproszczeniu – jako dyskurs dominujący), zarówno jako „głosy” rozmaitych tradycji narodowościowych, religijnych, a w końcu także odmiennych ideologii. Głos dominujący, najsilniejszy, tłumi inne, czego wyrazem jest niemota poszczególnych ludzi. Ale to jedynie część zagadnienia, bo należałoby w tym miejscu wspomnieć także o jednostkowych, psychologicznych uwarunkowaniach braku mowy.

         Koniec końców, czy Gedroyć napisał kryminał czy zupełnie inną gatunkowo powieść? Moim zdaniem nie ma większego sensu badać, czego w tej książce jest więcej, i rozdzielać gatunkowy włos na czworo. To proza pograniczna opisujący przypadki ludzi żyjących na pograniczu w granicznych czasach. Do tego – książka świetna. Niech to wystarczy…

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Roger Hobbs "Ghostman"

niedziela, 17 marca 2013 11:57

 

Spec z branży znikania

 

Roger Hobbs, Ghostman, przekł. Maciej Szymański, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013, ss. 339.

 

         Z paratekstu umieszczonego na okładce debiutanckiej powieści Amerykanina Rogera Hobbsa dowiedziałem się, że książka ukazuje się jednocześnie w osiemnastu krajach, zaś „prawa do jej ekranizacji zostały po zażartej walce zakupione przez Warner Bros. niemal rok przed publikacją”. Takie cuda, takie błyskawiczne kariery to chyba tylko w Stanach, bo raczej nie u nas. Nic więc dziwnego że chciałem się przekonać, jakie to literackie cymesy wypichcił Hobbs. I powiem od razu: szału nie ma, choć jest to bardzo solidna powieść sensacyjna w typowym dla amerykańskich pisarzy stylu, w którym dynamiczna i pełna twistów akcja ważna jest ponad wszystko.

         Najmocniejszy w tej powieści jest tytułowy bohater, a zarazem narrator. Kim jest ów człowiek-duch? To przestępca, wysokiej klasy specjalista w – jak sam to określa – „branży znikania”. Dzięki nabytym umiejętnościom i treningowi potrafi nie tylko zmieniać tożsamości jak rękawiczki, ale również całkiem odmienić swój wygląd, sposób poruszania się, akcent… Bohater może być każdym, kim tylko zechce, a przez to staje się nieuchwytny dla tropiących go służb, zaś bardzo użyteczny dla ludzi, którzy pieniądze zdobywają w nielegalny sposób. Z jednej strony, skazuje go to na funkcjonowanie poza społeczeństwem, z drugiej – daje dawkę potrzebnej mu adrenaliny. Właściwie takiej postaci jeszcze w prozie sensacyjnej/kryminalnej nie było, co należy zapisać na plus debiutantowi z Portland. W postaci wykreowanej przez Hobbsa wprawdzie jest coś z Wolfe’a, którego w Pulp Fiction grał Harvey Keitel, jest nieco ze zdziwaczałego tytułowego bohatera Leona zawodowca, jednak człowiek-duch to novum w prozie sensacyjnej.

         Ghostman zawiera właściwie dwie różne opowieści. W retrospekcjach poznajemy historię nieudanego napadu na bank w Kuala Lumpur. Przygotował go znany „ustawiacz”, spec od organizowania tego rodzaju przestępstw, Marcus, zaś błąd człowieka-ducha spowodował, że napad skończył się fiaskiem. Bohater, nie chcąc narażać się na zemstę znanego z okrucieństwa Markusa, postanowił zniknąć. Po pięciu latach „ustawiacz” kontaktuje się z ghostmanem, chcąc aby ten „posprzątał” po nieudanym skoku na kasyno w Atlantic City, a przede wszystkim odzyskał ponad milion dolarów, z którymi zniknął jeden z „żołnierzy” Marcusa. „Duch” wprawdzie nie ufa zleceniodawcy, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że jest mu coś winien. Podejmuje się sprawy, pakując się w nie lada jaką kabałę. Działając pod presją czasu, będzie musiał wymykać się bossowi miejscowej mafii i zaciekle tropiącej go agentce FBI. Ale, jak łatwo się domyślić, wyjdzie cało z wszystkich opresji.

         I w tym tkwi chyba największa słabość powieści Hobbsa: właściwie od samego początku wiadomo, że wygranym może być tylko jeden – ghostman. Wydaje się być niezniszczalny, nawet dwóch uzbrojonych zbirów, trzymających go, nieuzbrojonego, na muszce, nie jest w stanie go zabić. Oczywiście, bohater jest w powieści ukazywany jako mistrz opanowania, który nigdy nie traci zimnej krwi, ale to i tak jest lekka przesada. Hobbs ma też, podobnie jak inni pisarze amerykańscy, skłonność do epatowania makabrą. Zarówno Marcus, jak i szef mafii z Atlantic City zabijają w wymyślny, bardzo okrutny sposób. Właściwie jedynie ghostman „klasycznie” odstrzeliwuje przeciwników, głównie dlatego że zabijanie uważa za ostateczność.

         Debiutancką powieść Hobbsa czytałem bez stresu, a miejscami nawet z przyjemnością, jednak czy jest to gwiazda jednego tytułu, czy też pisarz, który na stałe wejdzie do pierwszej ligi amerykańskich autorów sensacji, to się dopiero okaże.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Felieton o książce Darii Porębiak

poniedziałek, 11 marca 2013 13:31

 

Hucpa końca świata

 

         Dwudziestego pierwszego grudnia miłościwie zluzowanego już roku 2012 przeżyłem koniec świata, zresztą ani pierwszy w moim (nie tak znowu długim) życiu, ani, jak przewiduję, ostatni. Ponieważ z wszelką ezoteryką jestem zdecydowanie na bakier, w żadne wróżby z fusów po kawie, kurzych podrobów – jak to zgrabnie opisał w jednej z książek Huberta Klimko-Dobrzaniecki – czy uciętych głów wrogów nie wierzę, nie planowałem tworzyć jakichkolwiek tekstów, postów czy memów na temat rzekomego końca świata, rzeczywistość okazała się jednak inna, choć i kres świata także odmienny, bo właściwie powinienem zaznaczyć, że wziąłem się za pisanie nie o zagładzie świata jako takiej, lecz o powieści Darii Porębiak zatytułowanej Koniec świata (Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2012), chyba nieprzypadkowo opublikowanej właśnie pod koniec ubiegłego roku. Choć właściwie od książki warszawskiej autorki do apokalipsy zapowiedzianej przez Majów (i z powrotem) nie jest wcale daleko, mają bowiem wyrazistym punkt wspólny, a imię jego – hucpa.

         Przyznam bez bicia, że wyzłośliwianie się na fatalne debiuty prozatorskie młodych pisarek całkiem już mi się znudziło (jeszcze wyjdę na mizogina…), dlatego w odniesieniu do książki Porębiak postaram się jedynie w krótkich i dobitnych jak komenda sierżanta słowach wyrazić, co mnie w niej irytuje (w powieści, nie w samej Porębiak, bo autorki nie znam). W pewnym przybliżeniu można by określić Koniec świata jako powieść drogi. Głównym bohaterem, a zarazem narratorem jest studenciak Darek, który nie za bardzo wie, kim chce być i co robić, a właściwie nic mu się nie chce („Można powiedzieć, że jestem przewlekle chory na lenistwo (…)”, s. 7). Z braku lepszego pomysłu postanawia pojechać na Zachód, by zarobić trochę pieniędzy, ale kończy się to tym, że błąka się po całej Polsce, spotykając na swojej drodze mniej lub bardziej dziwaczne osoby i mając tzw. przygody (w większości bliżej im jednak do „nieprzygód”, które wnikliwie opisywał Tomasz Piątek w Heroinie). A co najważniejsze, na skutek załamania czasoprzestrzeni („Linia Prosta Lekko Ukośna Na Lewo”, s. 5) Darek zostaje przerzucony do schyłku zeszłego wieku. Jak sądzę, Porębiak chciała stworzyć namiastkę Lynchowskiej jazdy bez trzymanki, a właściwie coś w rodzaju Wielkiej majówki (kto jeszcze pamięta ten film Krzysztofa Rogulskiego?) pożenionej z Zagubioną autostradą, oddać specyfikę frenetycznego tripu, w którym nieokiełznana wyobraźnia miesza się z konkretem wziętym z minionych lat. A co z tego wyszło? Literacka hucpa, jako się rzekło.

         W opowieści Porębiak o końcówce lat 90. jest nieco sentymentu za tamtymi czasami i sporo zgryźliwych uwag na temat przaśnego polskiego konsumpcjonizmu. Świetnie, pojawia się jednak pytanie proste, acz zasadnicze: po co autorka o tym napisała? Przecież ten okres był w naszej prozie opisywany wielokrotnie i na rozmaite sposoby. Czyżby Porębiak znalazła nowy punkt widzenia, wykoncypowała tekstowy (u)chwyt, pozwalający dobrać się do czegoś, co innym pisarzom umknęło? Otóż nie. W gruncie rzeczy Koniec świata nie jest niczym innym niż katalogiem nazw, marek, gadżetów, zespołów muzycznych i tym podobnych (katalogiem wyprzedażowym…) kojarzonych ze schyłkiem lat 90., raczej nudnym (szczególnie dla kogoś, kto te lata przeżył w miarę świadomie). Refleksja nad fenomenem konsumpcjonizmu ogranicza się w tej powieści do oczywistego stwierdzenia, że pogoń za dobrami ma wielką moc uwodzenia ludzi, szczególnie tych, odciętych przez dziesięciolecia od kolorowego „raju” zachodniej kultury. Prawdę rzekłszy, inna być nie może, bo rzeczywistość końca lat 90. jest w tej książce ukazywana z punktu widzenia ludzi młodych, albo bardzo młodych, którzy na dodatek niewiele mają w głowie, bo interesuje ich głównie dobra zabawa i wspomniane „przygody”. Inna sprawa, że akurat mnie ten czas kojarzy się zupełnie inaczej niż Porębiak, ale to już opowieść na zupełnie inny tekst.

         Wydawać się może, że powieść drogi jest formą lekką, łatwą i przyjemną, bo motyw podróży/wędrówki daje tekstowi mocny szkielet, który udźwignąć może wszystko. Nic bardziej mylnego. Jeśli ów szkielet obciąży się nadmiernie, z pewnością runie, jak to się stało w Końcu świata. Porębiak radośnie rozplenia w powieści tekstowy chaos, umieszczając w niej, co tylko przyszło pod palce klepiące w klawiaturę. Motywy à la świętej pamięci proza zaangażowana? Czemu nie. Wątek sensacyjny? Pewnie, w końcu kryminały teraz są w modzie. Fragmenty prozy alkoholowo-imprezowej z nadmorskim kurortem w tle? To się zawsze sprawdza. Polska wersja Beverly Hills, 90210? Też się przyda. I tak dalej, i w ten deseń. A do tego odczucie chaosu jest w tej książce tym dotkliwsze, że przedstawiona w niej historie nie zmierza ku żadnemu wyrazistemu domknięciu.

         W końcu, styl… Jak mi się wydaje, Porębiak chciała się pościgać z Dorotą Masłowską, próbując stworzyć miks rozmaitych języków i socjolektów. Do tego trzeba mieć jednak absolutny słuch językowy i spore wyczucie słowa, czego autorce Końca świata wyraźnie nie dostaje. Oto próbki: „Jakby już nic nie miało się stać, ale nie poddawałem się, bo z prawie każdej sytuacji umiem wyciągnąć przydarzającą się okazję” (s. 24); „Razem z unoszącym mnie dudnieniem basów, unoszących całą Ziemię, zmuszających do skakania, razem z wyłaniającą się z basów muzyką wpadałem w trans Disco Factory – pizzeria Bambola – pepsi cola, zakrzywienie czasoprzestrzeni, tęczowa, opalizująca dziura we wszechświecie, w której przypadkiem się znaleźliśmy. Betonowe zimne mury i stalowe, zimne techno, ciepło ludzi, ciepło zapachów i nagrzanego piachu. Wchodziliśmy do środka i chociaż kontakt był słabszy, to starałem się zauważyć, co jest obok, co zdobi trans, wprowadza w zakrzywienie” (s. 110). Miało być odjazdowo i efektownie, wyszło jeno koślawie.

         Przewidywane końce świata nadchodzą i odchodzą. Bez śladu. Podobnie stanie się z książką Porębiak. Za kilka miesięcy nikt już o niej nie będzie pamiętał.

 

(Ten tekst po raz pierwszy ukazał się w dwutygodniku internetowym "artpapier".)

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Roman Praszyński "Córka Wokulskiego"

piątek, 08 marca 2013 12:21

 

Akcja pond wszystko

 

Roman Praszyński, Córka Wokulskiego, Wydawnictwo MWK, Warszawa 2012, ss. 446.

 

         Minął już wiek ze sporym okładem od opublikowania Lalki Bolesława Prusa, a książka wciąż jest przedmiotem fascynacji i inspiracji kolejnych pisarzy. Dzieje się tak, jak sądzę, nie tylko dlatego że ma nieoczywiste zakończenie, ale przede wszystkim przez to iż jest najlepszą powieścią w historii naszej prozy. Któż nie chciałby pościgać się z wielkością?! Teraz popróbował tego Roman Praszyński, już wcześniej znany ze skłonności do intertekstualnych igraszek.

         Właściwie ten sequel nie ma aż tak wiele wspólnego z samą Lalką. Oczywiście, w Córce Wokulskiego pojawiają się postaci znane z pierwowzoru, zarówno te pierwszego, jak i drugiego planu. Jest sam Wokulski, który po mrocznych przygodach wśród kanadyjskich Indian wraca całkiem odmieniony do Warszawy, jest nawet i Prus w epizodycznym wątku. Tyle tylko że patent Praszyńskiego na tę powieść jest z zupełnie innej bajki niż Lalka. O co idzie autorowi? Przede wszystkim o solidną lekturową rozrywkę i wartką sensacyjną akcję. Tytułowa córka Wokulskiego, czyli Natalia Pol, o której istnieniu Stach wcześniej nie wiedział, bo poczęta została w specyficznych okolicznościach, wplątana jest w historie zamachu na cara oraz przejęcia pociągu ze złotem. Intryga sensacyjna jest mocno zawikłana, ma kilka poziomów, a koniec końców okazuje się, że cele i motywacje działań bohaterów są zupełnie odmienne od tych z początku opowieści. Praszyński pewną ręką prowadzi wątek sensacyjny, umiejętnie podsycając ciekawość czytelnika i raz po raz fundując zmyślne twisty, jak chociażby ten, gdy skazana na śmierć Natalia zostaje uratowana z miejsca kaźni dzięki brawurowej akcji Wokulskiego przy użyciu… zmodyfikowanego balonu.

         Bohaterką książki jest też, oczywiście, Warszawa, chociaż ukazywana zupełnie inaczej niż w Lalce. Praszyński oprowadza czytelnika głównie po knajpach, hotelowych numerach oraz salonach i gabinetach miejscowych notabli… Właśnie, zaborcy w Warszawie… W tej powieści nieco drażni jednostronność w ukazywaniu Rosjan, którzy jeden w drugiego są wysoce antypatycznymi typami. Choć z drugiej strony, akurat tacy bohaterowie byli Praszyńskiemu potrzebni, w końcu nie pisał on powieści historyczno-obyczajowej, lecz sensacyjną. Momentami też autor nazbyt epatuje w powieści opisami seksu i pozwala sobie na dosyć rubaszny humor, chociaż – jak sądzę – granicy dobrego smaku raczej nie przekracza.

         Zapewne nie każdy kupi konwencję, którą posługuje się Praszyński. Ja jednak kupiłem, bo Córka Wokulskiego to kawał bezpretensjonalnej, solidnie zrobionej i zwyczajnie ciekawej prozy rozrywkowej.

 


Podziel się
oceń
4
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

środa, 16 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  112 542  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 112542

Lubię to