Bloog Wirtualna Polska
Są 1 234 932 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Lars Kepler, Kontrakt Paganiniego

niedziela, 25 marca 2012 20:01

 

Ścigana

 

Lars Kepler, Kontrakt Paganiniego, przekł. Marta Ray-Radlińska, Czarne, Wołowiec 2012, s. 524.

 

         Ktoś chce zamordować Penelope Fernandez, znaną działaczkę szwedzkich ruchów pacyfistycznych, jednak przez przypadek zabija jej młodszą siostrę, ale szybko zdaje sobie sprawę z popełnionego błędu. Tym kimś okazuje się zawodowy morderca, nieuchwytny i niezwykle skuteczny, który nie odpuści, nim nie wypełni zlecenia. Nawet jeśli miałby zabijać policjantów… Komu i czym naraziła się Penelope? Początkowo nie bardzo wiadomo. Jasne jest tylko to, że ktoś ją ściga i stara się uciszyć raz na zawsze. Uratować może kobietę tylko jedna osoba – ekscentryczny komisarz policji Joona Linna.

         Kontrakt Paganiniego jest drugą częścią cyklu z Linną autorstwa Keplera (to pseudonim, pod którym kryje się dwójka szwedzkich pisarzy), równie dobrą, jeśli nie lepszą, jak debiutancki Hipnotyzer. Kepler postawił na formułę prozy kryminalnej odmienną od tej, do której przyzwyczaili nas Skandynawowie, choćby Stieg Larsson czy Henning Mankell, tworząc fabuły z pogranicza kryminału i sensacji. Z jednej strony w Kontrakcie Paganiniego znaleźć można to, z czego słynie skandynawski kryminał: wyrazistą postać głównego bohatera, policjanta-dziwaka-samotnika, dla którego praca jest wszystkim oraz tematykę zahaczającą o społeczno-polityczne problemy państw skandynawskich (w tym przypadku chodzi o niespecjalnie czysty handel bronią, kryminogenny styk biznesu z polityką i związane z tym problemy). Z drugiej – Kepler stawia na zupełnie inne rozwiązania fabularne niż jego skandynawscy koledzy po fachu. Kryminały z Północy czarują, albo irytują – zależy od podejścia i lekturowych preferencji – rozlewnością i częstokroć nieśpiesznym rytmem opowieści. Dla przykładu, w powieści zamykającej cykl z Wallanderem, zatytułowanej Niespokojny człowiek  Mankellowi potrzeba było ponad dwieście stron, żeby rozbujać kryminalną intrygę. U Keplera jest inaczej – nieomal od pierwszej strony akcja jest szybka niczym seria z broni maszynowej… Nie ma chwili na oddech, babranie się w psychologicznych bebechach bohaterów, zbędne socjologizowanie. Co zatem jest? Akcja, i jeszcze raz akcja! Pościgi na lądzie i morzu, akcje policji i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa (z tradycyjnym w takich przypadkach konfliktem między zwykłymi glinami a agentami służb, uważającymi się za lepszych), dramatyczne historie ludzi, którzy – najczęściej nie z własnej winy – uwikłani zostali w poważną aferę kryminalną.

         Kepler pożenił skandynawski kryminał z amerykańską sensacją. W całkiem niezły sposób, wyciskając z obu form, ile tylko się da. Dlatego nie dziwi mnie, że Hipnotyzer już teraz został sprzedany do trzydziestu dwóch krajów. Czyżby pojawił się ktoś w rodzaju szwedzkiego Jeffery’ego Deavera? Chyba tak…I przyznam, że taki właśnie, pełen dynamiki kryminał skandynawski zaczyna mi się podobać coraz bardziej.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Piotr Ibrahim Kalwas, Tarika

czwartek, 22 marca 2012 17:11

 

Gierkokaszanka i inne duchowe frykasy

 

Piotr Ibrahim Kalwas, Tarika, Wydawnictwo JanKa, Pruszków 2012, s. 232.

 

         Tarika, szósta już książka w dorobku Piotra Ibrahima Kalwasa, jest taka sama jak poprzednie teksty tego pisarza – w końcu nieodmiennie spisuje on Księgę – a zarazem zupełnie inna. Paradoks? Jak najbardziej. Pełno ich w prozie autora Salam – niejednoznacznej, pokomplikowanej, wielowykładalnej.

         O ile wcześniejszym książkom Kalwasa bliżej było do formy powieści, o tyle Tarikę można by nazwać zbiorem opowiadań, ale jedynie w przybliżeniu. Tom składa się z dziesięciu tekstów, w których autor płynnie przechodzi od formy opowiadania czy szkicu do eseju a nawet reportażu. Jak zwykle Kalwas opisuje swoje wędrówki w przestrzeni i czasie, ale robi to nieco inaczej niż we wcześniejszych tekstach, bo nie skupia uwagi na jednej podróży, lecz różnych: do Maroka, Indii, Afryki Zachodniej czy Francji. W ten sposób podkreśla specyficzną cechę swoich „podróży” – jednoczesne przemieszczanie się w rozmaite strony i na różnych poziomach. Pobyt w konkretnym miejscu, w Indiach czy Ghanie, staje się pretekstem do powrotu w przeszłość, wspomnień lat dzieciństwa i młodości spędzonych w Polsce, ale też peregrynacji po przestrzeniach kulturowych i duchowych, spotkań-dialogów z cenionymi myślicielami i pisarzami (w Tarice są to między innymi Bruno Schulz, Julio Cortázar czy Witold Gombrowicz). W tych specyficznych wędrówkach, z których Kalwas zdaje tekstowe relacje, wszystko miesza się ze wszystkim: wspomnienia smaków dzieciństwa – PRL-owskiej „gierkokaszanki” czy truskawek – z rozważaniami na temat upadku kultury Zachodu, impresje z realnie odbytych podróży z fantazjami na temat pobytu w różnych przestrzeniach, religijne medytacje z uwagami o ulubionych pisarzach. Na pozór sprawia ta wrażenie tekstowego chaosu, ale – podkreślę – jedynie na pozór.

         Słowo „tarika” to w języku arabskim „droga”. Kalwas jest nieustannie w ruchu, ale nie po to by dotrzeć do jakiegoś określonego celu, miejsca – w przestrzeni rzeczywistej czy duchowej – które byłoby kresem wędrówki. Dla autora Domu ważne jest samo przemieszczanie się, ruch, bezładne krążenie pomiędzy różnymi czasami, kulturami, religiami… Krążę, więc jestem – mógłby rzec Kalwas. Intrygujące jest podobieństwo między „tariką” Kalwasa a „tropą” Mariusza Wilka. Wydawać by się mogło, że różni tych pisarzy wszystko. Kalwas to muzułmanin zafascynowany Afryką i Indiami, Wilk zaś – agnostyk, sceptyczny wobec zinstytucjonalizowanych form religii, od lat zakochany w dalekiej północy Rosji. Kalwas wciąż bada przestrzeń styku kultur Zachodu i Wschodu, Wilk chyba zdecydowanie bardziej wsiąkł w północne klimaty. Jednak dla obu najistotniejsza jest droga, nieustanna wędrówka w poszukiwaniu sensu życia i prawdy o sobie oraz świecie. Obaj też nadają swojej prozie wyrazistą sygnaturę autorską.

         Kalwas tworzy prozę jedyną w swoim rodzaju, osobną i – by tak rzec – ostentacyjnie niemodną. Nie przejmuje się obowiązującymi trendami, zwyczajnie – robi swoje. Z ulotnych wrażeń, sensualnych opisów, przemyśleń i fantazji potrafi utkać tekstową tkaninę o pokomplikowanym wzorze. Kto potrafi go dostrzec, będzie miał z lektury książek Kalwasa wiele przyjemności.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jacek Wangin, Przewrotka

czwartek, 15 marca 2012 14:18

 

Odcienie szarości

 

Jacek Wangin, Przewrotka, Jirafa Roja, Warszawa 2012, s. 189.

 

         W nowym tomie opowiadań Jacek Wangin opisuje przede wszystkim rozmaite odcienie zwykłego szarego życia. Zgrany temat? Może i tak, ale autor Przewrotki potrafi go ożywić, umiejętnie mieszając realizm z groteską, powagę z humorem. Zestawiając – dla przykładu – realistyczny opis smutnego losu emerytowanego filozofa (opowiadanie Trybalik) z mocno zwariowanym pomysłem na rozwiązanie problemu gwałtownego starzenia się naszego społeczeństwa (Akwizytor).

         Bohaterami pomieszczonych w zbiorze tekstów są dojrzali ludzie, zmagający się z odmóżdżającą pracą, rozpadającymi się małżeństwami, nudnym życiem pozbawionym celu i sensu. Ludzie przegrywający albo już przegrani, którzy co rano toczą zażarty bój z samymi sobą, by podnieść się z łóżka. Próbują jednak coś, właściwie cokolwiek, w swoim życiu zmienić lub uciec, choćby na chwilę, od codziennej rutyny. Czyli zrobić tytułową przewrotkę. Taką odskocznią może być na przykład zdrada, przypadkowy seks. Ułudną, bo – jak się okazuje – przynoszącą najczęściej gorycz rozczarowania, jak w przypadku bohatera opowiadania Melon dramat, dla którego pierwsza w życiu wizyta w agencji towarzyskiej kończy się bardzo boleśnie – w różnym tego słowa znaczeniu.

         Ważne miejsce w opowiadaniach Wangina zajmują rozważania na temat religijności po polsku, do którego gdański pisarz autor podchodzi w odmienny sposób, niż robią to inni prozaicy. Większość naszych pisarzy poprzestaje na mniej lub bardziej zgryźliwej krytyce „katolicyzmu stadionowego” (to określenie Mariana Panowskiego), wyzutego z duchowości. Ta też jest obecna w tekstach Wangina, jednak autor Przewrotki zderza ją z przypadkami ludzi, którzy wydeptują własne ścieżki duchowości. Pokazuje religijność w rozmaitych jej aspektach, uwypuklając przy tym napięcia między religią zinstytucjonalizowaną a indywidualnymi poszukiwaniami Boga.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bernhard Jaumann, Żmije w Montesecco

poniedziałek, 12 marca 2012 15:11

 

 

Zło w małym raju

 

Bernhard Jaumann, Żmije w Montesecco, przekł. Marta Chwistek, Videograf, Chorzów 2012, s. 279.

 

         Niemieccy autorzy kryminałów – przynajmniej sądząc po tych, którzy tłumaczeni są na polski – zdecydowanie chętniej umieszczają akcję swoich powieści poza granicami rodzimego kraju niż polscy kryminaliści. Jan Costin Wagner ukochał klimaty Finlandii, Bernhard Jaumann między innymi Włoch… Akurat w przypadku tego ostatniego zamiłowanie do obcych „okoliczności przyrody” nie dziwi, bo to pisarz-globtroter, który pomieszkiwał w różnych miejscach globu, między innymi w Australii i Meksyku.

         Żmije w Montesecco są pierwszą częścią tzw. serii toskańskiej. Akcja powieści rozgrywa się w niewielkiej, biednej wiosce na południu Włoch, w której pozostało już niewielu mieszkańców (większość dawno wyjechała „za chlebem”). Jest upalne, bezdeszczowe lato. Spokojne, nudnawe i mimo wszystko sielskie życie w tym miniaturowym raju wywraca na nice ciąg zdarzeń: okolicę nawiedza plaga żmij, do Montesecco po piętnastu latach odsiadki za zabicie żony (zdradzała go z sąsiadem, Giorgiem) wraca Matteo, niedługo potem Giorgio umiera ukąszony przez żmiję, a jego ojciec ginie w wypadku samochodowym. Policja uważa, że były to tylko i wyłącznie wypadki, ale mieszkańcy wioski wiedzą swoje, są przekonani, że w ich małej społeczności ukrywa się zabójca, bezpośrednio albo pośrednio odpowiedzialny za śmierć obu mężczyzn. Dodatkowych problemów dostarcza im sprawa pochówku zmarłych, bo chcą pogrzebać ciała dopiero po wyjaśnieniu sprawy, czym narażają się lokalnym władzom i policji. Ale mieszkańcy Montesecco nie z takimi problemami zwykli sobie radzić sami.

         Powieść Jaumanna uznać można za swobodną wariację na temat podgatunku, jakim jest „kryminał zamkniętego pokoju” – forma szczególnie ulubiona przez Agathę Christie. W Żmijach w Montesecco zamiast pokoju jest odizolowana wioska (wprawdzie pojawiają się w niej ludzie z zewnątrz: policjanci, urzędnik czy ksiądz, ale nie mają oni realnego wpływu na to, co robią mieszkańcy wsi), jest oczywiście ograniczona ilość bohaterów, wśród których kryje się zbrodniarz. U angielskiej mistrzyni kryminału zwykle pojawiała się wiodąca postać prowadząca śledztwo, u Jaumanna – przeciwnie, różni mieszkańcy wsi na własną rękę próbują dojść do prawdy, jednak koniec końców wszyscy razem uczestniczą w zamknięciu „śledztwa” i wymierzeniu kary (nie zdradzam w tym miejscu zbyt wiele, bo właściwie od samego początku powieści wiadomo, że ludzie z Montesecco mają gdzieś instytucje państwowe).

         Żmije z Montesecco należą do kryminałów stosunkowo mało kryminalnych; wątek śledztwa nie jest w tej powieści ani bardzo rozbudowany, ani wyjątkowo wyeksponowany i służy przede wszystkim, jak najlepszemu opisowi zamkniętej społeczności wioski z południa Włoch. W czasach, kiedy zdecydowanie dominuje społeczno-polityczny kryminał skandynawski, zorientowana – by tak rzec – etnograficznie proza kryminalna Jaumanna wygląda dosyć świeżo, tym bardziej że niemiecki autor jest ewidentnie zafascynowany zarówno przyrodą, jak i ludźmi z przedstawianego regionu Włoch, a do tego potrafi „przełożyć” swoją fascynację na naprawdę niezły kawałek prozy.

         Dostrzegam jednak w projekcie tzw. serii toskańskiej Jaumanna pewne miejsce wątpliwe – jak na moje oko, jest to pomysł na jedną powieść, a nie na trylogię. Wątpię, żeby z opisu małej społeczności Montesecco autor zdołał wycisnąć coś więcej w drugiej części cyklu zatytułowanej Latawce nad Montesecco. Chyba że postawi na komplikowanie intrygi kryminalnej. Tego jeszcze nie wiem, ale pewnie niedługo się dowiem…


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Adam Węgłowski, Przypadek Ritterów

czwartek, 08 marca 2012 15:06

 

Ten antysemita Matejko…

 

Adam Węgłowski, Przypadek Ritterów, Wydawnictwo Szara Godzina, Katowice 2012, s. 239.

 

         Niedawno zaczęło działać nowe wydawnictwo stawiające na kryminały, katowicka Szara Godzina, postanowiłem więc przyjrzeć się książkom tej oficyny. Na razie Szara Godzina zdecydowanie poszła w kolor sepii, publikując kryminały retro, których akcja rozgrywa się w XIX wieku. Jednym z nich jest Przypadek Ritterów Adama Węgłowskiego, dziennikarza „Focusa Historia”, zajmującego się między innymi śledztwami historycznymi.

         Przypadek Ritterów nazwałbym retrokryminałem paradokumentalnym. Węgłowski utkał osnowę fabuły z rzeczywistych zdarzeń, odwołał się do źródeł historycznych (powieść opatrzona jest przypisami, choć wprowadzanymi dyskretnie). W 1882 roku w miejscowości Lutcza na Podkarpaciu znaleziono ciało bestialsko zamordowanej kobiety. Podejrzenie padło na jej sąsiadów, rodzinę Żydów, tytułowych Ritterów, przebąkiwano o mordzie rytualnym. Zaczęła się seria, ciągnących się latami, procesów, nakręcających dodatkowo antysemickie nastroje. Zagadkę zabójstwa kobiety próbuje rozwikłać między innymi Kamil Kord, dobrze urodzony młodzian, dziedzic sporego majątku, który próbuje odnaleźć swoje miejsce w życiu. W jego przypadku śledztwo w równym stopniu prowadzi do odkrycia prawdy o zbrodni, jak i pomaga w kształtowaniu się osobowości i poglądów głównego bohatera (Węgłowski miesza w powieści kryminał z elementami bildungsromanu).

         Temat antysemityzmu, mordów rytualnych został w naszej prozie – także kryminalnej – już mocno wyeksploatowany, jednak autorowi Przypadku Ritterów udało się go nieco „odświeżyć” przez dodanie kilku informacji z epoki (mam tu na myśli chociażby motyw wystąpienia Jana Matejki potraktowanego jako antysemickie). Intryga kryminalna w powieści Węgłowskiego nie jest wprawdzie ani nazbyt rozbudowana, ani nie trzyma zbytnio w napięciu, ale w zupełności wystarcza jako szkielet fabuły. Całość napisana jest potoczyście, „łyka się” ją z przyjemnością w jeden wieczór. Mam do Przypadku Ritterów właściwie tylko jedno drobne zastrzeżenie: autor zbytnio rozbudował wplecioną w tekst korespondencję listową między Kordem a kobietą, w której bohater się podkochuje. Zdaję sobie sprawę, że autor chciał w ten sposób przybliżyć czytelnikowi postać Kamila, nie zmienia to jednak faktu, że listy można było skrócić bez uszczerbku dla powieści.

         Rzecz ujmując krótko: powieść Węgłowskiego to świetna propozycja dla tych wszystkich, którzy lubią kryminały retro o solidnej podbudowie historycznej. I oczywiście dla wielbicieli dawnej Galicji, których – z tego co wiem – jest u nas całkiem sporo.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

piątek, 24 marca 2017

Licznik odwiedzin:  104 134  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 104134

Lubię to