Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Jacek Skowroński "Zabić, zniknąć, zapomnieć…"

niedziela, 24 lutego 2013 16:14

 

Przeznaczenie mordercy

 

Jacek Skowroński, Zabić, zniknąć, zapomnieć…, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, ss. 439.

 

         W przypadku prozy sensacyjnej/kryminalnej nie zawsze silenie się na oryginalność przynosi dobre efekty, wystarczy postawić na dobrze sprawdzone rozwiązania, o ile oczywiście autor potrafi zrobić z nich dobry użytek. Jacek Skowroński bez wątpienia posiadł taką umiejętność, czego dowiódł w dwóch powieściach: Był sobie złodziej i Mucha. Są w tych tekstach ciekawi bohaterowie, których losy chce się śledzić, jest dynamiczna, pełna twistów akcja, jest wreszcie – to chyba w pisaniu Skowrońskiego cenię najbardziej – stylistyczna lekkość i finezja. W najnowszej powieści warszawskiego pisarza Zabić, zniknąć, zapomnieć… bohaterowi niczego nie brakuje, podobnie jak stylowi, ale już do fabuły można by się przyczepić. Tak zrobię.

         Głównym bohaterem tej powieści sensacyjnej jest płatny morderca Rafał (posługuje się też innymi imionami), istny mistrz w swoim fachu (jeśli w ogóle można nazwać to fachem…). Narracja prowadzona jest dwutorowo. Fragmenty pisane w pierwszej osobie przedstawiają historię zlecenia, które dostaje Rafał: ma zabić szefa klubu płatnych morderców, co jest o tyle trudne, że bardzo niewiele o tym człowieku wiadomo. Jak łatwo się domyślić, sprawa się komplikuje, bohater po raz pierwszy traci panowanie nad sytuacją, między innymi dlatego że za bardzo zaufał pewnej kobiecie. A gdy okaże się, że owym szefem jest… (nie, tego zdradzić nie mogę). Z tekstów w narracji trzecioosobowej poznajemy przeszłość bohatera, smutną historię chłopaka wychowującego się w domu dziecka, który potem wpadł w ręce tajemniczego mężczyzny, a ten wyszkolił go na zabójcę.

         Niezbyt przekonuje mnie wątek przeszłości Rafała, jak dla mnie nazbyt sentymentalny. Opowieści o nędzach i problemach życia w domu dziecka było już sporo (wspomnę choćby powieść Bidul Mariusza Maślanki), Skowroński nowych światów w tym przypadku nie odkrywa, a tłumaczenie takich a nie innych wyborów życiowych bohatera traumatyczną przeszłością jest lekką łatwizną. Choć z drugiej strony – i to należy zapisać autorowi na plus – daje dobry punkt wyjścia opowieści: pierwszą ofiarą Rafała jest jego wychowawca z bidula, pedofil, który przyczynił się do śmierci dziewczyny bliskiej niegdyś bohaterowi.

         Nie do końca jasne są dla mnie relacje Rafała z jego opiekunem-zleceniodawcą. W większości tekstu Skowroński sugeruje, że ów człowiek ma pełną kontrolę nad swoim najlepszym „cynglem”. Oczywiście, pogmatwana sytuacja, w której różni gracze próbują ugrać swoje (nie mogę pisać jaśniej, żeby nie „spalić” fabuły), może wpływać na trzeźwość osądu sytuacji przez opiekuna, ale jednak wydaje mi się, że zerwanie się ze smyczy przez bohatera nie zostało dość dobrze uzasadnione.

         I wreszcie wpisana w tę powieść historia, by tak rzec, hm, romansowa. Rafał, gdy dowiaduje się, że jego kobieta (to raczej związek z gatunku trudnych, poza tym związany z jego „profesją”) jest w ciąży, postanawia zerwać z zabijaniem i zacząć nowe życie w kraju, w którym nie będzie mu grozić ekstradycja. Pięknie, ale i tak wiadomo jest, że z tej mąki chleba nie będzie. Bycie płatnym zabójcą to nie fucha, ale przeznaczenie, nie da się z tego łatwo wymiksować. Co było do udowodnienia (w tekście).

         Gdy dotarłem do ostatniej strony Zabić, zniknąć, zapomnieć… miałem mieszane uczucia. Jeśli porównać ją z innymi tekstami tego rodzaju – nie jest źle. Ale zdaje mi się, że Skowroński trochę się przy pisaniu tej powieści męczył. To widać, słychać i czuć.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zygmunt Miłoszewski "Ziarno prawdy"

środa, 20 lutego 2013 11:46

 

Morderczy Sandomierz

 

Zygmunt Miłoszewski, Ziarno prawdy, POLITYKA Spółka z o.o. i W.A.B., Warszawa 2013, s. 400.

 

Zygmunt Miłoszewski zdaje się być pisarskim dzieckiem szczęścia. Czego się nie tknie, odnosi sukces! Domofon? Świetna powieść grozy. Góry Żmijowe? Niebanalna historyjka dla milusińskich. A potem Miłoszewski poszedł w kryminały – i dopiero się zaczęło… Obie powieści kryminalne tego autora otrzymały prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru i zostały bardzo dobrze przyjęte zarówno przez czytelników, jak i krytyków literackich.

W Ziarnie prawdy, drugiej części cyklu z prokuratorem śledczym Teodorem Szackim, Miłoszewski rozwija klasyczny schemat stróża prawa po przejściach. Teodor, świeżo rozwiedziony, na własne życzenie przenosi się z Warszawy do Sandomierza, chcąc na nowo ułożyć sobie życie. Szybko zdaje sobie sprawę, że popełnił błąd. Prowincjonalne, senne miasteczko, w którym nic się nie dzieje, coraz bardziej nudzi go i frustruje. Do czasu. Zostają zamordowani: miejscowa działaczka społeczna, jej mąż polityk oraz lokalny biznesmen o wyraźnie prawicowych poglądach. Modus operandi sprawcy wskazuje na mord rytualny, co w mieście, w którym relacje polsko-żydowskie były wyjątkowo bolesne i powikłane, jest kwestią wysoce drażliwą. Prokurator długo daje się zwodzić zabójcy, podsuwającemu organom ścigania fałszywe tropy, koniec końców jednak go dopada, a motywy zbrodni okazują się banalnie oczywiste.

Autor Uwikłania potrafił wykreować ciekawą postać głównego bohatera i pewną ręką poprowadzić powikłaną, trzymającą do ostatniej strony w napięciu intrygę kryminalną. Do swoich powieści zawsze dodaje jeszcze coś, co sprawia, że są one czymś więcej niż zwykłymi kryminałami. Co to takiego? Refleksje nad problemami, z którymi zmaga się polskie społeczeństwo. W Ziarnie prawdy jest to kwestia antysemityzmu i wciąż niezamkniętych do końca polsko-żydowskich rachunków.

Rzecz ujmując krótko: Miłoszewski nie tylko dostarcza czytelnikowi lekturowej rozrywki, ale też zmusza go do namysłu. A to potrafią jedynie prawdziwi mistrzowie prozy gatunkowej.

 

(Ten tekst ukazał się po raz pierwszy, w nieco krótszej wersji, w tygodniku "Polityka".)


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Andrea Camilleri "Skrzydła sfinksa"

wtorek, 19 lutego 2013 14:42

 

Dobrze przyrządzony

 

Andrea Camilleri, Skrzydła sfinksa, przekł. Monika Woźniak, Noir sur Blanc, Warszawa 2013, ss. 274.

 

         Przez pewien czas nie sięgałem po kryminały Włocha Andrei Camilleriego z cyklu o komisarzu Montalbano, postanowiłem więc nadrobić zaległości. Ta seria ma wielu oddanych fanów, co nie dziwi, bo proza kryminalna tego pisarza jest pełna polotu, swobody i niewymuszonego humoru, napisana z językową swadą, bezbłędnie skonstruowana – zwyczajnie ciekawa i wciągająca. Nie inaczej jest też w Skrzydłach sfinksa. Inaczej rzecz ujmując, tym razem Camilleri także mnie nie zawiódł.

         Gwoli przypomnienia, akcja powieści kryminalnych włoskiego autora rozgrywa się przede wszystkim w fikcyjnym sycylijskim miasteczku, ale mocno osadzona jest w tamtejszych realiach. To specyficzny światek. Rozbuchana biurokracja, sieć nieoficjalnych powiązań – wszystko to sprawia, że Montalbano musi działać w sposób niestandardowy i podchodzić z dużym dystansem do procedur policyjnych. Próbuje jednak robić, co tylko może, stosując bardzo nietypowe zagrywki śledcze i ze stoickim spokojem przełamanym cynicznym poczuciem humoru starając się omijać rzucane mu pod nogi kłody. Nie inaczej jest w Skrzydłach sfinksa. Na wysypisku śmieci znalezione zostaje ciało młodej kobiety z twarzą zmasakrowaną strzałem z rewolweru. Łopatkę zabitej zdobi tatuaż przedstawiający motyla zwanego sfinksem. To jedyny charakterystyczny element, który może posłużyć do identyfikacji ciała. Szybko okazuje się, że w okolicy pojawiły się inne młode kobiety z podobnym obrazkiem na skórze, Rosjanki pochodzące z tego samego miasta. Montalbano idzie ich tropem i trafia na podejrzane stowarzyszenie, działające pod egidą Kościoła, które niby ma prostować ścieżki życiowe upadłych kobiet, ale… Finał śledztwa okaże się zaskakujący.

         Początkowo akcja powieści toczy się leniwie, by w finale zdecydowanie przyspieszyć, a już sama końcówka, gdy Montalbano musi w ciągu kilku godzin zakończyć śledztwo, to już istne szaleństwo (komisarz robi wszystko, by zdążyć na umówione wcześniej spotkanie z Livią, swoją partnerką, co, jak łatwo się domyślić, nie udaje mu się). Taki a nie inny rytm opowieści w dużym stopniu bierze się stąd, że bohater jest smakoszem, rozkłada jego dnia podporządkowany jest porom posiłków, Montalbano choćby waliło się i paliło musi o określonej porze zjeść obiad i kolację (śniadań nie jada). Camilleri z wyraźnym upodobaniem opisuje potrawy, jak zwykle też wplata w tekst przepis kulinarny – tym razem czytelnik dowie się, jak przyrządzić ‘mpanata di maiali, rodzaj zapiekanki z kiełbasą, kalafiorem, ziemniakami i oliwkami.

         Siłą kryminału włoskiego pisarza jest to, że poszczególne składniki opowieści zostały dobrze, w odpowiednich proporcjach podane. Jest tutaj wszystko, co w solidnej powieści kryminalnej być powinno: nietuzinkowy bohater, który jest nie tylko błyskotliwym śledczym, ale również wnikliwym komentatorem otaczającej go rzeczywistości, ciekawa intryga, ukazująca poważnym problem, jakim wciąż jest we współczesnym świecie handel żywym towarem, wreszcie wątek obyczajowy, czyli historia niełatwego związku Monalbano z Livią, uczucia, które najpełniej objawia się w ich „wspaniałych kłótniach”.

        


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Vincent V. Severski, "Nielegalni"

poniedziałek, 11 lutego 2013 14:41

 

Dwie w jednej

 

Vincent V. Severski, Nielegalni, Czarna Owca, Warszawa 2011, ss. 811.

 

         W ramach odrabiania lekturowych zaległości postanowiłem wreszcie zmierzyć się z Nielegalnymi Vincenta V. Severskiego, pierwszą częścią sagi szpiegowskiej. Dlaczego zwlekałem z tym ponad rok? Nigdy specjalnie nie przepadałem za thrillerami szpiegowskimi, poza tym nieco odstręczała mnie też objętość powieści, bo dosyć się w ostatnich miesiącach naczytałem wielkich skandynawskich „cegieł”. Koniec końców skusiło mnie, iż książka została napisana przez oficera polskiego wywiadu, oczywiście pod pseudonimem, ciekaw byłem, jak Severski poradzi sobie z przełożeniem profesjonalnej wiedzy na język literatury. I – prawdę rzekłszy – odczucia mam mocno mieszane (choć nie wstrząśnięte).

         Nielegalni to właściwie dwie powieści w jednej, dosyć luźno ze sobą powiązane. Głównym bohaterem jednej z nich jest rosyjski nielegał, czyli – jak objaśnia autor – „oficer wywiadu działający za granicą pod przybraną tożsamością”. Występuje pod nazwiskiem Hans Jorgensen, mieszka od bardzo dawna w Szwecji, jest już bardzo leciwy, ale wciąż czynny w szpiegowskiej robocie. Podczas jednej z misji przypadkowo dowiaduje się o pewnych faktach z przeszłości, które każą mu zacząć zastanawiać się, kim właściwie jest, komu i dlaczego służy. Moskiewscy szefowie Jorgensena postanawiają go wyeliminować. Duet rosyjskich zabójców z formacji tak tajnej, że nie ma po niej śladu w dokumentach, narobi w Szwecji wiele zamieszania. Natomiast druga powieść osadzona jest w polskich realiach, a jej głównym bohaterem jest doświadczony oficer Konrad Wolski, szefujący doborowej jednostce wywiadowczej. Do IPN-u trafia informacja o miejscu ukrycia archiwum KGB, zaginionego podczas wojny, w którym znajdują się informacje o sowieckich nielegałach i agentach działających w przedwojennej Polce. To łakomy kąsek dla prawicowych polityków, szykujących się do wyborów. Aby przejąć stare dokumenty, Wolski ze swoimi podwładnymi musi podjąć skomplikowaną grę i przechytrzyć wywiad rosyjski, chcący odzyskać swoją własność.

         Oczywiście, pomysł Severskiego, by prowadzić równolegle dwie różne opowieści, da się pewnie uzasadnić. Jak sądzę, autorowi chodziło o ty, by ukazać działania wywiadów jako swoistą sieć pokomplikowanych układów, powiązań i gier operacyjnych, ukrytą w strefie ciemności chronionej klauzulą „ściśle tajne”. Tyle tylko że od strony literackiej ten patent sprawdza się słabo. Mnogość wątków i postaci w Nielegalnych utrudnia śledzenie fabuły, tym bardziej że bohaterowie, jak to ludzie wywiadu, kłamią, zwodzą, kluczą. Momentami trudno jest się połapać, w co i na którą bramkę grają. Bardzo niewyraźnie oznaczone są przesunięcia w czasie akcji, czasami trzeba się dobrze nagłówkować, żeby odkryć sekwencje następstwa powieściowych wypadków. Można to było rozwiązać w prosty sposób, oznaczając na początku każdej całostki fabularnej czas i miejsce akcji. A poza tym, co tu kryć, jakość dwóch powieści wpisanych w jedną jest diametralnie różna. Historia Jorgensena, który u kresu życia został zmuszony do rozliczenia z całą swoją przeszłością, jest intrygująca i poruszająca. Raz, jest to interesujące studium starości, dwa, pokazuje dylematy człowieka, który koniec końców musi wybrać między służbą a rodziną, kłamstwem a prawdą. Co jest jeszcze o tyle skomplikowane, że ukochany syn Hansa jest… oficerem szwedzkiego wywiadu wojskowego. Natomiast opowieść o archiwum to właściwie nic innego, jak literacka wariacja na temat polityków, którzy starają się wykorzystywać tajne służby do własnych celów. A to dosyć dobrze znamy przecież z mediów.

         Jak zwykle w przypadku tak „grubych” powieści problem stanowią nuda i dłużyzny. Severski ma skłonność do detalicznych opisów miejsc, drobiazgowego notowania, w którą ulicę skręcił bohater i co tam zobaczył. W pewnych miejscach powieści, gdy bohaterowie sprawdzają, czy nie są pod obserwacją, ma to swoje uzasadnienie, ale w wielu innych nie. Drażniło mnie też podawanie przez autora marek wszelkich produktów. Zdaję sobie sprawę, że czytelnik może być zainteresowany markami rzeczy, których wywiadowcy używają w swojej robocie, ale już nazwy butów, ubrań czy alkoholi Severski mógł sobie w zupełności darować.

         Trochę powydziwiałem, zdaję sobie sprawę, ale nie zmienia to faktu, że jednak przeczytałem Nielegalnych z zainteresowaniem. Severski ewidentnie ma dryg do budowania trzymających w napięciu fabuł i gdyby tylko wyeliminował konstrukcyjne potknięcia (właściwie, redaktor powinien pisarzowi w tym pomóc), stworzyłby powieść wyborną. A do tego, spośród wielu ludzi ze służb mundurowych, którzy ostatnimi czasy wzięli się za pisanie książek, Severski ma zdecydowanie największy talent i ogładę literacką. Oby tylko ktoś zapanował na wyobraźnią tego pisarza…


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

sobota, 18 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  117 019  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728   

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 117019

Lubię to