Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 148 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Rozmowa z Marcinem Wrońskim

wtorek, 28 lutego 2012 11:23

 

Wroński i Zyga nie kwilą

 

Z Marcinem Wrońskim rozmawia Robert Ostaszewski

 

Zacznę nieco prowokacyjnie: Skrzydlata trumna jest już czwartą częścią cyklu o komisarzu Zygmuncie „Zydze” Maciejewskim. Nie znużyło Cię pisanie o nim?

 

Nie, dlaczego? Faktycznie jestem z natury niecierpliwy, nie lubię pracy zbyt powtarzalnej, ale przecież na Komisarza Maciejewskiego wymyśliłem sposób, dzięki któremu i cykl jest cyklem, i ja się bardzo nie męczę: każda książka nieco inna i w obrazie, i w temacie, i nawet stylistycznie. Łączy je gatunek, miejsce akcji i postać komisarza. A Skrzydlata trumna to wcale nie „już” czwarta powieść o Maciejewskim, tylko „dopiero” czwarta. W tej chwili pracuję nad piątą, powojennym Pogromem w przyszły wtorek, a równolegle nad konceptami kolejnych.

 

Pogratulować systematyczności. A zaplanowałeś już, ile będzie części cyklu, czy to „wyjdzie w praniu”?

 

Wiele zależy od czytelników i oczywiście od mojego wydawcy. Z pewnością nie chciałbym ciągnąć cyklu na siłę, rozwadniając kolejne tomy i powtarzając schematy. Gdybyś mnie zapytał o to dwa lata temu, powiedziałbym o pięciu książkach, dziś myślę o dziewięciu lub dziesięciu, ale ile ich powstanie rzeczywiście, czas pokaże.

 

Wróćmy jednak do początków, by nie rzec – prapoczątków. Zaczynałeś w latach 90. jako autor kojarzony z awangardowym sposobem pisania, potem miałeś romans z fantastyką, by wreszcie postawić na prozę kryminalną/sensacyjną. Co sprawiło, że zniosło Cię w stronę prozy uważanej za „lżejszą”?

 

Wszystko z winy przerostu ambicji nad umiejętnościami i powieści, którą zaplanowałem sobie ponad piętnaście lat temu, a nawet zrobiłem coś gorszego: zacząłem ją pisać. Widzisz, w tamtych czasach marzyło mi się, żeby zostać współczesnym Jamesem Joycem albo chociażby lubelskim Günterem Grassem. Tymczasem w niewielkim stopniu potrafiłem wówczas wzbić się ponad mój warsztat z Obsesyjnego motywu babiego lata z 1994 roku, zaś tym, że i tak jestem sporo mądrzejszy, niż pisząc debiutanckie Udo Pani Nocy, nie umiałem się cieszyć ani odrobinę. Miałem zamysł ponad swoje siły i ten zamysł mnie przygniótł. Fragmenty Historii nieudaczności, owej powieści wagi ciężkiej, opublikowałem pod koniec lat 90. w siedleckiej antologii Od Nowa, po czym zamilkłem, obrażony na literaturę, która za nic nie chciała ułatwiać mi życia, i na samego siebie, niedorastającego do własnych oczekiwań. Zapewne Ty, jako bardzo konsekwentnie rozwijający się krytyk literacki, nie miałbyś dziś o czym ze mną rozmawiać, gdybym zupełnym przypadkiem nie został redaktorem i adaptatorem tekstów w wydawnictwie dla dzieci. Nabrałem tam wprawdzie wielu złych nawyków, ale za to oduczyłem się polegania na tzw. natchnieniu i po raz pierwszy spojrzałem na pisanie jako na pracę. Taką, do której siada się rano, ma się normy wykonawcze i trzeba je wykonać. A ponieważ wciąż czułem, że robię nie do końca to, co powinienem, nieustanie zadawałem sobie pytania: „Kim ty chcesz zostać, jak dorośniesz, do cholery ciężkiej? Czy twoim ideałem pisarza naprawdę jest ten żałosny facet z Dżumy Alberta Camusa, który przez całe życie międlił jedno zdanie? Czy wolisz pisać, czy kwilić, że nie piszesz?”. Gdy zacząłem konsekwentnie mierzyć się z zadaniami wykonalnymi, zupełnie przy okazji doszedłem do etapu, w którym nawet mógłbym już napisać moją pechową Historię nieudaczności, gdybym tylko miał czas.

 

Po cichu liczę, że kiedyś jednak znajdziesz, bom jej bardzo ciekaw… Jakie możliwości otwiera przed Tobą wykorzystywanie konwencji kryminalnej?

 

O, konwencja kryminalna jest mimo swych niezbywalnych elementów nadzwyczaj pojemna! Większość moich tekstów fantasy to gatunkowo są kryminały. Natomiast jeśli pytasz o cykl o Maciejewskim, to otwiera dokładnie takie same możliwości, jakie miała mi otworzyć Historia nieudaczności, tylko w bardziej sztywnej, bo gatunkowej formule. Tamta powieść miała być o historii i Lubelszczyźnie, cykl Komisarz Maciejewski też jest o historii i Lublinie. Nie jestem fanem kryminału jako takiego, podobnie jak pisząc fantastykę – co nie jest zjawiskiem częstym wśród pisarzy tego nurtu – nie potrafiłem bez ziewania rozmawiać o subtelnościach geografii u J. R. R. Tolkiena albo militariach Andrzeja Sapkowskiego. Liczyły się dla mnie wyłącznie fabuła, problem, którego dzięki tej fabule dotykamy, i styl jako syndrom literackości. Również teraz zbrodnia i śledztwo są dla mnie wyłącznie narzędziami. Nie oznacza to oczywiście, że je deprecjonuję – szanujący się rzemieślnik dba o swoje narzędzia – niemniej mało co nudzi mnie tak bardzo, jak perfekcyjna intryga z byle jakim tłem. Gdy zabierałem się za mój pierwszy kryminał retro, Morderstwo pod cenzurą, z pełną świadomością pisałem powieść o tym, co naprawdę mnie interesowało: dawnym Lublinie, żywej i pod wieloma względami wciąż aktualnej historii oraz o mojej fascynacji starą gazetą. Właśnie ta książka sprawiła, że stałem się rozpoznawalnym autorem – oczywiście popularność kryminałów zrobiła swoje, ale jestem przekonany, że nie byłby to sukces, gdybym nie nasączał swojego cyklu własnymi pasjami.

 

Na hasło: kryminały Wrońskiego, pada odzew: Maciejewski i Lublin. Wiem, że uwielbiasz swoje miasto, nie miałeś więc chyba problemu z wyborem miejsca akcji?

 

Nie, rzeczywiście nie miałem. Poza tym warto pisać o czymś, na czym się znamy – wielu pisarzy mówi o tym w wywiadach – zaś akurat Lublin znam nieźle.

 

Ale czy nie kusiło Cię, aby spróbować wejść z kryminalnymi opowieściami w inną przestrzeń miejską?

 

Ależ tak, i już takie próby wykonywałem. Officium Secretum nie jest wprawdzie kryminałem, jednak blisko – bo thrillerem, thrillerem osadzonym w Kazimierzu Dolnym. Natomiast Maciejewski jest niestety facetem nieruchawym, tak mocno związanym z Lublinem, że wsadzenie go do pociągu i wywiezienie na przykład do Warszawy to mógłby być materiał co najwyżej na opowiadanie. Natomiast bez wątpienia jedną z kolejnych powieści o nim osadzę w Zamościu, gdzie komisarz zaczynał służbę w tamtejszym Wydziale Śledczym. Nie są to może dalekie wyprawy, żadne Londyny i New Jorki, jednak i ja jestem facetem nieruchawym, zupełnie jak Maciejewski. Niedługo przyjdzie mi wprawdzie pojechać do Chartres i napisać zamówione opowiadanie o tym mieście, ale chyba uwierzę w to dopiero, kiedy tam się znajdę i na odwrót będzie za późno.

 

To fakt, Ty i Maciejewski do globtroterów nie należycie… Jeśli pozwolisz, porozmawiajmy trochę o tajemnicach Twojego warsztatu pisarskiego. Obmyślając nowy kryminał, szukasz najpierw jakiegoś wydarzenia historycznego, czy w pierwszej kolejności szkicujesz zarys akcji?

 

Zwykle wygląda to tak, że kiedy grzebię w materiałach potrzebnych mi do aktualnie pisanej książki, nagle znajduję coś, co do tej nie pasuje nijak, natomiast podsuwa pomysł na intrygę albo przynajmniej istotny kawałek tła kolejnej. Historia bardzo mnie inspiruje, bo nieraz przynosi takie zalążki fabularne, których nigdy sam bym nie wymyślił albo nie miał odwagi zastosować, ponieważ wydawałyby mi się zbyt przerysowane. Takim zaskoczeniem była na przykład liczba samochodów, jaką dysponowała na początku lat 30. komenda, w której pracował Maciejewski: dwa plus jeden zepsuty.

 

Przed przystąpieniem do pisania tworzysz szczegółową „drabinkę” fabuły, jak na przykład Marek Krajewski, czy może masz tylko ogólny plan, a poza tym idziesz na żywioł?

 

Robercie, przecież znamy się osobiście, więc już na pewno zauważyłeś, że jestem mało rozgarnięty! Gdybym nie miał drabinki, to nie wiedziałbym, co pisać! Ale poważnie: bywa z tym o tyle różnie, że nie każda z moich powieści miała równie szczegółowy plan pracy. Przekonałem się jednak, że im bardziej jest on szczegółowy, zanim powstanie pierwsze zdanie, tym lepszy efekt.

 

A jak jest z Zygą? Wymyśliłeś wcześniej całą historię komisarza aż do jego śmierci – oby żył sto lat!!! – czy może kształtuje się ona z książki na książkę?

 

O, z Zygą było trudniej, bo przecież pisząc Morderstwo pod cenzurą, nie mogłem być pewien, że próba okaże się sukcesem i przerodzi się w cykl. Nie byłem tego całkiem pewien nawet przy drugiej książce, Kinie Venus. Dopiero po kilku rozdziałach A na imię jej będzie Aniela uznałem, że lubelski komisarz to postać, której warto poświęcić jeszcze kilka lat pracy. Nieprzypadkowo właśnie w tej książce są pewne sygnały biografii komisarza, które rozwinąłem właśnie w Skrzydlatej trumnie. I w tym właśnie momencie kompletny życiorys Zygi zaczął mi się zamykać, niemniej wciąż sporo drobnych faktów to sprawa otwarta. Na pewno warto wiedzieć o swojej postaci sporo, znacznie więcej, niż jest to niezbędne do napisania kolejnej książki, gdybym jednak ustalił wszystko, mógłbym podrzucić sobie skórkę od banana, na której się pośliznę za rok albo dwa.

 

Jak jest z tworzeniem obrazu przedwojennego Lublina? Prowadzisz chyba dosyć drobiazgową kwerendę historyczną?

 

Dosyć drobiazgową na pewno, jednak zawsze jest ona bardziej związana z potrzebami książki niż wiedzą dla wiedzy. Często nad tym boleję, tylko wciąż brakuje mi czasu na tyle lektur, na ile miałbym ochotę. Swoją wiedzą chętnie wspomagają mnie za to moi czytelnicy i przyjaciele, wśród których są amatorscy fani Lublina, przewodnicy, historycy…

 

Czytając kryminały z Maciejewskim, zawsze zastanawiam się, na ile kreacja postaci głównego bohatera jest swego rodzaju ukłonem w stronę tradycji noir, na ile zaś ma umocowanie w historii. Znalazłeś może w źródłach historycznych policjanta choć trochę podobnego do Zygi?

 

O nie, takiego policjanta w prawdziwej Policji Państwowej nie było i raczej być nie mogło! Dotyczy to zresztą wielu kreacji literackich, jednak właśnie tu pęknięcie między literaturą a historią wydaje mi się nie tylko atrakcyjne, ale wręcz niezbędne. Prawdziwi policjanci byli – a nawet wciąż są – ludźmi wykonującymi w gruncie rzeczy nudną i powtarzalną pracę. Przed wojną zaś, kiedy dobre przygotowanie do pracy śledczej było zjawiskiem naprawdę rzadkim, a poziom wykształcenia nawet oficerów był bardzo niski, taki człowiek jak Zyga Maciejewski – po maturze, z kilkoma latami studiów prawniczych, z biegłą znajomością języka obcego, najpewniej służyłby w komendzie głównej w Warszawie. Z kolei biorąc pod uwagę jego niesubordynację, jeszcze bardziej pewne, że popracowałby w policji rok, może dwa. Mój bohater to stanowczo postać z tradycji noir, może tylko odrobinę zsocjalizowana, by jej obecność w strukturach policyjnych nie przekraczała elementarnych reguł prawdopodobieństwa. Wciąż mam jednak na myśli prawdopodobieństwo literackie, nie historyczne! Natomiast wokół Maciejewskiego pojawiają się bohaterowie wzorowani na realnych postaciach albo wręcz postaci realne z prawdziwym imieniem i nazwiskiem.

 

W Skrzydlatej trumnie (swoją drogą, świetny tytuł, gratuluję!) ważne miejsce zajmuje historia lotnictwa wojskowego II RP. Skąd wzięło się u Ciebie zainteresowanie akurat tym tematem?

 

Prawdę mówiąc, historia lotnictwa wojskowego nie zainteresowałaby mnie w ogóle, gdyby nie jej związek z historią Lublina oraz pewne kryminalne wątki, w jakie byli umoczeni obrońcy polskiego nieba. Dzisiejszy Lublin, miasto z dopiero budującym się lotniskiem, zupełnie nie przypomina tego przedwojennego miasta, w którym powstała pierwsza w niepodległej Polsce fabryka samolotów. To istotny element tak w krajobrazie miasta, jak i w jego socjologii, bo wykwalifikowani pracownicy tego zakładu zarabiali znacznie powyżej średniej. Jednocześnie główny odbiorca lubelskich samolotów, czyli wojsko, kombinowało całe lata, jak by tu wysiudać z interesu dotychczasowych właścicieli, doprowadzić zakład do bankructwa i przejąć za psie pieniądze, co w końcu się udało na przełomie 1935 i 1936 roku. Jest o tym trochę w Skrzydlatej trumnie, kusi mnie jednak, by ugryźć ten temat od środka, tylko to już byłaby sprawa znacznie przekraczająca kompetencje komisarza Maciejewskiego.

 

Twój nowy kryminał jest specyficznie skonstruowany, akcja toczy się w nim dwutorowo: z jednej strony przedstawiasz losy Zygi z roku 1945., kiedy gnije on w więzieniu bezpieki, w którym próbuje go złamać demoniczny major Grabarz, z drugiej – opowiadasz historię śledztwa, które komisarz prowadzi w roku 1936. Wygląda to trochę tak, jakby wciąż coś Cię trzymało w latach 30., jakbyś nie potrafił się z tego dziesięciolecia wyrwać…

 

Bo wcale nie chcę się wyrywać, uważam tylko, że niektóre wątki nabierają pełnej wymowy, dopiero gdy zostaną odpowiednio skontrastowane. Takim kontrastem w Skrzydlatej trumnie jest właśnie złodziejska etatyzacja lubelskiej fabryki z lat 30. zestawiona z bandycką nacjonalizacją, która dokonała się po wojnie. Za to Pogrom w przyszły wtorek w całości będzie się dział w 1945 roku, a w jednej z kolejnych powieści powrócę do wydarzeń jeszcze sprzed Morderstwa pod cenzurą, do lat 20. Jestem znacznie mniej przywiązany do konkretnej konwencji i konkretnych dekoracji, niż to się z pozoru wydaje, jedynie nie zdążyłem jeszcze powiedzieć wszystkiego, co zamierzam.

 

Aż się boję, co będzie, gdy już powiesz wszystko… Retro jest wciąż najpopularniejszą odmianą kryminału w Polsce. Jakie są tego, Twoim zdaniem, przyczyny?

 

Niedawno pewien publicysta pewnego tygodnika z błędem ortograficznym w tytule próbował udowodnić tezę, że z powodu nieudolności pisarzy, którzy nie potrafią zmierzyć się z rzeczywistymi problemami społecznymi i uciekają w bezpieczne rejony. Guzik prawda, autorzy kryminałów retro, przynajmniej ci, którym zależy bardziej na historii niż kostiumie, tworzą powieści głęboko zaangażowane w szukanie naszych historycznych korzeni i prawdy o tych korzeniach. W dodatku w ich tytułach nie ma błędów ortograficznych. My w Polsce, długo pozbawieni niezabagnionej ideologią wiedzy o naszych dziadkach i pradziadkach, wciąż jesteśmy ich ciekawi i w tym sensie kryminał retro to komercyjna odmiana literatury małych ojczyzn. Biorąc zaś pod uwagę z jednej strony to, co często słyszę na spotkaniach autorskich: „politykę to ja mam w telewizorze”, z drugiej wciąż żywą potrzebę wielu środowisk, by historię pisali politycy, a nie historycy, wcale się nie dziwię czytelnikom poszukującym prawdy alternatywnej, a przy tym atrakcyjnej. Sam wśród moich czytelników mam prawicowców i lewicowców, duchownych katolickich i Żydów, lekarzy i historyków – naprawdę, zapotrzebowanie na literackie głosy w sprawie historii jest większe, niż myślałem jeszcze kilka lat temu.

 

Z drugiej strony coraz częściej przebąkuje się, że kryminał retro powoli się kończy… Czy faktycznie?

 

Czy nie jest przypadkiem tak, że częściej niż czytelnicy, przebąkują o tym krytycy, którzy chcieliby zostać ojcami chrzestnymi nowego trendu? Oczywiście, każda moda kiedyś się kończy i każdy potencjał kiedyś się wyczerpuje, ale na pewno nie ja będę kimś, kto zacznie głosić śmierć konceptu, który przyniósł mi sukces i z którego wciąż żyję. Co nie znaczy, że nie mam ochoty pisać również innych powieści, lecz to osobna sprawa na inną rozmowę.

 

Oby udało się nam ją odbyć jak najszybciej. Dziękuję za rozmowę.

 

I ja pięknie dziękuję.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Ǻke Edwardson, Taniec z aniołem

środa, 22 lutego 2012 18:04

 

Szczęśliwy (do czasu) policjant

 

Ǻke Edwardson, Taniec z aniołem, przekł. Alicja Rosenau, Czarna Owca, Warszawa 2010, s. 432.

 

         Mroźna zima ma też swoje dobre strony. Mniej wychodziłem na dwór, albo na pole – jak kto woli, więcej sprzątałem i przy przerzucaniu stert książek trafiłem na powieść Ǻke Edwardsona, którego historie kryminalne znałem wcześniej jedynie z adaptacji filmowych. Najwyższy był czas nadrobić lekturowe zaległości, więc wziąłem się za czytanie.

         Okazało się – co za niespodzianka! – że to kolejny całkiem niezły autor kryminałów ze Szwecji. Powieść Taniec z aniołem otwiera cykl kryminalny z komisarzem Erikiem Winterem z Göteborga. Edwardson w swojej serii prochu nie wymyśla, wykorzystuje sprawdzoną formułę kryminału wymyśloną przez matkę i ojca skandynawskiego kryminału, czyli parę Sjöwall i Wahlöö. Sporo jest więc u Edwardsona obyczajówki, opowieści o dzielnych stróżach prawa, którzy sprzątają w „ruinach szwedzkiego społeczeństwa dobrobytu”. Jest zespół policjantów, których osobiste perypetie są równie istotne jak prowadzone przez nich śledztwo, choć jeden z nich ewidentnie wysuwa się na plan pierwszy – właśnie Winter.

         Jak na glinę ze skandynawskiego kryminału Winter jest wyjątkowo poukładany i – by tak rzec – zwyczajnie spełniony oraz szczęśliwy. Żadnych traum z przeszłości, zero mroku w duszy. Zajmuje się głównie pracą, z pracoholicznym wręcz zacięcie i ze świetnymi jednocześnie efektami: mimo że ma ledwie trzydzieści siedem lat, szefuje grupie śledczych, a młodsi koledzy wpatrzeni są w niego jak w obrazek. Żyje samotnie, ale sam tak sobie wybrał; wcześniej kolekcjonował kobiety na pęczki, ale z czasem nieco się uspokoił. Jest snobem, uwielbia wysmakowany jazz, drogie, markowe produkty; a buty zamawia u londyńskich szewców… Ale nawet w tym snobizmie jest jakoś zwyczajnie sympatyczny.

         W Tańcu z aniołem wewnętrzny ład Wintera zostanie jednak mocno naruszony. Ktoś torturuje i zabija młodego Szweda w Londynie. Podobnie zostaje potraktowany student z Anglii w Göteborgu. Istnieje podejrzenie, że ostatnie chwile życia zamordowanych były filmowane. Psychopatyczny seryjny zabójca, czy ktoś, kto chce zbić fortunę na snuff movies? Śledztwo w tej sprawie zaprowadzi Wintera do Londynu i każe mu się zastanowić nad tym, czy faktycznie jest aż tak błyskotliwym śledczym, jak jemu i jego kolegom się wydaje.

         Choć generalnie kryminały Edwardsona mnie przekonały (przeczytałem już kolejne części cyklu), to trochę jednak powydziwiam. Zbyt wiele jest w Tańcu z aniołem narzekań na to, co stało się w ostatnich dziesięcioleciach ze Szwecją i jej społeczeństwem. To już staje się w szwedzkich, czy w ogóle skandynawskich kryminałach, trochę nużące. Z drugiej strony, Edwardsona tłumaczy to, że Taniec z aniołem powstał już dosyć dawno, w 1997 roku, autor wpisał się po prostu w nurt krytyki stanu Szwecji, a że potem dziesiątki innych pisarzy zechciało pochylać się z troską nad przemianami szwedzkiego społeczeństwa, to już nie jest wina Edwardsona. Trochę odchudziłbym też partie powieści, przedstawiające śledztwo Wintera w Londynie. Zdaję sobie sprawę, że skandynawscy autorzy kryminałów są mistrzami w zachęcaniu do turystyki z powieściami w ręku, ale zasypywanie czytelnika setkami nazw ulic, placów czy wszelkiego rodzaju miejsc ze stolicy Anglii jedynie niepotrzebnie opóźnia i tak niezbyt dynamiczną akcję.

         Koniec końców, kiedy trafi do mnie kolejna książka Edwardsona, na pewno położę ją na stos, z którego częściej sięgam.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wywiad z Martą Guzowską

piątek, 17 lutego 2012 15:15

 

Archeologia i zbrodnia

 

Z Martą Guzowską rozmawia Robert Ostaszewski

 

Co sprawiło, że Pani, poważny doktor, archeolog wzięła się za pisanie kryminałów, przez niektórych uważany za niezbyt poważny gatunek powieściowy?

 

Bez przesady z tą powagą :-). Dla mnie kryminał to gatunek, który przez swoje ramy oraz ograniczenia (musi być przecież trup, zabójca, dramatyczne zakończenie-rozwiązanie akcji, wreszcie czytelnik musi dostać wcześniej odpowiednią ilość śladów) sprawia przyjemność i czytelnikowi, i pisarzowi. To tak, jak zabawy ze słowami: można je wypisywać pojedynczo sprejem na murze, ale fajniej jest wpisać je w krzyżówkę.

 

Napisała Pani kryminał archeologiczny. To specyficzny podgatunek kryminalny, który nie pojawia się zbyt często, ale jednak od czasu do czasu trafia na półki księgarń. Czy przed napisaniem Ofiary Polikseny czytała Pani coś podobnego?

 

Nie, ja wolę opowieści o seryjnych, psychopatycznych mordercach :-) Ale musi Pan przyznać, że archeologia aż się prosi o zbrodnię, a starożytność dostarcza tego, co niezbędne w dobrym kryminale: tajemnicy. Poza tym mówią: „Pisz o tym, na czym się znasz”. Ja znam się na archeologii, wybór był prosty.

 

A w ogóle, jakie kryminały Pani lubi, czyta?

 

Mam swoją ulubioną „świętą Trójcę” autorów kryminałów. Patricię Highsmith, z jej cudownie psychopatycznym Tomem Ripleyem, Patricię Cornwell, która precyzyjnym, oszczędnym językiem opisuje przygody patolog Kay Scarpetty i Dennisa Lehane’a, moim zdaniem najlepszego w ostatnich latach kontynuatora tradycji kryminału noir. No i właśnie lubię bardzo stare kryminały noir, najlepiej dziejące się w Los Angeles.

 

Niezła Trójca… Szczególnie Lehane. A czy coś z polskich kryminałów Pani czyta?

 

Czytam, zwłaszcza ostatnio, kiedy sama zaczęłam pisać: dobrze jest wiedzieć, co robi konkurencja :-) Polska powieść kryminalna ostatnich lat wspięła się na naprawdę wysoki poziom, myślę, że jesteśmy już prawie tak dobrzy, jak Skandynawowie, może czas rozreklamować nas na świecie... Jestem wielką wielbicielką Zygmunta Miłoszewskiego i Marka Krajewskiego, zwłaszcza wrocławskich powieści tego ostatniego. Wiem, wiem, to mało oryginalny gust, ale ich powieści są po prostu wyśmienite i mam nadzieję, że obaj panowie pracują już nad następnymi.

 

Tak, Miłoszewski pisze następny kryminał, którego akcja rozgrywa się w Olsztynie. Pytałem o inspiracje literackie, bo w Pani powieści wyczuwam głównie sporą fascynację filmem…

 

Może dlatego, że pisząc, próbuję sobie wyobrazić akcję, jakby to były sceny z filmu. A jedno skojarzenie filmowe prowadzi prosto do drugiego...

 

W Ofierze Polikseny ważną rolę w intrydze kryminalnej odgrywa motyw mitologiczny. Pisarze kryminałów często sięgają po mitologię. Nie obawiała się Pani, że czytelnicy i krytycy będą Pani zarzucali, że kopiuje Pani – dla przykładu – Marka Krajewskiego czy Pawła Jaszczuka?

 

Moją ulubioną powieścią wykorzystującą watki mitologiczne jest wydany kilkanaście lat temu Słownik Lempriere’a Lawrence’a Norfolka, w którym morderca inspiruje się bezpośrednio okrutnymi opisami mitów greckich. Myślę, że w mitologii jest dostatecznie dużo opowieści, żeby wszyscy mogli się nimi podzielić. A kiedy zdecydowałam, że akcja powieści toczyć się będzie w Troi, wątek mitologiczny stał się nieunikniony. Cała historia Troi oparta jest na mitologii, mitologią obrosła też historia wykopalisk w tym mieście.

 

Zostawmy mitologię i zajmijmy się bohaterami. W powieści przedstawia Pani grupę naukowców z różnych krajów, pracujących przy wykopalisk na terenie antycznej Troi, ale nie określa Pani, z jakich krajów pochodzą. Dlaczego?

 

Kiedy latem 1989 roku po raz pierwszy przyjechałam do Troi, ówczesny, nieżyjący już, kierownik wykopalisk profesor Manfred Korfmann pokazał mi słup, na którym przybite były drewniane flagi wszystkich narodowości reprezentowanych przez naukowców biorących udział w projekcie. Było ich, tych flag, już kilkanaście, ja powiesiłam flagę polską. Ekipy archeologiczne prawie zawsze są międzynarodowe, bo ludzi dobiera się pod kątem specjalności, a ilu może być na świecie specjalistów w dziedzinach tak efemerycznych jak, na przykład, ceramika szarominijska (uwaga, podpowiedź: prawdopodobnie około pięciu). W żadnej ekipie wykopaliskowej, w jakiej pracowałam, narodowość nie odgrywała większej roli. Tak jest też więc w mojej powieści.

 

Wykreowała Pani niebanalną postać głównego bohatera, a zarazem narratora powieści, antropologa Mario Ybla. To, jak sam siebie określa, pijak, błazen i cynik. Typ intrygujący i irytujący zarazem… Skąd taki właśnie pomysł na speca od rozwiązywania kryminalnych rebusów?

 

W pierwszym szkicu powieści Mario był „grzeczny”, ale narracja była potwornie nudna. Narrator i główny bohater malkontent, a do tego z niewyparzonym językiem gwarantuje, że akcja potoczy się bardziej dynamicznie. Odkrył to już Raymond Chandler...

Początkowo Mario miał być archeologiem, jak pozostali bohaterowie. Szybko jednak okazało się, że zrobienie z niego antropologa rozwiązywało raz i na zawsze problem tego, co niezbyt ładnie nazywa się info-dump, czyli fachowych wyjaśnień niezbędnych, żeby czytelnik zrozumiał rzeczywistość wykopalisk. Byłoby głupio, gdyby archeolog wyjaśniał archeologowi, co to jest, na przykład, stratygrafia. A archeolog antropologowi może, bo metodologia tych dwóch zawodów jest zupełnie odmienna. Z kolei ilość info-dump jest naturalnie regulowana przez niechęć Maria do dyskusji na temat nudnej – jego zdaniem – archeologii. Czytelnik nie jest więc przeładowany szczegółami. Jednym słowem – taki główny bohater to skarb dla autora, rozwiązuje wiele konstrukcyjnych problemów powieści.

 

W powieści turecka policja odgrywa marginalną rolę. Czy to specyfika, by tak rzec – dyskretnego, działania policji w tym kraju, czy po prostu nie chciała Pani obciążać powieści opisami policyjnych procedur?

 

Nie wiem, jak działa policja w Turcji, na szczęście nigdy nie miałam okazji się o tym przekonać. Wyszłam z założenia, że jakiekolwiek działania policji nie będą widoczne dla narratora spoza policyjnych kręgów, a do tego znajdującego się w pewnym sensie w gronie osób podejrzanych. Policjanci nie przyjadą przecież zwierzać się członkom ekipy archeologicznej z postępów śledztwa. Dla Maria i pozostałych archeologów jedyna możliwość dowiedzenia się o działaniach policji to plotki Gülsün.

 

Właśnie – Turcja. Polscy autorzy kryminałów bardzo rzadko umieszczają miejsce akcji swoich opowieści poza granicami kraju. Co sprawiło, że Pani wybrała akurat Turcję?

 

To nie Turcję wybrałam, ale Troję. Pracuję na tym stanowisku archeologicznym już od kilkunastu lat, dostatecznie długo, żeby poczuć dobrze klimat miejsca i spróbować je opisać. Chciałam też umieścić akcję w bardzo znanym miejscu i trochę je „zdemitologizować”.

 

Zaryzykuję twierdzenie, że w Ofierze Polikseny równie ważną rolę jak opowieść o zbrodni jest opis współczesnej Turcji, bardzo odmienny od folderowej atrapy z turystycznego przewodnika. Dobrze zna Pani Turcję?

 

Nie wiem, ile czasu trzeba spędzić w Turcji, żeby powiedzieć, że się dobrze zna ten kraj. Całe życie? Ja po kilkunastu sezonach wykopalisk mam wrażenie, ze „liznęłam” Turcję tylko po wierzchu. I to chcę właśnie w mojej książce pokazać: czasem wydaje nam się, że nasza obecność gdzieś daje nam wiedzę i upoważnia do wydawania osądów, a tymczasem okazuje się, że nic nie wiemy, nic nie rozumiemy...

 

Jest Pani współzałożycielką grupy pisarskiej Zbrodnicze siostrzyczki, skupiającej autorki kryminałów. Wydawało mi się, że tworzenie grup pisarskich jest u nas passé. Jaki jest cel działanie tej grupy?

 

Zainspirowała nas, oczywiście, słynna grupa, a właściwie już organizacja Sisters in Crime, która w tym roku obchodzi dwudziestopięciolecie. Może i nam uda się osiągnąć taką długowieczność. Marzy nam się, że wstąpią w nasze szeregi inne pisarki, a także pisarze, powieści kryminalnych. Mamy w planie stworzyć coś w rodzaju „grupy samopomocy”, z dyskusjami na temat własnych prac, a także grupą ekspertów, którzy wesprą literatów fachowymi informacjami z dziedzin przydatnych przy pisaniu powieści kryminalnych, takich jak, na przykład, anatomopatologia. Ale Zbrodnicze Siostrzyczki istnieją dopiero od około 2 miesięcy. Czas pokaże, w którym kierunku rozwinie się nasza działalność.

 

Jeśli już się zgadało o piszących kobietach… Ostatnimi czasy pojawiało się sporo autorek kryminałów, co więcej, kryminał kobiecy zaczyna rządzić, by wspomnieć tylko, że w ostatnich latach prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru otrzymywały właśnie kobiety: Joanna Jodełka i Gaja Grzegorzewska. Jak Pani sądzi, jakie są przyczyny tego boomu na kobiece pisanie kryminalne?

 

Może stąd, że to podobno kobiety są głównymi czytelniczkami kryminałów? Więc teraz wzięły się za pisanie... A może stąd, że większość kobiet zaganianych między pracą, domem, dziećmi i mężem marzy o odreagowaniu. Czy może być lepszy sposób odreagowania stresu niż uśmiercenie na papierze kilku niesympatycznych osób?

 

Na koniec – wiem, że powstaje kolejna część przygód Ybla. Gdzie go teraz rzuci los i Pani wyobraźnia?

 

W drugiej części przygód Maria Ybla akcja przenosi się do Polski, a konkretnie do pałacu w Nieborowie, a zamiast upalnego lata będzie wyjątkowo śnieżna zima. Ale więcej nie mogę powiedzieć, bo to już zupełnie inna historia...

 

Spróbuję jednak pociągnąć Panią za język ­­– pojawią się w drugiej powieści inne postacie z Ofiary Polikseny?

 

Nie, chociaż będzie o nich mowa, bo jedna z głównych bohaterek Głowy Niobe jest też znajomą Roberta i Poli. Natomiast Robert i Pola powrócą w trzeciej powieści. Właśnie siadam do jej pisania...

 

Ależ Pani pracowita… Dziękuję za rozmowę.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Michel Houellebecq, Mapa i terytorium

sobota, 11 lutego 2012 14:04

 

Medytacja o pracy

Michel Houellebecq, Mapa i terytorium, przekł. Beata Geppert, W.A.B., Warszawa 2011, s. 382.

    Jakiś czas temu proza Michela Houellebecqa bardzo mnie znużyła, jej przewidywalność, powtarzalność, powierzchowność krytyki cywilizacji Zachodu. Dlatego pojawienie się powieści Mapa i terytorium specjalnie mnie nie podnieciło. Ani pieczęć Nagrody Goncourtów przybita na tej książce, ani nawet jej niezłe recenzje. W końcu jednak ją przeczytał. I nie żałuję, bo okazało się, że jest to jedna z lepszych powieści, jakie ostatnio trafiły mi do rąk. Czemu tak myślę?
    Przede wszystkim dlatego że jest w niej więcej dystansu autora do siebie samego i świata. Widać to już wyraźnie w kreacji jednego z bohaterów, którym jest… Michel Houellebecq, antypatyczny pisarz zamordowany w bestialski sposób. Widać też w sposobie oceniania rzeczywistości. Francuski pisarz wyciszył nieco swój zjadliwy krytycyzm, przez co – jak sądzę – udało mu się uchwycić więcej niuansów.
    W Mapie i terytorium Houellebecq posłużył się dobrze znaną formą powieści do artyście, dodając do niej elementy kryminału. Głównym bohaterem książki jest artysta Jed Martin, opowieść o całym jego życiu, od narodzin do śmierci stanowi ramę konstrukcyjną powieści. Martin pod pewnym względami jest dzieckiem szczęścia: jedynak z bogatej rodziny, spełniony i doceniony artysta, który czego się nie dotknął, zamieniał – niczym Midas – w złoto, człowiek żyjący na pozór bez żadnych większych trosk. Cykl fotografii map Michelina przyniósł mu rozgłos i pieniądze. Seria obrazów olejnych przedstawiających – rzecz ujmuję w skrócie – ludzi rozmaitych profesji sprawiła, że stał się milionerem. Martin, jak wielu innych bohaterów prozy Houellebecqa, jest nieco odklejony od rzeczywistości, mimochodem kultywuje swoją samotność, nie chce i nie potrafi zbudować trwałych relacji z innymi ludźmi, być może dlatego że jako dziecko stracił matkę, która popełniła samobójstwo. Właściwie jedyne co go interesuje i intryguje, to praca artystyczna. Gdy nie tworzy, jedynie trwa, wegetuje, gapiąc się w telewizor. Właśnie, praca…
    Nową powieść Houellebecqa można by określić jako swoistą fabularną medytację na temat pracy – to przede wszystkim interesuje francuskiego pisarza. Jak zmieniało się pojęcie pracy w ostatnich dziesięcioleciach, czym obecnie jest praca? Takie pytania stawia francuski pisarz. Dlaczego zanikają zawody wymagające rzemieślniczych umiejętności i czy faktycznie zanikają? Czy za pracę można uznać zajmowanie się giełdowymi spekulacjami? Dlaczego człowiek całkowicie poświęca się pracy? Czy tak jak ojciec Martina, architekt, po to by wypełnić pustkę po utraconych młodzieńczych marzeniach o architekturze, która odmieni świat, i po stracie żony? Czy może jednak jak sam Jed, dla którego właściwie nie istnieje życie poza praca… Houellebecq mnoży pytania, a przy tym nie sugeruje odpowiedzi, zmuszając czytelnika do myślenia.
    Jest też w Mapie i terytorium opis francuskiego światka literacko-artystycznego, momentami bardzo zjadliwy, pokazujący, czym tak właściwie ów światek jest – nie tylko we Francji: jednym wielkim targowiskiem próżności. Ale to już wątek dla bardzo zainteresowanych. I bez tego nowa powieść Houellebecqa to kawał dobrej prozy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Marta Guzowska, Ofiara Polikseny

poniedziałek, 06 lutego 2012 13:50

 

Trupy w Troi

Marta Guzowska, Ofiara Polikseny, W.A.B., Warszawa 2012, s. 429.

    Kryminały archeologiczne nie pojawiają się przesadnie często, ale zazwyczaj bywają intrygujące, jak choćby – poprzestanę na rodzimym przykładzie – niezła Ekspedycja Kolitz Katarzyny Rygiel. Co sprawia, że archeologowie mają dryg do pisania kryminalnych historii? Zaryzykuję twierdzenie, że to kwestia pewnego podobieństwa roboty archeologicznej do policyjnej; w końcu, tak w przypadku jednej, jak i drugiej chodzi o poszukiwanie i zabezpieczanie śladów, odpowiednio – przeszłości i zbrodni. Dryg do kryminałów ma też debiutująca Ofiarą Polikseny Marta Guzowska.
    Guzowska czaruje – przynajmniej mnie oczarowała – przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, sceneria. Autorzy polskich kryminałów współczesnych rzadko wybierają się poza granice Polski (mam oczywiście na myśli wyprawy tekstowe). Natomiast akcja Ofiary Polikseny rozgrywa się w Turcji, gdzie grupa naukowców prowadzi wykopaliska w ruinach starożytnej Troi. W tło kryminalnej intrygi wpisana jest opowieść o współczesnej Turcji widzianej oczyma człowieka Zachodu, sama w sobie interesująca, bo ukazująca kulturową odmienność tego – na pozór – tak bliskiego i dobrze znanego kraju. Po drugie, główny bohater, a zarazem narrator powieści. Jest nim wyborny antropolog Mario Ybl. Trudno jest opisać tę postać w krótkich żołnierskich słowach… To skrzyżowanie Adriana Monka, Indiany Jonesa i Philipa Marlowe’a. Pijak, błazen i cynik, jak sam siebie określa. Człowiek o niewyparzonym języku, mający niesamowity dar do zrażania sobie ludzi. Typ niepokorny, który zawsze robi to, co chce, mając gdzieś zasady. Nyktofobik, czyli człowiek panicznie bojący się ciemności, który lęk oswaja w najprostszy sposób, zapijając się wieczorami w pestkę. W końcu – samotny jeździec, który na własną rękę, nie raz, nie dwa zbierając po łbie, rozwikłuje zagadkę mordów na kobietach, nawiązujących do pradawnych rytuałów. Niezłą zaiste postać Guzowska wykoncypowała, niezłą.
    W debiucie Guzowskiej nie obyło się bez wpadek. Na szczęście drobnych. W posłowiu autorka dziękuje redaktorowi W.A.B. za „rygorystyczne przestrzeganie zasady ‘mniej znaczy więcej’”. Aż tak rygorystycznie chyba nie było… W kilku miejscach, mam na myśli na przykład wykład Ybla na temat procesu rozkładu zwłok, można by spokojnie Ofiarę Polikseny „odchudzić”. Niezbyt prawdopodobne jest też zakończenie powieści. Zważywszy na ilość odniesionych wcześniej przez Ybla kontuzji i jego strach przed ciemnością, raczej nie powinien wyjść cało z finałowego starcia (więcej zdradzić nie mogę). Z drugiej jednak strony, postać antropologa jest rysowana przez autorkę grubą kreską, więc ta odrobina przesady nie jest aż tak dotkliwa.
    Koniec końców, w przypadku Ofiary Polikseny zdecydowanie więcej jest plusów niż minusów. Wydawca już zapowiada kolejną część serii z Yblem. Chętnie zajrzę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

środa, 16 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  112 508  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
272829    

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 112508

Lubię to