Bloog Wirtualna Polska
Są 1 234 932 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Håkan Nesser "Komisarz i cisza"

poniedziałek, 30 grudnia 2013 20:13

Nesser_komisarz.jpg

Strzeż się, dziewczę, lasu

 

Håkan Nesser, Komisarz i cisza, przekł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2013, ss. 368.

 

         Håkan Nesser należy – jak dla mnie – do ścisłej czołówki szwedzkich „kryminalistów”, w miarę regularnie sięgam po powieści tego autora, choć ostatnio przede wszystkim te z cyklu o inspektorze Barbarottim, dobrotliwym policjancie z gromadką dzieci na głowie. A przecież popularność Nesserowi przyniosła głównie seria z komisarzem Van Veeterenem. Właśnie pojawiło się tłumaczenie piątej powieści z tego cyklu, czyli powieści Komisarz i cisza, jest więc pretekst, by wrócić do opowieści z tym bohaterem w roli głównej.

         W cyklu o Van Veeterenie, który powstawał w latach 1993-2003, Nesser poszedł pod prąd nurtu skandynawskiej prozy kryminalnej. Zamiast osadzić miejsce akcji w konkretnym, realnym miejscu, wykreował przestrzeń wyobrażoną. Akcja powieści z tej serii rozgrywa się „gdzieś”, w wymyślonych miejscach, które równie dobrze mogą znajdować się w Holandii czy Belgii, jak i Niemczech, Danii czy Szwecji. Ot, taka pisarska zabawa z przestrzenią. Dosyć zmyślna, rzeknę. Jednak poza tym można w tej serii znaleźć wszystko to, z czego słynie szwedzka proza kryminalna.

         Jest sam środek upalnego lata, w czas kanikuły nie dzieje się zbyt wiele. Van Veeteren, który coraz poważniej myśli o przejściu na emeryturę, przygotowuje się do wyjazdu na zagraniczne wakacje. Dostaje jednak informację, że w okolicach położonego malowniczo pośród lasów i jezior Sorbinowa zaginęła dziewczynka, uczestnicząca w obozie dla młodzieży zorganizowanym przez podejrzaną sektę Czyste Życie. Ponoć zaginęła – bo opiekunowie obozu zaprzeczają, by zniknęła którakolwiek z ich podopiecznych. Komisarz ma wobec komendanta miejscowej policji dług wdzięczności, więc jedzie tam, choć niechętnie, by przyjrzeć się sprawie. I zderza się z murem milczenia. Ani guru sekty, Jellinek, ani jego współpracownice i podopieczne nie chcą współpracować z policją. Traktują zewnętrzny świat jako zagrożenie, na pytania odpowiadają wyuczonymi formułkami z zasad ich mglistej religii, której do końca zdają się nie pojmować. Van Veeteren chce już dać sobie spokój ze śledztwem w sprawie, której być może wcale nie ma, gdy w lesie niedaleko ośrodka sekty zostają znalezione zwłoki jednej z dziewczynek wcześniej tam przebywających. Zgwałconej i uduszonej.

         Intryga w Komisarzu i ciszy zbudowana została wokół tematów, bardzo często pojawiających się w skandynawskich kryminałach: Inności i pedofilii. Komisarz mozolnie przebija się przez twardą skorupę, która oddziela członków Czystego Życia od zwykłego świata. Początkowo ich – by tak rzec – nieprzemakalność, niechęć do współpracy z przedstawicielem władz, ograniczoność horyzontów myślowych wzbudza jedynie irytację policjanta, a nawet wyzwala w nim werbalną agresję. Z czasem jednak odkrywa, że sekta jest azylem dla słabych, zagubionych w życiu ludzi, którzy łatwo poddają się wpływowi podejrzanego przewodnika duchowego; że – co gorsza – trafiają tam dzieci, którymi rodzice i bliscy nie chcą, albo nie potrafią się zająć. Komisarz ustala, że prawdopodobnie w Czystym Życiu dochodzi do przemocy psychicznej, ale raczej nie fizycznej.

         Właśnie – przemoc psychiczna a przemoc fizyczna… Pewną słabością powieści Nessera jest przewidywalność intrygi kryminalnej. Bardzo szybko można się zorientować, że wątek Czystego Życia to „zmyłka”, że nikt spośród członków seksty nie popełnił zbrodni. Co więcej, nie jest trudno domyślić się, że pedofil-morderca czai się tuż obok, niemal w zasięgu wzroku Van Veeterena, któremu, choć uważany jest za wybitnego śledczego, rozwikłanie zagadki zajmuje podejrzanie wiele czasu.

         Z drugiej jednak strony, zwyczajnie lubię głównego bohatera serii, bo też trudno być obojętnym wobec tak sympatycznej postaci. Nessera nie interesuje opisywanie „mroków duszy” policjanta po przejściach. Van Veetern, mimo iż sporo lat na karku i wiele już w życiu przeszedł, jest pogodzony z samym sobą i światem. To po trosze oryginał, człowiek kultury, sybaryta ceniący dobrą kuchnię. Umie pracować w grupie, ale w gruncie rzeczy jest samotnym szeryfem, który trzyma się własnych, sprawdzonych sposobów na prowadzenie śledztw, choćby nawet kolegom wydawały się one dziwaczne czy absurdalne. A to dlatego że ma dystans wobec siebie i innych. Taka właśnie kreacja głównego bohatera cyklu, doprawiona na dodatek nienachalnym humorem, sprawia, że chętnie śledzę jego kolejne przypadki, nawet jeśli nawet nie muszę specjalnie nagłówkować się, by znaleźć rozwiązanie kryminalnej zagadki.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jens Lapidus "Życie deluxe"

wtorek, 24 grudnia 2013 11:47

Lapidus.jpg

Kto nie ryzykuje, nie pije szampana

 

Jens Lapidus, Życie deluxe, przekł. Paulina Jankowska, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2013, ss. 591.

 

         Powieść Życie deluxe zamyka Czarną trylogię sztokholmską (wcześniejsze części to Szybki cash i Zimna stal). Powiem wprost: szkoda, że to już koniec tej serii, bo proza kryminalna Jensa Lapidusa jest bardzo solidna, a momentami wręcz porywająca. Ale cóż, wprawdzie coś się kończy, lecz jednocześnie coś innego się zaczyna (że zapodam trywialną frazę), szwedzki pisarz po sukcesie pierwszej trylogii dalej pisze opowieści kryminalne, które – najprawdopodobniej – niebawem zostaną przetłumaczone także na polski.

         W Życiu… Lapidus zmyślnie łączy i domyka wątki rozsnuwane we wcześniejszych odsłonach cyklu. Podobnie jak w nich, również w ostatniej pojawia się cała grupa równie ważnych postaci, po części znanych już czytelnikowi, których historie przeplatają się w mniejszym albo większym stopniu. (Choć można by uznać, że jednak pojawia się w tej trylogii główny bohater, którym jest… Sztokholm, miejski moloch będący siedliskiem rozpanoszonego Zła.) Któż to taki? Między innymi Natalie, córka szefa serbskiej mafii trzęsącej sztokholmskim półświatkiem, która po zamordowaniu ukochanego papcia próbuje zapanować na rozpadającym się przestępczym imperium i zemścić się. JW, niegdyś dealer narkotyków zaopatrujący sztokholmską złotą młodzież, teraz spec od finansowych przekrętów, piorący brudną forsę na ogromną, międzynarodową skalę. Jorge, drobny bandyta z emigranckiej rodziny, któremu zamarzył się skok życia. Hägerström, policjant pochodzący z arystokratycznej rodziny, który zaczyna, jako agent działający pod przykrywką, niebezpieczną grę operacyjną, mającą na celu wystawienie JW i jego wspólników.

         Jak zwykle Lapidus opisuje zderzanie się, walkę różnych światów i środowisk. Złe dzielnice, pełne biedy i drobnych przestępców (zwykle emigrantów) vs. miejsca dzieci szczęścia z bogatego centrum. Ludzie, którzy z racji urodzenia na starcie mają wszystko , czego im potrzeba vs. biedacy, emigranci i prowincjusze, którzy chcą wskoczyć na poziom życia deluxe (cokolwiek to dla nich znaczy). Svenne, czyli rodowici Szwedzi vs. blatte, czyli szwedzcy obywatele pochodzący z innych krajów (najczęściej o ciemniejszej karnacji skóry)… Autor Zimnej stali pokazuje Sztokholm jako arenę starć o władzę, prestiż, pieniądze albo nadzieję na choćby trochę lepsze życie. Aby wygrać, trzeba zaryzykować, bo jak wiadomo: „kto nie ryzykuje, nie pije szampana”. Nie zawsze się to opłaca, bo przecież, jak to bywa w grze o wszystko, nie wszyscy mogą być zwycięzcami. Jednak – co ciekawe – większość przestępstw, w dodatku tych najpoważniejszych, uchodzi bohaterom Życia… płazem. Lapidus podkreśla słabość i niewydolność szwedzkiego państwa i jego instytucji mających stać na straży prawa (i chyba coś na ten temat wie, bo z zawodu jest adwokatem broniącym w sprawach karnych), które nie są w stanie poradzić sobie nie tylko z wyrafinowanymi zbrodniami piekielnie inteligentnych ludzi w białych kołnierzykach, ale choć nawet z jednoznacznym udowodnieniem winy w zwykłych – zdawać by się mogło – sprawach rabunków i morderstwo. Znamienne jest, że ze wszystkich, którzy popełniali przestępstwa, najsurowiej zostaje ukarany nie ścigany, ale ścigający, czyli Hägerström, ten, który działał w imię prawa, ale został wystawiony do odstrzału przez dbających wyłącznie o własne interesy przełożonych. Zresztą, jak mi się zdaje, rozpoznania autora Szybkiego cashu tyczą nie tylko rodzinnego kraju autora, ale w ogóle wszystkich rozwiniętych państw Zachodu.

         Lapidus pełnymi garściami czerpie z tradycji prozy kryminalnej, choćby z kryminału noir, co szczególnie widoczne jest w opisie przestrzeni miejskiej, czy też klasycznego kryminału szwedzkiego, mocno eksponującego tematykę społeczno-polityczną. Jednak jak na kryminał skandynawski, powieści tego pisarza są dosyć specyficzne. Przede wszystkim z dwóch względów. Wielowątkowa fabuła z mnogością bohaterów wymusza dużą dynamikę fabuły, przez co książki Lapidusa bliższe są amerykańskiej prozie kryminalnej niźli szwedzkiej – czy ogólnie skandynawskiej. Powieści Mankella czy Läckberg (a także innych Skandynawów) pisane są zazwyczaj stylem dosyć przezroczystym, który nie stawia większego oporu czytelnikowi, bliskim normie języka literackiego. Natomiast język prozy Lapidusa jest bardzo żywy, maksymalnie uwspółcześniony. Autor chętnie sięga po frazy z języka potocznego i popkulturalnego, posługuje się rozmaitymi slangami, próbując także w ten sposób przybliżyć specyfikę odmiennych grup i środowisk. Niewiele jest w tej prozie sążnistych opisów i rozlewnych zdań, złożonych jak machinacje JW. Lapidus stawia na proste zdania i frazy, dobitne, mocne, czasami brutalne jak cios pięścią prosto w twarz. Ma to swój urok i – jak sądzę – dobrze pasuje do opowiadanych przez autora Życia… historii.

         Warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden wątek obecny w ostatniej powieści Lapidusa – policjant Hägerström jest gejem. Z jednej strony, nic to nowego, bo tego rodzaju postaci pojawiały się już wcześniej w skandynawskiej prozie kryminalnej, czego dowodem jest choćby seria powieści Anne Holt , w której główną bohaterką jest policjantka-lesbijka… Tyle tylko że autor Życia… ujął wątek odmiennej orientacji seksualnej bohatera dosyć przewrotnie. Hägerström, facet z dobrej, a nawet bardzo dobrej rodziny, robi wszystko, by nie „wyjść z szafy”. Przeżywa rozterki, gdy sypia z przestępcą, pociągającym Latynosem, ryzykując powodzenie swojej tajnej misji. Koniec końców okazuje się jednak, że i tak wszyscy wiedzieli, że Hägerström jest gejem, czego bohater nie był świadomy.

         Trylogia kryminalna Lapidusa, mimo drobnych usterek (pewne dłużyzny w ostatnim tomie) dała mi naprawdę wiele lekturowej frajdy. Naprawdę nie mogę się doczekać na następne książki tego autora.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jo Nesbø, "Policja"

wtorek, 17 grudnia 2013 18:51

 

Nesbo_po.jpg

Mistrz zmyłek

 

Jo Nesbø, Policja, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013, s. 470.

 

         Jo Nesbø jest – jak dla mnie – największym spośród współczesnych autorów kryminałów mistrzem zmyłek. Nie dość że norweski pisarz tworzy bardzo skomplikowane intrygi, to jeszcze wplata w nie piętrowe twisty. Zwodzi przez to czytelników, jednocześnie perfekcyjnie panując nad ich emocjami. To nie lada sztuka! Końcówka Policji nawet mnie zupełnie zbiła z tropu. Zresztą, podobnie jak początek tej powieści.

         Zakończenie poprzedniej części serii o Harrym Hole, Upiorów, sugerowało, że niesforny, były już, policjant tym razem nie wyjdzie cało z kolejnej kryminalnej afery. A tu niespodzianka! Hole, mimo ciężkich ran, przeżył, a do tego ma się wręcz świetnie. Poradził sobie z alkoholowymi demonami, planuje spokojne życie u boku kochanej kobiety. Oczywiście, do czasu. Ktoś morduje policjantów, którzy brali udział w dochodzeniach w niewyjaśnionych sprawach. Policja z Oslo drepcze w miejscu, więc pojawia się pomysł: na kłopoty – Hole. Koniec końców Harry dopadnie seryjnego zabójcę, ale będzie zmuszony zaryzykować życie nie tylko swoje, ale również swoich bliskich.

         Nesbø jest nie tylko specjalistą od zmyłek, ale także ciekawym diagnostą stanu norweskiego społeczeństwa. Bogatą Norwegię postrzega się niemal jako raj na ziemi, ale autor Policji pokazuje mroczną stronę tego kraju: brutalne zbrodnie, wszechobecne narkotyki, korupcja, bezwzględne rozgrywki o wpływy i władzę… Dobro i zło rozmyły się w szarej strefie moralnego relatywizmu. W prozie Nesbø niemal każdy z głównych bohaterów ma coś na sumieniu. I nie są to wcale drobne przewiny w rodzaju unikania płacenia mandatów.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Janusz Głowacki "Przyszłem..."

poniedziałek, 16 grudnia 2013 0:06

Glowacki.jpg

Gadający pomnik, czyli wersje

 

Janusz Głowacki, Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy, Świat Książki, Warszawa 2013, ss. 239.

 

         Prawdę powiedziawszy, nie wybierałem się do kina na film Andrzeja Wajdy Wałęsa. Człowiek z nadziei. Przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, niespecjalnie poważam kino tzw. późnego Wajdy. Po drugie, z informacji o tym filmie, jakie do mnie docierały, wynikało, że raczej nie dowiem się z niego na temat byłego prezydenta nic, czego bym już wcześniej nie wiedział. Za to chętnie sięgnąłem po nową książkę Janusza Głowackiego, scenarzysty tegoż obrazu, Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy. I to wcale nie dlatego, że spodziewałem się znaleźć w tym tekście pikantne szczegóły trudnej i żmudnej (ponoć) współpracy niepokornego pisarza z wielkim reżyserem. Zwyczajnie lubię ironiczno-melancholijny styl prozy Głowackiego, cenię go jako nie lada jakiego gawędziarza, jakich coraz mniej jest w naszej prozie. I mniejsza nawet o tym, na jaki temat akurat snuje opowieść.

         Głowacki we Wprowadzeniu do książki zaznacza, że napisał ją głównie po to, aby „ze dwadzieścia scen, co je napisałem, i parę pomysłów”, które wypadły z filmu, jednak przedstawić czytelnikom. Cóż, wiadomo przecież, że trud scenarzystów filmowych bywa niedoceniany i… daremny. I fakt – Przyszłem… jest na podstawowym poziomie historią o – jak precyzuje podtytuł książki – powstawaniu scenariusza filmu, opowieścią o kulisach pracy scenarzysty. Zderzanie się wizji filmu, kolejne mniej lub bardziej intrygujące pomysły, pisanie scen bez pewności, czy do czegoś się przydadzą, poprawki, poprawki poprawek i poprawianie tego co już wielokroć było zmieniane… To oczywiście ciekawe, ale głównie dla osób interesujących się filmem. Na marginesie, Głowacki na szczęście nie wszedł w rolę skrzywdzonego scenarzysty, który ma za złe reżyserowi, że ten zignorował niektóre proponowane przez współpracownika rozwiązania. W Przyszłem…wpisany został wprawdzie – by tak rzec – protokół rozbieżności, ale pozbawiony jadu. Zdziwiło mnie jedynie, że pod koniec pracy nad filmem Głowacki i Wajda nie rozmawiali ze sobą twarzą w twarz, tylko porozumiewali się listownie. Ale – rozmaite bywają systemy współpracy.

         Jednak jak dla mnie co innego warte jest uwagi w nowej książce Głowackiego. W tle opowieści o zmaganiach ze scenariuszem filmu, autor pisze o samym Wałęsie i o czasach, w których były prezydent żył i żyje. Płynnie przechodzi od szczegółu do ogółu. W tekście pełno jest – jak zwykle w prozie autora Z głowy – drobnych historyjek i anegdot z ostatnich dwudziestu lat nieboszczki Ludowej i z czasów III RP. Głowacki pisze między innymi o rozpaczliwym pijaństwie w PRL-u, ówczesnych obyczajach kolejkowych, ale też o działaniach „ludu smoleńskiego”, którego, tworząc scenariusz do Wałęsy…, stał się wrogiem. Co jakiś czas pozwala sobie na uogólnienia w rodzaju: „Bo coś takiego jest nad Wisłą, że my bardzo lubimy kogoś podrzucać do góry, a potem upuścić i wdeptać w ziemię, ale po ludzku, tak żeby włosy wystawały”.

Jeśli idzie o samego Wałęsę – jasne, postać to niejednoznaczna, wciąż wzbudzająca emocje, które szybko – jak mi się wydaje – nie opadną. Postać mocna – na wszelkie sposoby. Taką osobowość trudno ująć w prostą narrację (i to pewnie był główny problem Wajdy, jak i piszącego scenariusz), tym bardziej że – jak pisze Głowacki – „To pomnik, który niestety wciąż gada”. Ale fundamentalna niejednoznaczność – jak zdaje się sugerować autor Przyszłem… – wpisana jest także w historię ostatnich dziesięcioleci naszego kraju i jej ocenę. Po latach różni ludzie postrzegają/pamiętają te same wydarzenia zupełnie inaczej. A już współczesne interpretacje tych wydarzeń to zupełnie inna bajka (czasami – z mchu i paproci…), bo spaczone bywają polityczno-ideologicznymi formatami tworzonymi na potrzeby chwili i walk o władzę. Głowacki pokazuje, jak tzw. prawda historyczna zamienia się w wirówkę (nonsensu) kolejnych, nowych, lepszy wersji prawdy, jak jest używana i nadużywana dla uzyskania doraźnych korzyści. Pisarza taka sytuacja niepokoi, może nawet przeraża, jednak próbuje ratować się tym, czym ratuje się zwykle: dystansem i ironią.

Na pozór książka Przyszłem… jest jedynie literackim drobiazgiem, tekstowym odpryskiem filmowych zajęć autora. Można jednak odczytać ją także jako dosyć zgryźliwy komentarz tego, co obecnie dzieje się w Polsce i z Polską. I w takim odczytaniu tekst wygląda naprawdę interesująco.

         A na koniec… Na film Wałęsa. Człowiek z nadziei wciąż się nie wybieram.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Andrzej Dziurawiec "Bastard"

piątek, 13 grudnia 2013 19:16

Bastard.jpg

 

Niespokojny, poobijany emeryt

 

Andrzej Dziurawiec, Bastard, W.A.B., Warszawa 2013, ss. 426.

 

         Większość autorów kryminałów stawia na pisanie jasnych, zwartych historii. Opowieść o zbrodni prosta jak drut, jeden zgnębiony stróż prawa, który ostatkiem sił jednak rozwiązuje skomplikowaną sprawę. Takie, zwykłe schematy… Jedynie nieliczni chcą i potrafią skroić wielowątkowe intrygi, pełne przeplatających się opowieści. Ta sztuka udała się Andrzejowi Dziurawcowi w powieści Bastard, co jest o tyle warte podkreślenia i nagrodzenia dobrym słowem, że ten pisarz i scenarzysta filmowy po raz pierwszy przymierzył się do pisania kryminału.

         Wątkami z tej powieści można by spokojnie obdzielić kilka książek. Bo czegóż tu nie ma!? Są gry operacyjne obcych wywiadów i nieczyste machinacje ludzi chcących przejąć atrakcyjną nieruchomość w centrum Warszawy, jest historia znanego arystokratycznego rodu sięgająca wieki wstecz i opowieść o krwawej zemście po latach… A to jeszcze nie wszystko. Seria brutalnych morderstw wstrząsa stolicą. Wszystko wskazuje na to, że jest to „dzieło” jakiegoś obłąkanego rasisty. W sensowność tej hipotezy nie wierzy Szubert, świetny, choć już emerytowany policjant, który zostaje włączony do sprawy. Nim dopadnie seryjnego zabójcę nie raz, nie dwa dostanie łomot i narazi nie tylko własne życie. A do tego musi jeszcze współpracować z wrednym kolegą z policji, Szumanem.

         Głównym bohaterem powieści zdaje się Szubert. Na pozór to zwykły glina po przejściach, ale tylko na pozór. Trochę za bardzo popija, ma niezbyt unormowane „życie emocjonalne i uczuciowe”. Ale to przede wszystkim dlatego, że jest całkowicie „spacyfikowany” przez córkę, najważniejszą osobę w jego życiu. Jednak w gruncie rzeczy w Bastardzie mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym. Szuman, zresztą mąż byłej żony Szuberta, robi za złego, ale skutecznego glinę. Pewna urocza policjantka miesza w głowie głównego (chyba) bohatera. Do tego jest jeszcze wielce malownicza postać przyjaciela Szuberta, czyli Matusza Soltan-Puńskiego, persony niczym żywcem wyjętej z opowieści o dandysach i utracjuszach przełomu XIX i XX wieku. Cała galeria niebanalnych, przemyślanych i dobrze poprowadzonych postaci pierwszego, a nawet drugiego i trzeciego planu to duża wartość Bastarda.

         Przyznam szczerze, po lekturze pięćdziesięciu stron powieści Dziurawca przemknęło mi przez myśl: To nie może się udać. Za dużo domagających się uwagi postaci, za wiele wątków, cała masa szczegółów, na które czytelnik musi zwracać uwagę. Ale jednak autor Bastarda poradził sobie z całym tym zamieszaniem. Wszystkie elementy tej powieści pasują do siebie jak dobrze wykrojone puzzle.

         Do tego dochodzi coś jeszcze, co zwę literacką ogładą. Autorzy kryminałów zwykle posługują się „stylem zero”, przezroczystym i nijakim. Mało który z nich – wyjątkiem jest Marcin Wroński – próbuje wypracować własny, rozpoznawalny „dukt” pisma. Dziurawiec ma styl nie lada jaki – i choćby dlatego warto zajrzeć do Bastarda.

         Nie do końca wiem, czy bohaterem kolejnego kryminału Dziurawca będzie Szubert. Oby. Ale mniejsza o to. Nawet gdyby głównym bohaterem kolejnej powieści tego autora miałby być dog Mateusza, warto będzie po nią sięgnąć.


Podziel się
oceń
13
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

piątek, 24 marca 2017

Licznik odwiedzin:  104 165  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 104165

Lubię to