Bloog Wirtualna Polska
Są 1 234 932 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Aida Amer, "Rantis"

poniedziałek, 31 grudnia 2012 19:54

 

Pieśń o końcu świata

 

Aida Amer, Rantis, Wydawnictwo AMEA, Liszki 2012, ss. 250.

 

         Prawdę powiedziawszy, nie spodziewałem się, że ktoś wpadnie teraz na koncept napisania książki takiej jak Rantis, ostentacyjnie staroświeckiej, w specyficzny sposób wyciszonej, ukazującej zamierzchłe światy, a jednocześnie tak uroczej w namacalności opisów (choć, zdaję sobie sprawę, akurat słowo „urocze” niezbyt przystaje do tej książki). Aida Amer coś takiego zrobiła – i chwała jej za to! – tym bardziej że skreśliła naprawdę wyborną prozę. Gdyby miał wskazać intertekstualne podglebie tej książki, to wymieniłby przede wszystkim cykl powieściowy Piotra Szewca, zapoczątkowany powieścią Zagłada (1987), pisarza, który jak mało kto potrafił oddać realia małego, lokalnego świata (w przypadku prozy Szewca jest to przedwojenny Zamość) tuż przed jego ostatecznym zniszczeniem. Bo też Amer snuje specyficzną pieśń/opowieść o zagładzie „małej ojczyzny”.

         Akcja powieści Amer rozgrywa się w wyimaginowanym palestyńskim miasteczku na przestrzeni kilkudziesięciu lat, począwszy od głębokiego przedwojnia, a na fabułę składa się zarówno etnograficzny konkret, przybliżający specyfikę funkcjonowania lokalnej społeczności, jak i zmyślenie – podania i baśnie. Amer postawiła na strategię podobną jak Szewc, zestawiając mikro opowieści tyczące losów poszczególnych mieszkańców tytułowego Rantis. A są to typy rozmaite, mniej lub bardziej barwne: dwaj bracia z rodu Amer Khalaf, miejscowi bogacze a zarazem liderzy społeczności, sklepikarz, który z bronią w ręku walczy o prawa Palestyńczyków, dziewczyna potrafiąca snuć opowieści niczym Szeherezada i jej odklejony od rzeczywistości przyjaciel, „brzydki chłopak z krzywymi zębami”, miejscowa znachorka, swatka i powiernica tajemnic w jednym… cała galeria rozmaitych postaci poprzez które Amer ukazuje historię palestyńskiej mieściny.

         Jako się rzekło, Rantis jest opowieścią o zagładzie. Oczywiście, odpowiedzialne są za nią przede wszystkim geopolityka do spółki z „historią spuszczoną z łańcucha”. W tle opowieści o codziennych perypetiach mieszkańców Rantis pojawiają się informacje o żydowskich osadnikach czy politycznych zawirowaniach wokół terenów palestyńskich. Początkowo prawie nikt z miasteczka nie traktuje ewentualnego zagrożenia poważnie, ale koniec końców zło i gwałtowna śmierć przekraczając niewysokie, kamienne murki miasteczka, stopniowo niszcząc go. Ślady rozpadu pojawiają się także na innej płaszczyźnie. Europejska nowoczesność zaczyna odciskać coraz mocniejsze piętno na lokalnej społeczności, stopniowo podważając prawa i zasady, które obowiązywały w niej przez wieki. Przykładem jest historia Bahiyi, młodszej siostry braci Amer, która sprzeciwiła się dyktatowi mężczyzn, odmówiła wyjścia za mąż i uciekła do Egiptu, by tam kształcić się na uniwersytecie.

          Rantis jest na poły realną, na poły baśniową opowieścią o świecie, którego już nie ma, w której autorka starała się, jak potrafiła, dystansować od polityki, bolesnych problemów Palestyńczyków, które do tej pory nie zostały rozwiązane i zapewne rozwiązania szybko nie znajdą (niestety). Nie do końca się to Amer udało, w ostatnich partiach powieści nazbyt przesącza się do tej prozy publicystyka, zbyt wiele jest żalu i emocji komunikowanych otwartym tekstem. Inaczej rzecz ujmując, ta delikatna, finezyjna opowieść pod koniec nieco zgrzyta. Nie odbiera to jednak – moim zdaniem – wartości tej książce. Czytając ją, prawie poczułem zapachy i smaki egzotycznego świata, którego już nie ma. Niewielu naszych autorów umie i chce pisać podobną prozę.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Christer Mjåset, "Lekarz, który wiedział za dużo"

czwartek, 27 grudnia 2012 21:35

 

Nie wierz nigdy… lekarzowi

 

Christer Mjåset, Lekarz, który wiedział za dużo, przekł. Dorota Polska, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2012, ss. 449.

 

         Gdyby istniało coś w rodzaju dekalogu współczesnych polskich wydawców, na pewno jedno z przykazań brzmiałoby: „Nie będziesz prowadził wydawnictwa bez serii ze skandynawskimi kryminałami”. Nic więc dziwnego że w miarę nowa na naszym rynku oficyna Smak Słowa również postanowiła otworzyć serię kryminalną Mroczny zaułek tomem skandynawskim, a dokładniej – norweskim. Choć w tym przypadku – jak sądzę – nie idzie tylko i wyłącznie o wykorzystywanie boomu na kryminalnych Skandynawów, bo sopockie wydawnictwo już wcześniej publikowało tłumaczenia z norweskiej prozy, choć akurat nie spod znaku zbrodni i trupów.

         Powieść Christera Mjåseta reklamowana jest jako „kryminał medyczny”, z drugiej jednak strony redaktorzy Smaku Słowa zapowiadają, iż „w Mrocznym zaułku krew może nie będzie się lała litrami (…)”. Jak to przetłumaczyć z promocyjnego na nasze? Otóż, książka Lekarz, który wiedział za dużo jest powieścią obyczajową z życia medyków z wyrazistym wątkiem kryminalnym, napędzającym fabułę. Mads Helmer, młody chirurg po przejściach (przyczynił się do śmierci dziecka na stole operacyjnym), zostaje zesłany do prowincjonalnej, wyspiarskiej gminy Hitra, by tam prowadzić praktykę jako lekarz rodzinny. Kiepsko odnajduje się w tej roli, tym bardziej że ma nad sobą apodyktycznego, dobrze osadzonego w realiach lokalnej społeczności Starego Doktora, czyli Aldusa Caroliussena. Ten jednak ginie w wypadku samochodowym, a Mads zostaje jedynym łapiduchem na całą okolicę. Urocza, acz – jak się okaże – mroczna córka Starego Doktora wciąga Helmera w nieformalne śledztwo, sugerując, że śmierć Caroliussena nie była dziełem przypadku. Im więcej Mads grzebie w przeszłości byłego szefa, tym bardziej niepokojących rzeczy się dowiaduje. Koniec końców będzie zmuszony odkryć liczne tajemnice leciwego lekarza, ale również walczyć wbrew wszystkim (prawie wszystkim) o własną przyszłość – nie tylko jako medyka.

         Są w tej powieści zbrodnie i przestępstwa, jest kilka trupów, parę pobić i do tego podpalenie, z którego Helmer ledwo lewdo uchodzi z życiem. Choć w tej powieści kryminalia są – jak na moje oko – drugorzędne. Najważniejsza jest historia głównego bohatera, ujęta w sposób dynamiczny, ukazująca jego przemianę. Na wejściu Helmer jest typową „sierotą”, doświadczoną przez los i biologię. To dobry, świetnie wykształcony, empatyczny lekarz, który jednak ma spore problemy z samym sobą. Cierpi na epilepsję, co sprawia, że jest nieśmiały, niepewny siebie, zahukany, ma problemy w relacjach z innymi ludźmi, którym pozwala sobą sterować. Prowadzone przez niego nieformalne śledztwo, które zbliża go ku sytuacjom granicznym, sprawia, że krzepnie i jako lekarz, i mężczyzna. Inaczej rzecz ujmując, na wyjściu Helmer jest już innym człowiekiem, który potrafi radzić sobie – skutecznie – z własnymi demonami. Ciekawie wygląda również tło opowieści zawartej w Lekarzu… W przypadku skandynawskiej prozy kryminalnej – czy para-kryminalnej – dobrze sprawdzają się te, osadzone w miejscach nieoczywistych, prowincjonalnych. Przekładem jest chociażby cykl Szweda Johana Theorina, którego akcja rozgrywa się na Olandii. Podobnie jest u Mjåseta, opis Hitry, znanej z hodowli łososi, ma swój urok i smak. Niekoniecznie tylko ryb.

         Koniec końców… Być może Lekarz… nie jest powieścią dla zdeklarowanych fanów twardych kryminałów. Prawdopodobnie nie powinni jej czytać polscy pacjenci, których wiara w rodzimą – za przeproszeniem – służbę zdrowia i tak nie jest zbyt wielka. Ale to naprawdę solidny kawałek prozy.


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Tomasz Jamroziński, "Schodząc ze ścieżki"

poniedziałek, 24 grudnia 2012 13:08

 

Stare kwity

 

Tomasz Jamroziński, Schodząc ze ścieżki, Wydawnictwo Oficynka, Gdańsk 2012, ss. 484.

 

         Częstochowa kojarzy się ze świętością i religią a nie ze zbrodnią, dlatego pewnego posmaku pikanterii nabiera fakt, że miasto obrazu cudami słynącego zaczyna zajmować coraz mocniejszą pozycję na mapie rodzimej prozy kryminalnej. Do Aleksandra Wiernego, który niedawno opublikował powieść Teraz, dołączył Tomasz Jamroziński, jeśli chodzi o kryminał – absolutny debiutant. Kto zacz? Jamroziński wcześniej zajmował się (i wciąż się zajmuje) pisaniem wierszy. Przechodzenie (nie tak znowu rzadkie w ostatnich latach) poetów na prozatorską stronę mocy w wielu przypadkach kończy się spektakularną porażką. Jak jest w przypadku autora Schodząc ze ścieżki? I na to pytanie odpowiem – ale po kolei.

         Początkowo miałem niejakie problemy z lekturą Schodząc ze ścieżki, trochę przeszkadzał mi nadmiar stosowanych z lubością przez Jamrozińskiego środków stylistycznych, jednak mniej więcej po pięćdziesięciu stronach „kupiłem” ten sposób opowiadania, tym bardziej że opowieść, z którą częstochowski pisarz przyszedł do czytelnika, jest całkiem niczego sobie. Młody i ambitny aspirant Bartosz Zdaniewicz przypadkowo trafia na resztki kwitów głośnej przed laty sprawy: jedenaście lat wcześniej w Częstochowie na brzegu glinianki o uroczej nazwie Michalina w bestialski sposób zostało zamordowanych dwóch nastolatków. Śledztwo zamknięto wtedy błyskawicznie, „przybijając” zbrodnię zapijaczonemu menelowi, który zmarł tuż po przesłuchaniu. Ze starych kwitów wynika jednak, że prawda o tej zbrodni wygląda zupełnie inaczej. Aspirant razem ze swoim policyjnym mentorem, komisarzem Andrzejem Wołoszynowem, zaczynają nieoficjalnie zajmować się tą sprawą, początkowo dosyć niemrawo i ostrożnie, bo też przypadek jest delikatny – w końcu wszystko wskazuje na to, że mogą odkryć nieprawidłowości we własnej firmie. Akcja nabiera tempa, gdy ginie bliska Bartoszowi osoba, a on sam ma coraz mocniejsze przekonanie, że ktoś wplątał go w niebezpieczną, przewrotną grę.

         Jamroziński bez wątpienia dobrze przygotował się do pisania debiutanckiego kryminału, zapoznał się ze specyfiką policyjnej roboty w Polsce, naczytał kryminalnej klasyki, chętnie sięgając po sprawdzone schematy i patenty. Raz przynosi to lepsze efekty, innym razem – gorsze. Mocną stroną Schodząc ze ścieżki jest duetów głównych bohaterów, Wołoszynow-Zdaniewicz. Takich par zarówno w powieściach kryminalnych/sensacyjnych, jak i filmach było już wiele, ale postaci wykreowane przez częstochowskiego autora mają swój urok. Wszeteczny, dodam. Wołoszynow to typowy gliniarz po przejściach, zapijaczony, z niezaleczoną do końca traumą po tragicznej śmierci swojej córki. Zdaniewicz próbuje znaleźć swoje miejsce w policyjnym światku, jednocześnie rozplątując skomplikowane związki z kobietami. Ani jeden, ani drugi nie mają łatwo, ale nie należą do stowarzyszenia policyjnych frustratów. Ratuje ich – jakżeby inaczej – praca, dystans do świata i inteligencja, widoczna przede wszystkim w brawurowych dialogach między nimi. Trzymanie się schematów przynosi u Jamrozińskiego gorsze efekty w kompozycji intrygi kryminalnej, zakończenie szaleńczego śledztwa Zdaniewicza jest przewidywalne aż do bólu, nie miałem też większych problemów ze znalezieniem odpowiedzi na kluczowe pytanie: kto zabijał?, bo autor rozrzucił w tekście nazbyt wiele wyraźnych wskazówek, jakby nie ufał w zdolności dedukcyjne czytelników.

         Warto również zwrócić uwagę na wpisany w tło Schodząc ze ścieżki obraz Częstochowy. To miasto ma bardzo wyrazisty, jasno określony wizerunek. Jamroziński zaś próbuje pokazać jego mroczne rewiry („Strzeż się tych miejsc”, jak śpiewał Lech Janerka…) i środowiska, wprowadzając – podam jeden przykład – choćby motyw grupy swingersów z Częstochowy.

         Koniec końców, w debiutanckim kryminale Jamrozińskiego znalazłem więcej plusów niż minusów, autor dał mi całkiem sporo lekturowej frajdy… Mam nadzieję – pewnie nie tylko ja – że Wołoszynow i Zdaniewicz jeszcze powrócą. Szkoda zmarnować taki duet.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Katarzyna Bonda "Florystka"

poniedziałek, 17 grudnia 2012 11:09

 

Zabójcze uczucia

 

Katarzyna Bonda, Florystka, Videograf, Chorzów 2012, ss. 609.

 

         Kryminalna ściana wschodnia – wcześniej mocno zaniedbywana – ma się z roku na rok coraz lepiej. To już nie tylko osamotniony Marcin Wroński z wyraźną pasją opisujący przedwojenny Lublin, ostatnio dołączyli do niego choćby Tomasz Sekielski, który część akcji debiutanckiego thrillera Sejf osadził w realiach Podlasia, czy Katarzyna Bonda, która we Florystce przeflancowała śląskiego profilera Huberta Meyera do Białegostoku. I dobrze, bo ileż w końcu kryminalnych historii można umieścić w przestrzeni Krakowa, Warszawy czy Wrocławia?!

         Florystka jest trzecią, po Sprawie Niny Frank i Tylko martwi nie kłamią, powieścią Bondy z serii o Meyerze. Tym razem nieco zadufany w sobie profiler jest na skraju upadku. Niezbyt fortunnie poprowadzone śledztwo skłoniło go do rezygnacji z pracy w policji. Zaszył się w mazurskim domku swoich rodziców, by kontemplować porażkę. Ale, oczywiście, do czasu. Znajomek sprzed lat prosi go o włączenie się w sprawę zaginionej dziewczynki z Białegostoku. Meyer zgadza się pomóc, nie wiedząc, że pakuje się na sprytnie zamaskowaną minę. Profiler, aby ocalić resztki dobrej reputacji, będzie musiał się nieźle nakombinować, w czym po części przeszkadza, po części pomaga mu była kochanka.

         Jak zwykle w prozie kryminalnej Bondy mocną stroną są ciekawi, dobrze poprowadzeni bohaterowie. I nie chodzi w przypadku tej powieści tylko i wyłącznie o borykającego się z poważnymi problemami zawodowymi i osobistymi Meyera, czy jego starego kumpla z białostockiej komendy Domana, twardego glinę o posturze dobrotliwego misia. Najistotniejsze – jak na moje oko – są w tym tekście postaci matek zmagających się z traumą spowodowaną utratą dziecka. To przypadek tytułowej florystki, niezwykle utalentowanej, wrażliwej kobiety, która poświęciła się wychowaniu ukochanego syna, którego koniec końców straciła w tragicznych okolicznościach, co doprowadziło ją na skraj choroby psychicznej. Podobnie jest w przypadku matki zaginionej, a potem, jak się okazuje, zamordowanej (nie zdradzam chyba zbyt wiele…) dziewczynki, młodej Cyganki, której przychodzi boleśnie płacić za nietrafione życiowe wybory. Bo też Florystka, oprócz tego że to powieść kryminalna, jest historią o żałobie po stracie bliskich osób, która jeśli trwa zbyt długo, może całkowicie zniszczyć życie tych, którzy muszą się z nią zmagać.

         Mój podziw budzi też rozmach fabularny nowej powieści Bondy, rzecz nie tak znowu powszechna w rodzimej prozie kryminalnej. Czegóż w tej książce nie ma!? Są mazurskie klimaty, naukowcy hodujący wilki, realny obraz Białegostoku i mroczne wizje oniryczne, jest hermetyczny światek Cyganów, są opowieści o muzyce i kwiatach, jest w końcu cała masa postaci równie istotnych jak główny bohater całego cyklu. Jak sądzę, nie było łatwo zespolić tak rozmaitą materię w zgrabną tekstową całość. Bondzie się to jednak udało.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Aleksander Wierny, "Teraz"

czwartek, 06 grudnia 2012 15:43

 

Kryminalny model do składania

 

Aleksander Wierny, Teraz, Wydawnictwo Oficynka, Gdańsk 2012, ss. 168.

 

         Ile kryminału powinno być w kryminale, aby kryminałem wciąż pozostał? Takie oto pytanie męczy mnie, odkąd przeczytałem nową powieść Aleksandra Wiernego Teraz. Choć – mam tego świadomość – być może niepotrzebnie dzielę włos na czworo… W końcu współczesny kryminał przyzwyczaił już nas, że nader często wychyla się ku formom nieoczywistym, zmieszanym, pogranicznym. Taka na przykład trylogia Marcina Świetlickiego nie ma przecież z klasycznym kryminałem zbyt wiele wspólnego, jest raczej tekstem kryminałopodobnym (i nie, nie używam tego określenia w znaczeniu pejoratywnym, prozę autora Dwanaście uwielbiam pasjami). Poza tym Wierny od samego początku, czyli od debiutanckiej powieści Światło, rozwijał w swojej prozie dosyć specyficzną odmianę prozy kryminalnej. Można ją – tako rekomenduje się książkę na czwartej stronie okładki nowej książki – określić jako metafizyczną. Choć to pewnie tylko część prawdy. Na szczęście.

         Rzecz dzieje się w – jako śpiewał Muniek Staszczyk – „mieście świętej wieży”. Kilka osób, które, oględnie mówiąc, niezbyt dobrze radzą sobie w życiu, dostaje ofertę pracy w dosyć podejrzanej firmie. Wątpliwości wątpliwościami, ale kasa kasą, przyjmują propozycję, co oczywiście będzie miało swoje – bardzo nieprzyjemne – konsekwencje. Jest w Teraz broń, która wypala, są trupy, jest nawet policjant, który niespecjalnie umie poradzić sobie z nietypowym „kejsem”. Ale jak na mój gust intryga kryminalna, czy raczej – prawie kryminalna, ma w tej powieści drugorzędne znaczenie. O ile w zwyczajnym kryminale (pomijam mutacje, w których kryminał pomieszany jest z horrorem czy fantastyką) elementami układanki są rzeczywiste wydarzenia, mocno osadzone w „tu i teraz” albo w realiach historycznych, o tyle u Wiernego czytelnik, aby znaleźć rozwiązanie zagadki, musi odnieść się do sfery symbolicznej. A przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie, kim są Krakenfus i Repling, którzy wpływają – bardzo mocno – na losy bohaterów, oraz – oczywiście – jak cała opowieść ma się do realnej i symbolicznej przestrzeni Częstochowy.

         Teraz to nie tyle kryminał sam w sobie, co raczej – by tak rzec – kryminalny model do składania. Wierny szkicuje opowieść, zarysowuje sylwetki bohaterów, wplątując ich w niejasną intrygę. Właściwie każdy może ją zinterpretować, jak chce. Możliwości odczytania, wpisanych w tę powieść, jest naprawdę wiele. Inna sprawa, czy zdeklarowani wielbiciele kryminałów będą chcieli się w takie układanki bawić. Mam nadzieję, że tak, frajda może być spora. Na szczęście – nie zawsze najważniejsze jest, kto zabił i z jakiego powodu.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

piątek, 24 marca 2017

Licznik odwiedzin:  104 162  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 104162

Lubię to