Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 148 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Stefán Máni, Statek

czwartek, 29 grudnia 2011 14:05

 

Stare, ale niezłe -

 

Rejs do piekła

 

Stefán Máni, Statek, przekł. Jacek Godek, W.A.B, Warszawa 2010, s. 426.

 

         Każdy z członków załogi frachtowca „Per Se”, wyruszającego w rejs z Islandii do Surinamu, ma problemy osobiste. Większe lub mniejsze. Sternik z zazdrości zamordował żonę, majtka-hazardzistę ścigają wierzyciele, małżeństwo kapitana rozpada się… A do tego na pokład statku trafia groźny przestępca, umykający przed zemstą kompanów. Żeby tego było mało – wszyscy marynarze mają też wspólny kłopot. Tuż przed wypłynięciem z macierzystego portu załoga dowiaduje się, że najprawdopodobniej niedługo straci pracę. Zdesperowani marynarze postanawiają przejąć na morzu kontrolę nad statkiem, aby z pozycji siły negocjować z pracodawcą. Zaczyna się ryzykowna gra, a zwykły rejs zamienia się w powieści Islandczyka Stefána Mániego w drogę do piekła, której finał (nie zdradzam chyba zbyt wiele) może być tylko jeden: tragiczny.

         Statek jest powieścią wyjątkową, nie tylko dlatego że jej akcja rozgrywa się głównie na oceanie. Islandzki pisarz, który w zeszłym roku gościł na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, zmiksował w niej elementy pochodzące z rozmaitych podgatunków powieściowych. Jest w tej książce po trosze z kryminału, thrillera, horroru, powieści marynistycznej. A w to wszystko autor wplótł jeszcze nawiązania do islandzkich wierzeń i morskich legend. Wszystkie te składniki udało się pisarzowi połączyć w zgrabną całość.

         Proza Mániego jest gęsta i duszna, momentami nawet przytłaczająca czytelnika opisami narastającej grozy i rozpasanego zła. Inaczej być jednak nie może, bo Statek to przede wszystkim opowieść o szaleństwie i Złu, które zagarniają nie tylko ludzi ewidentnie odklejonych od rzeczywistości, jak maszynista Palacz wielbiący Szatana, ale na pozór zupełnie zwyczajnych, normalnych. W powieści Islandczyka szaleństwo żywiołów natury, opisywanych bardzo sensualnie, zderza się z obłąkaniem ludzkich umysłów. Który rodzaj szaleństwa jest bardziej przerażający, niszczący? Łatwo zgadnąć.

         W książce Mániego jest coś z klimatu Jądra ciemności Josepha Conrada. Już to starczy za rekomendację.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jan Costin Wagner, Zima lwów

czwartek, 22 grudnia 2011 16:28

 

Śmierć władców śmierci

 

Jan Costin Wagner, Zima lwów, przekł. Beata Moryl, Wydawnictwo Akcent, Warszawa 2011, s. 286.

 

         Niemiecko-skandynawski autor kryminałów, Jan Costin Wagner powinien być u nas coraz lepiej rozpoznawalny, choćby dlatego że gościł na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu a do tego całkiem niedawno wyszła jego kolejna powieść Zima lwów z cyklu o policjancie, który zwie się Kimmo Joentaa. Dlaczego niemiecko-skandynawski? Bo mimo iż pochodzi z kraju naszego zachodniego sąsiada, akcję powieści umieszcza w Finlandii.

         Tych, którzy znają poprzednie książki Wagnera, Zima lwów niczym nie zaskoczy (ale to żaden zarzut…). Po raz kolejny mamy do czynienia z kryminałem, w którym od policyjnego śledztwa ważniejsze są psychologiczne napięcia między bohaterami. Znowu właściwie od samego początku czytelnik wie, kto i dlaczego zabija. Zostaje zadźgany kolega z pracy Joenty, policyjny medyk. Niedługo potem w ten sam sposób ginie człowiek, zajmujący się przygotowywaniem fantomów trupów na potrzeby filmu. Co ich łączy? Obaj wystąpili w telewizyjnym, bardzo popularnym talk show i nazwani zostali przez dziennikarzy „władcami śmierci”. Po jakimś czasie morderca atakuje również prowadzącego ów program, który jednak cudem uchodzi z życiem. Morderca – a właściwie morderczyni, bo to sprawka kobiety, która utraciła bliskich w katastrofie budowlanej i nie potrafiła pogodzić się ze stratą (motyw straty, trudnej pracy żałoby pojawia się również w Milczeniu Wagnera). Policjanci, z Joentą na czele, długo kręcą się w kółko, próbując ustalić motywy, kierujące mordercą.

         Jako się rzekło, sam opis śledztwa, choć rzetelnie przedstawiony, nie jest w Zimie lwów najistotniejszy. Po raz kolejny Wagner skupia uwagę na głównym bohaterze cyklu. Joentaa należy do kategorii policjantów-dziwaków. Traumatyczne wydarzenie z przeszłości (jego żona zmarła na raka) sprawiły, że jest wycofany, zamknięty w sobie; ma problemy z komunikowaniem się z innymi, co nie ułatwia mu pracy w policyjnym zespole (swoją drogą, jego przełożeni i koledzy wykazują się niebywałą cierpliwością, znosząc dziwactwa Joenty). A do tego posługuje się w pracy dosyć oryginalną metodą, zasadzającą się na intuicji, skojarzeniach, łączeniu informacji, które na pozór nie mają ze sobą nic wspólnego. Na pytania innych policjantów, dlaczego tak a nie inaczej interpretuje pewne fakty, albo dlaczego uważa, że akurat ten wątek śledztwa jest ważny, zwykle odpowiada: „Nie wiem”, mając gdzieś to, że koledzy go nie rozumieją. Zazwyczaj jest przekonany, że ma rację – i robi swoje. Jednak jego pancerz samotności pęka, w dosyć specyficznych okolicznościach poznaje kobietę, która zamieszkuje u niego. A jest to osoba dosyć specyficzna (więcej zdradzić nie mogę).

         W nowej powieści Wagnera policjanci, prowadząc śledztwo, wchodzą w świat współczesnych mediów. Dzięki temu pisarz może opisać i ocenić ich stan, wpływ na rzeczywistość, podobnie zresztą jak wielu autorów skandynawskich. Wagner wzbrania się przed jednoznacznymi ocenami mediów, pokazuje jednak zagrożenia, które pojawiają się w momencie, kiedy pogoń ze newsem, tematem zapewniającym oglądalność staje się ważniejsza niż zwykła ludzka przyzwoitość.

         Jeśli ktoś lubi wyciszone, psychologiczne kryminały, to lektura Zimy lwów na pewno przyniesie mu sporo frajdy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Krzysztof Koziołek, Trzy dni Sokoła

poniedziałek, 19 grudnia 2011 14:08

 

Sokół w odcinkach

 

Krzysztof Koziołek, Trzy dni Sokoła, Manufaktura Tekstów, Nowa Sól 2011, s. 225.

 

          Krzysztof Koziołek nie daje o sobie zapomnieć czytelnikom! Nie tak dawano opublikował powieść Premier musi zginąć, a tuż przed świętami zafundował swoim fanom prezent w postaci książki Trzy dni Sokoła – innej niż poprzednie tego autora kryminałów.

         Pomieszczone w tomie trzy teksty to powieści w odcinkach publikowane wcześniej w prasie i Internecie (choć bogiem a prawdą, to raczej opowiadania a nie powieści, ale mniejsza o genologiczne niuanse…). Powieść w odcinkach jest formą obecnie bardzo rzadko stosowaną, poza tym dosyć wymagającą, ciekaw więc byłem, jak poradził sobie z nią pisarz z Nowej Soli. Zdradzę od razu – całkiem nieźle. Koziołek zdecydował, aby umieścić w książce teksty w prawie niezmienionej wersji, co ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony, takie rozwiązanie pozwala wniknąć czytelnikowi w specyfikę powieści w odcinkach, z drugiej – może drażnić mnogością powtórek (o czym zresztą Koziołek lojalnie uprzedza w słowie od autora). Ale – jako się rzekło – plusów jest raczej więcej niż minusów.

         Głównym bohaterem owych trzech tekstów (Trup w winnicy, Ostateczna rozgrywka, Zemsta absolutna) jest dziennikarz Andrzej Sokół, znany z wcześniejszych powieści Koziołka (Droga bez powrotu,   Miecz zdrady). Pisarz po części rozwija znane już historie przypadków lubiącego pakować się w kłopoty dziennikarza, ale też dorzuca opowieści o zupełnie nowych jego przygodach.

         A wracając do plusów i minusów… W Trzech dniach Sokoła znalazłem to, za co lubię pisanie Koziołka: akcję szybką jak seria z broni maszynowej, ciekawe rozwiązania fabularne, mocne osadzenie w lokalnych (ziemi lubuskiej) realiach i historii (choć ja, fan piłki nożnej, fascynacji żużlem nie rozumiem…). Drażniła mnie nieco skrótowość tekstów – oczywiście wymuszana przez konwencję; niektóre wątki aż prosiły się o rozwinięcie. Zdziwił mnie też niechronologiczny układ tekstów w tomie. Akcja drugiej w kolejności powieści w tomie rozgrywa się wcześniej niż pierwszej i drugiej. Sensowniejsza moim zdaniem byłaby przestawka.

         Ponarzekałem trochę, ale moje końcowe przesłanie jest jasne – Trzy dni Sokoła są dla tych, którzy polubili kryminalne opowieści Koziołka, lekturą obowiązkową.   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Friedrich Ani, Śmierć nie ulega przedawnieniu

niedziela, 18 grudnia 2011 14:10

 

Włam do wewnętrznego więzienia

 

Friedrich Ani, Śmierć nie ulega przedawnieniu, przeł. Elżbieta Kalinowska, Czarne, Wołowiec 2011, s. 266.

 

         Przeczytałem już tyle kryminałów, że żyłem jakiś czas w błogim przeświadczeniu, że żadna powieść z tego gatunku nie jest mnie w stanie niczym zaskoczyć. Przemawiała przeze mnie zbytnia pycha krytyka, więc teraz muszę bić się w piersi: jakże się myliłem! Uświadomiła mi to książka niemieckiego pisarza Friedricha Ani.

          Na pozór powieść Śmierć nie ulega przedawnieniu utkana została z elementów doskonale już znanych z innych kryminałów: są w niej dosyć „zwyczajne” zbrodnie (na przykład przemoc domowa wobec dzieci), jest grupa policjantów z wydziału zabójstw zmagająca się z przestępczością w dużym mieście (akcja rozgrywa się w Monachium), jest w końcu główny bohater, nadkomisarz w średnim wieku, dziwak i ekscentryk, który jest jednak wyjątkowo skuteczny w policyjnej robocie. Ale tylko na pozór…

          Najpierw słów kilka o fabule. Monachijscy policjanci prowadzą równolegle kilka spraw. Najważniejsze są dwie: poszukiwania sprawców serii brutalnych napaści na taksówkarzy i „odgrzana” sprawa zaginionej sześć lat wcześniej dziewczynki, której ciała nie odnaleziono. W obie emocjonalnie zaangażowany jest główny bohater powieści, nadkomisarz Polonius Fischer. Bandyci tak skatowali jego kobietę-taksówkarkę, że trafiła do szpitala w stanie śpiączki, zaś sprawa zaginionej dziewczynki lata temu o mało nie zrujnowała jego policyjnej kariery; do tego dręczą go wyrzuty sumienia, że nie zrobił wystarczająco wiele, aby do końca wyjaśnić ten tajemniczy przypadek. Wbrew wszystkim i wszystkiemu postanawia jeszcze raz zająć się sprawą zaginionej.

         Fischer to jak dla mnie jedna z najbardziej pokomplikowanych, frapujących postaci z prozy kryminalnej. Syn prostytutki, przez lata zakonnik (benedyktyn), po kryzysie wiary zdecydował się pracować w policji i stał się jednym z efektywniejszych śledczych monachijskiej policji. Zdystansowany, może nawet nieco aspołeczny, a przy tym bardzo empatyczny. Sprzeczność? A jakże, to postać pełna spękań… Koledzy uważają go wirtuoza przesłuchań, który potrafi wyciągnąć prawdę z każdego, płynnie przechodząc z roli współodczuwającego spowiednika w rolę bezlitosnego inkwizytora. I właśnie opisy przesłuchań są najbardziej poruszającymi fragmentami powieści Ani.

         Fischer uważa, że każdy człowiek skrywa w sobie „wewnętrze więzienie”, w którym zamyka traumy, lęki, wyparte kłamstwa… Jego zadaniem jest włamanie się tam, za pomocą wszelkich możliwych środków. W imię prawdy i sprawiedliwości. Już przesłuchanie młodej matki, która udusiła swojego synka, jest bardzo sugestywne, pełne emocji (opis bezgłośnie płaczącej policyjnej protokolantki jest bardzo poruszający). Ale to nic w porównaniu z przesłuchaniem – kluczowym dla całej akcji powieściowej – matki zaginionej dziewczynki, które odbywa się w nocy na cmentarzu, nad pustym grobem córki – oczywiście z pogwałceniem wszelkich policyjnych procedur. Ani napisał o tym tak sugestywnie, porażająco, z takim ładunkiem emocji, że nie byłem w stanie przeczytać tego za jednym razem.

         Mocna rzecz. Bardzo!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Håkan Nesser, Drugie życie pana Roosa

sobota, 17 grudnia 2011 19:10

 

Uciec przed samym sobą

 

Håkan Nesser, Drugie życie pana Roosa, przekł. Patrycja Włóczyk, Czarna Owca, Warszawa 2011, s. 429.

 

         Nie tak dawno wielką karierę w naszych mediach robiło pytanie: „Jak żyć?” W nowo wydanej powieści Håkana Nessera istotne jest pytanie nieco inne, choć o podobnym kalibrze – nie mylić z Nagrodą Wielkiego Kalibru – gatunkowym: „Po co żyć?” A pojawia się ono w Drugim życiu pana Roosa, trzeciej części planowanej tetralogii o perypetiach szwedzkiego policjanta o nietypowo brzmiącym nazwisku Barbarotti. Jest to książka zarazem taka sama, jak i inna niż wcześniejsze teksty Nessera. Taka sama, ponieważ znaleźć można w niej charakterystyczne dla tego pisarza styl i koncepcję prozy kryminalnej, w której bardzo ważną rolę odgrywają wątki psychologiczne. A nieco inna, bo przez prawie połowę Drugiego życia… nie pojawią się Barbarotti. Nie jest przypadkowy zabieg. Dlaczego? Po pierwsze, poprzednią cześć cyklu, zatytułowaną Całkiem inna historia,  Nesser urwał w momencie, kiedy Barbarotii wchodził w ostry zakręt życiowy, więc odwlekanie wyjaśnienia, co stało się z życiem policjanta, wzmaga ciekawość czytelnika. Po drugie, w gruncie rzeczy w tej powieści istotniejsi od Barbarottiego są zbrodniarze. Zbrodniarze? Właściwie trudno ich tak określić, mimo iż to i owo na sumieniu mają.

         Głównymi bohaterami Drugiego życia… są Ante Valdemar Roos i Anna Gambowska, z pochodzenia Polka. On to właściwie Pan Nikt, człowiek bez właściwości, który przeżył prawie 60 lat, nie wiedząc po co; nikomu nie zaszkodził, z nikim na dobre się nie związał (mimo iż miał dwie żony). W jego życiu była właściwie tylko nudna prac, przysypianie przed telewizorem i opędzanie się od zmuszającej go do aktywności żony. Coś w Roosie pękło, gdy wygrał fortunę w Lotto. W tajemnicy przed najbliższymi rzuca pracę, kupuje dom w leśnej głuszy i zaczyna wieść sekretne drugie życie. Po raz pierwszy czuje się prawdziwie szczęśliwy, na swoim miejscu. Do jego nowego lokum trafia młoda Anna, uciekinierka z ośrodka leczącego narkomanki. Ma za sobą nielekką przeszłość, ale chce odmienić swoje życie. Pomiędzy nią a Roosem powoli nawiązuje się nić sympatii. Jednak Annę dopadają demony przeszłości, co zmusza oboje do wyjazdu, a właściwie ucieczki, nie tylko przed wymiarem sprawiedliwości, ale też od dawnego życia.

         Z ponurymi perypetia Anny i Ante skontrastowane są życiowe przypadki Barbarottiego. To prawdziwy „śmiejący się policjant” – postać zaiste wyjątkowa w skandynawskich kryminałach. Związał się z nową miłością, zamieszkał w nowym domu z nią i z całym stadem dzieci z ich poprzednich małżeństw. Jego szczęścia nie mąci nawet to, że podczas remontu dachu w głupi sposób złamał nogę. Mimo kontuzji podejmuje sprawę zaginięcia Roosa, która z dnia na dzień coraz bardziej go intryguje.

         Drugie życie pana Roosa jest właściwie mało kryminalnym kryminałem, co niektórym czytelnikom może przeszkadzać (mnie akurat nie!). Oczywiście, jest w tej powieści zbrodnia i śledztwo, ale jest też coś więcej – przejmujące studium samotności, opowieść o pozbawionym sensu i celu trwaniu, a w końcu powieść drogi. Mało?  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

środa, 16 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  112 572  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 112572

Lubię to