Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 242 995 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Leena Lehtolainen, "Na złym tropie"

środa, 28 listopada 2012 18:17

 

Kobiety dobre, kobiety złe

 

Leena Lehtolainen, Na złym tropie, przekł. Sebastian Musielak, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012, ss. 396.

 

         Fińska pisarka Leena Lehtolainen nazywana – jakżeby inaczej – „niekwestionowaną królową fińskiego kryminału” jest w Polsce obecna, ale jednak jakby jej nie było. Miała jakiś czas temu przyjechać na wrocławski Międzynarodowy Festiwal Kryminału – nie dotarła. Wychodzą kolejne książki tej autorki w polskim przekładzie – daleko im jednak do popularności „kryminalistów” ze Szwecji, Norwegii czy nawet Islandii. (To także przypadek innych pisarzy kryminalnych z krainy Noki, choćby świetnego Mattiego Rönki, którzy z trudem zyskują czytelników w naszym kraju.) Jaka jest tego przyczyna? Prawdopodobnie promocja nieco kuleje. Być może fińskie klimaty kryminalne są zbyt odmienne od dobrze oswojonych – powiedzmy – szwedzkich, co odstręcza fanów gatunku. Trudno mi orzec.

         Na złym tropie jest kolejną powieścią z serii o przypadkach policjantki w średnim wieku Kallio. Po traumatycznych przejściach bohaterka porzuca policyjną robotę i zaczyna pracę w ramach rządowego programu badawczego dotyczącego przemocy w rodzinie (w tym – co jest konikiem byłej policjantki – kobiet brutalnie zachowujących się wobec bliskich). Ta życiowa odmiana bardzo jej odpowiada, bo wreszcie może zająć się swoją, zaniedbywaną wcześniej, rodziną. Ale do czasu… W podejrzanych okolicznościach zostaje otruty dobrze ustosunkowany działacz sportowy. Kallio znowu – choć się przed tym broni, jak może – zostaje przywrócona do policyjnej służby, aby poprowadzić śledztwo w tej sprawie. Niedługo potem w zamachu bombowy ginie kolejna osoba związana z fińskim światkiem sportowym. Wszystko początkowo wskazuje na to, że kluczową postacią jest pewna dziennikarka, która kiedyś ujawniła sprawę dopingu wśród lekkoatletów i której potem grożono śmiercią. Policjantka będzie długo badać złe tropy, nim wreszcie trafi na rozwiązanie zagadki, dosyć oczywiste, bo – jak czytam w zakończeniu powieści – „wszystkie najważniejsze sprawy pod słońcem są naprawdę bardzo proste”.

         Bez wątpienia mocną stroną Na złym tropie jest warstwa obyczajowo-społeczna. Kallio z miasta Espoo, choć to policjantka po przejściach, otrząsnęła się z traumy i dba przede wszystkim o to, aby opiekować się kochającym mężem i dwójką udanych dzieci, dbać o domowe ciepełko. To postać, której chce się kibicować. Lehtolainen ciekawie opowiada o specyfice i kulisach sportu wyczynowego w Finlandii (odnosi się to jednak do współczesnego sportu w ogóle), który podporządkowany jest wyłącznie wynikom i sponsorskim kontraktom, co koniec końców niszczy życie i karierę wielu zawodnikom. Zwraca też uwagę przepleciona przez fabułę subtelna, niezbyt nachalnie podana (co nie jest częste w skandynawskiej prozie kryminalnej) opowieść o przemocy w rodzinie. Gorzej jest natomiast w tej powieści z intrygą kryminalną.

         Lehtolainen tak ściśle podopinała intrygę, że zupełnie zabrakło w niej miejsca na tajemnicę i napięcie. Inaczej rzecz ujmując, fabuła Na złym tropie jest bardzo przewidywalna (aż strach pomyśleć, czemu bohaterka do spółki ze swoimi podwładnymi tak długo „wozi” się z rozwiązaniem sprawy…). Nie przez przypadek Kallio trafia do grupy naukowców zajmujących się przemocą wobec bliskich, znamienne jest, że jedna z kobiet zamieszanych od początku w sprawę ma bardzo podejrzane relacje ze wszystkimi ludźmi w ogóle, a ze swoją córką w szczególności… I tak dalej. We wczesnych fragmentach powieści autorka rozrzuciła za wiele jasnych wskazówek, a do tego wejście Kallio na właściwy trop następuje trochę na zasadzie deus ex machina (w tej roli występuje… człowiek dzwoniący z Afganistanu).

         Nie sądzę, aby powieść Na złym tropie mocno zachęciła do prozy Lehtolainen tych, którzy wcześniej nie trafili na książki tej autorki. Co nie zmienia faktu, że ta powieść jest solidnie zrobionym kryminałem, który można przeczytać bez zbytniej przykrości.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Felieton o książce "Mięso" Dymińskiej

poniedziałek, 26 listopada 2012 12:33

 

Mięso. Poema naiwne

 

         Jeden z moich kolegów, człowiek licznych talentów i profesji, między innymi wieloletni redaktor kwartalnika literackiego, który z niejednym, żądnym ujrzenia swojego nazwiska w druku, pisarzem in spe miał do czynienia, twierdził i wciąż twierdzi, że do powieściowych debiutów, w tekst których wplatane są wiersze, należy podchodzić z daleko posuniętą ostrożnością, gdyż w zdecydowanej większości przypadków jest to sygnał, iż książka będzie literackim zbukiem. Niespecjalnie wierzyłem w tę teorię, ale jak się okazało, do czasu, to znaczy do momentu, kiedy przeczytałem debiutancką prozę Dominiki Dymińskiej „Mięso” (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012). Tak, „Mięso” jest hojną ręką nadziewane wierszami i rozmaitymi poetyzmami. Oczywiście, ta książka jest zła (a nawet fatalna). Przyznaję, kolega, będący człowiekiem licznych talentów i profesji, okazał się przenikliwym redaktorem.

         Mniej lub bardziej ekshibicjonistyczne powieści o dolach i niedolach dojrzewania, w których bohater/bohaterka ma na imię tak samo, jak autor/autorka, powstawały, powstają i zapewne powstawać będą. W zdecydowanej większości (tak mniej więcej 99,9%) powinny tkwić spokojnie w szufladach albo elektronicznych nośnikach pamięci należących do tych, którzy je napisali, niestety, co jakiś czas wydawcy wpadają na genialny pomysł, aby coś takiego opublikować. Książka Dymińskiej jest opowieścią o dojrzewaniu (przynajmniej do pewnego momentu) albo – jak chce wydawca – „dziewczyńską”, opowieścią schematyczną do bólu, przewidywalną jak wypowiedzi Kaczyńskiego na temat tragedii smoleńskiej, płaską niczym francuski naleśnik, manieryczną jak drag queen podczas występu i – koniec końców – zwyczajnie nudną. Autorka „Mięsa” wpadła na pomysł, by stworzyć coś w rodzaju antologii problemów i patologii dotykających obecnie dzieci oraz młodzież (a przecież powieść to nie bigos, nie wyjdzie dobra, jeśli przyrządzi się ją wedle zasady: im więcej składników, tym lepiej). Dominika, bohaterka a zarazem narratorka powieści, jako dziecko zmaga się z otyłością, później zaś z bulimią, ma problemy w kontaktach z rówieśnikami oraz zaburzone relacje z rodziną, jest uzależniona od internetu (uzależnia się właściwie od wszystkiego: papierosów, alkoholu, narkotyków, seksu…), trafia na popapranego wielbiciela nimfetek… I tak dalej, i w ten deseń. Obowiązkowymi składnikami każdej historii o dojrzewaniu są wątki wtajemniczenia w seksualność oraz dotknięcia śmierci, młodzieńcze doświadczenia Erosa i Thanatosa, nie mogło więc zabraknąć ich w „Mięsie”. Tyle tylko że motyw inicjacji seksualnej bohaterki pojawia się w książce chyba tylko po to, aby autorka mogła epatować czytelnika tanim naturalizmem w opisach scen masturbacji czy rozdziewiczania się zielonym ogórkiem wysmarowanym olejem roślinnym (sic!), zaś o doświadczeniach choroby i śmierci babki Dominiki ma do powiedzenia ledwie tyle, że im babcia jest bardziej chora, tym staje się złośliwsza, a po śmierci staruszki ludzie płaczą a dom jest pełen nieznanych bohaterce ludzi.

         Wspomniałem już, że „Mięso” jest opowieścią o dojrzewaniu tylko do pewnego momentu, bo mniej więcej w połowie zaczyna przechylać się w stronę prozy soft pornograficznej (dobrze, może nieco przesadzam…). Bohaterka z czasem otrząsa się z większości problemów i traum (swoją drogą, osobiste „tragedie” zazwyczaj znosi dosyć lekko, a przynajmniej tak to jest przedstawiane przez Dymińską), koncentrując się na tym, co jako tako wypełnia jej puste życie: na używkach i seksie. Przede wszystkim na seksie. Od bardzo młodego wieku Dominika sypia z kim popadnie: z rówieśnikami i dużo starszymi mężczyznami, z brzydkimi i przystojnymi, z takimi, do których coś czuje, i z zupełnie jej obojętnymi, ze swoimi chłopakami i jednogodzinnymi znajomkami… No i sypia także z mężczyznami zajmującymi się na różne sposoby literaturą, bo w końcu sama też pisze wiersze i publikuje je w internecie oraz pismach (co uzasadniać ma pewnie poetyckie „wrzutki” w tekst „Mięsa”). Zmienia seksualne obiekty (tak właśnie je traktuje) równie łatwo, jak pozyskuje, ale – nie jest trudno się domyślić – wreszcie trafia kosa na kamień, a bohaterka na pewnego prozaik, do którego się przywiązuje, a który nią skutecznie poniewiera. Nieudany związek zmusza płoche dziewczę do zastanowienia się nad sobą (wreszcie) i prób jako takiego uporządkowania swojego bezsensownego i bezcelowego życia. Koniec tragedii. Albo farsy. Jak kto woli…

         Opowieść zawarta w książce Dymińskiej jest mocno taka sobie (taką to koślawą frazę eufemistyczną wykombinowałem…). To jeszcze nic, zdarzało mi się czytać gorsze. Jednak oprócz tego „Mięso” jest kiepsko napisane, pełne naiwnego poetyzowania na poziomie przeżywającej ból istnienia licealistki („Mięso. Poema naiwne” – to dopiero byłby tytuł nad tytułami!), zbędnych motywów i wątków od Sasa do Lasa, wątpliwej jakości bon motów w rodzaju: „Przyjaciółka powiedziała mi, jeżeli coś kochasz, to weź to i wyrzuć”, koślawych dialogów, pojawiających się w tekście nie wiadomo po co („Jechałyśmy razem samochodem, on powiedziała, wiesz co. Ja powiedziałam, nie wiem. Ona powiedziała, będę z kimś. Ja powiedziałam, jak to.” – Prawdziwy szczyt stylistycznego wyrafinowania!). „Mięso” jest chaotyczne (i nie, nie tłumaczy tego fakt, że Dymińska postawiła na poetykę fragmentu). „Mięso” jest przegadane (co jest swoistą sztuką, zważywszy, że w tej rozdmuchanej w druku do 177 stron książce jest pewnie – jak na moje oko – z 60 znormalizowanych stron tekstu).

         Zachodzę w głowę, co sprawiło, że redaktorzy „Krytyki Politycznej” zdecydowali się na opublikowanie czegoś takiego jak „Mięso” Dymińskiej? (Mniejsza już o to, że akurat ci redaktorzy na literaturze znają się słabo, czego dowodem spora część książek wydanych do tej pory w „Serii Literackiej” tego pisma.) Może zauważyli, że od jakiegoś czasu brakuje u nas młodych, skandalizujących debiutantek i postanowili na siłę wypromować „nowy talent” (tako rzecze o Dymińskiej Sławomir Shuty)? Może dostrzegli w tej słabej podróbce prozy Herty Müller i Aglai Veteranyi coś, czego ja za cholerę dostrzec nie umiałem? A może zwyczajnie przejęli się losem bohaterki książki, nieszczęśliwej, zaćpanej nimfomanki? Nie mam bladego pojęcia. Jednego jestem jednak pewien. Dymińska powinna dać sobie spokój z prozą – za przeproszeniem – artystyczną i skupić się na pisaniu swojego bloga o restauracjach.

 

(Ten tekst po raz pierwszy ukazał się w internetowym dwutygodniku "artPapier".)


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jo Nesbø, "Człowiek nietoperz"

sobota, 24 listopada 2012 12:23

 

Hole vs. Aborygeni. Decydujące starcie

 

Jo Nesbø, Człowiek nietoperz, przekł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2012, ss. 341.

 

         Książek z serii powieściowej o poharatanym przez życie gliniarzu z Oslo, Harrym Hole’u autorstwa Norwega Jo Nesbø nie trzeba specjalnie polecać, bo – raz – to już kryminalna jazda obowiązkowa, dwa – kolejne części cyklu trzymają równy, wysoki poziom. Tak też jest w przypadku Człowieka nietoperza, choć – przyznam – za lekturę tej akurat powieści brałem się z niejakim lękiem. Dlaczego? Książki, w których skandynawscy autorzy kryminałów wysyłają swoich bohaterów w dalekie kraje, bywają kiepskawe, czego przykładem choćby Chińczyk Henninga Mankella. Nesbø wyprawił Hole’a aż do Australii, konkretnie do Sydney, gdzie ma pomagać miejscowym policjantom w sprawie zabójstwa młodej Norweżki, która tam mieszkała, pracując jako barmanka. Początkowo wydawało mi się, że pisarz nazbyt rozbuchał się w opisywaniu Australii, jej metropolii i prowincjonalnych miasteczek, analizowaniu specyfiki australijskiego społeczeństwa i – przede wszystkim – smutnego losu i bogatej kultury Aborygenów, z kolejnymi strona okazało się jednak, że warstwa opisowa gładko zazębia się z intrygą kryminalną i wpisanym w książkę wątkiem obyczajowym. Inaczej rzecz ujmując, nie były to tylko i wyłącznie przewodnikowo-turystyczne ornamenty. Swoistym cicerone Hole’a staje się jego kolega po fachu, Andrew Kensington, z pochodzenia Aborygen, który partneruje Norwegowi podczas jego pobytu w Australii, więc kolejne informacje o tym kraju wprowadzane są w sposób naturalny, wątek aborygeński ma kluczowe znaczenie dla rozwikłania intrygi, a aby zamknąć śledztwo, Harry będzie zmuszony jak najbardziej wsiąknąć w australijskie klimaty.

         Nesbø wymyślił intrygę, w której morderca właściwie od samego początku znajduje się na wyciągnięcie ręki śledczych, ale jest na tyle inteligentny i sprytny, że skutecznie myli policjantów, podrzucając im fałszywe tropy. Jak łatwo się domyślić, na jednym trupie się nie skończy, zanim Hole do spółki z australijskimi kolegami dopadnie zbója, zginie jeszcze sporo osób, a i sam Norweg, jak to zwykle w tej serii powieściowej bywa, poniesie dotkliwą stratę.

         Jest w Człowieku nietoperzu jeden wątek poboczny szczególnie wart uwagi. Hole jest twardzielem, który jednak zmaga się z wieloma kłopotami, między innymi z poważnym problemem alkoholowym. Przez większą część akcji książki jest dzielny niczym katolicki harcerz, popija jedynie kolejne cole i soczki, jednak gdy niepowodzenia sypią się na niego jedno po drugim, łamie się i idzie w alkoholowy ciąg. Te fragmenty książki Nesbø mogłyby spokojnie stanąć obok takich klasyków „prozy alkoholowej” jak Pod wulkanem Malcolma Lowry’ego czy Moskwa – Pietuszki Wieniedikta Jerofiejewa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zośka Papużanka, "Szopka"

wtorek, 13 listopada 2012 9:59

 

Rodzinne galery

 

Zośka Papużanka, Szopka, Świat Książki, Warszawa 2012, ss. 205.

 

         Opowieści o dysfunkcjonalnych rodzinach i rozmaitych formach przemocy wobec bliskich było już w naszej prozie sporo, by wspomnieć choćby Gnój Wojciecha Kuczoka, więc Zośka Papużanka w debiutanckiej powieści nie sięgnęła po temat świeży, ale jednak udało się pisarce ożywić go, przede wszystkim poprzez styl tej prozy. Szopka jest wariacją na temat sagi rodzinnej, poszarpaną, fragmentaryczną, rozpadającą się niczym relacje między ludźmi z familii, której ponurą historię przedstawiono w książce. Autorka zmienia punkty widzenia, płynnie przechodzi od narracji pierwszo- do trzecioosobowej, choć w gruncie rzeczy ukazuje wciąż ten sam wzorzec losu – ludzi przegranych. Zaczyna się od wysoce niedobranego małżeństwa: on – wrażliwy mężczyzna z pokomplikowaną wojenną i rodzinną przeszłością, który ucieka przed problemami w pracę, ona – katolicka do bólu Matka Polka-karmicielka, komunikująca się krzykiem, emocjonalna terrorystka. Ich nieustanna wojna domowa wypacza charaktery dzieci, wnuków, bo choć nie ma w tej rodzinie przemocy fizycznej, to psychiczna jest na porządku dziennym, a wspólne trwanie zamienia się w galerniczy trud, bo przecież w porządnej, tradycyjnej polskiej rodzinie rozwód jest wykluczony.

         Jako się rzekło, Papużanka przedstawia ponurą historię, w której, niczym w zwierciadle, przejrzeć może się wielu czytelników, ale przełamuje tragiczną tonację powieści groteską, ironią i czarnym, czasami wręcz wisielczym, humorem. W Szopce sporo jest brawurowych fragmentów, jak chociażby opis cotygodniowego obiadku „u mamusi” ukazywanego jako celebracja „święta sznycla”. Powieść urzeka stylem, wyrafinowanym, pełnym gier językowych, ale przy tym lekkim, pozbawionym zbędnego pisarskiego kuglarstwa i potwierdza, że debiutantka weszła do literatury z przemyślanym, wyrazistym pomysłem na swoją prozę. A to już jest wartość sama w sobie.

 

(Ten tekst po raz pierwszy ukazał się - w nieco innej formie - w tygodniku "Polityka".)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Marek K.E. Baczewski, "Bajki Baczewskiego"

niedziela, 11 listopada 2012 11:54

 

Bajarz postmodernistyczny

 

Marek K.E. Baczewski, Bajki Baczewskiego, Wydawnictwo FA-art, Katowice 2012, ss. 198.

 

         Wbrew pozorom bajka jest gatunkiem wymagającym, choćby dlatego że ma długą i ogromną tradycję (oszczędzę czytelnikom przypominania jej) oraz narzuca autorowi określone, ścisłe rygory formalne. Marek K.E. Baczewski nie przestraszył się trudności zadania, co nie dziwi, bo jest to autor, który z niejednego pieca jadł chleb, czy też – inaczej rzecz ujmując – w niejednym tekstowym piecu pichcił: pisze wiersze, opowiadania, felietony, eseje i słuchowiska radiowe. Przy całej tej różnorodności form wyrazu projekt pisarski autora Tańca piórem jest spójny, ponieważ od początku konsekwentnie stawia on na postmodernizm. Tak, tak, rzec by nawet można, że Baczewski to ostatni Mohikanin polskiego postmodernizmu. Jak na rasowego postmodernistę przystało, zabrał się do bajek w specyficzny sposób. Tekstom pomieszczonym w Bajkach Baczewskiego najbliżej jest chyba do „bajek przepisywanych” tworzonych swego czasu namiętnie przez feministki (przykładem jest chociażby znana książka angielskiej pisarki Angeli Carter Czarna Wenus). O ile jednak autorki feministyczne przede wszystkim chciały – sprawę ujmuję w skrócie – tak przenicować/przepisać bajki, baśnie i legendy, aby spod powierzchni dyskursu patriarchalnego wydobyć ukryte wątki, tego co „kobiece”, o tyle śląskiemu pisarzowi idzie przede wszystkim o grę filozoficznymi paradoksami. Oczywiście, w tekstach Baczewskiego są Czerwony Kapturek czy Robin Hood, pojawiają się królewskie pary, powabne księżniczki, mniej lub bardziej odważni rycerze, na pozór przerażające smoki, ale ich przygody i przypadki należą do… innej niźli tradycyjna bajki. Weźmy przykład pierwszy z brzegu, czyli otwierający tom tekst Bajka o królewnie, której nie było. Jak się nietrudno domyślić, bohaterkę różni od innych bajkowych królewien fakt, iż nie istnieje, jednak ów stan ontologiczny jest tak „mocny”, że w dużym stopniu wpływa na istniejące królestwo i ludzi, którzy mają paradoksalny związek z nieistniejącą królewną. Autor pokazuje, w jaki sposób nieistniejące odkształca istniejące, a tekst kończy przewrotnym morałem: Istnieć jest trudno, to prawda. Ale nieistnienie to rana zadana światu. Każdej z osobna rzeczy.

         Bajki Baczewskiego nie są jednak prozą jedynie dla tych, którzy lubią obracać w głowach filozoficzne koncepty, ale również – dla smakoszy wyrafinowanego stylu. Autor mnoży metafory, niebanalne porównania, aliteracje, ale przy tym dba o to, by poetyckie rozpasanie nie zmąciło przedstawianych w bajkach fabuł. Tę książkę można czytać na różnych poziomach i na wiele sposób, odkrywając w kolejnych lekturach za każdym razem nowe przyjemności tekstu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

środa, 24 maja 2017

Licznik odwiedzin:  108 578  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 108578

Lubię to