Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 148 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Samotność"

piątek, 30 października 2015 7:59

Samotnosc_RGB.jpgZmierzły człowiek

 

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Samotność, Noir sur Blanc, Warszawa 2015, ss. 154.

 

         W prozie Huberta Klimko-Dobrzanieckiego bardzo często pojawiają się postaci autsajderów, oryginałów, samotników czy pomyleńców bożych, którzy z własnej woli albo na skutek niekorzystnego splotu wydarzeń trafiają na margines życia. Dość rzec, że jeden z tomów opowiadań mieszkającego w Wiedniu pisarza nosi tytuł Wariat. W zdecydowanej większości przypadków są oni, mimo rozlicznych dziwactwa oraz absurdalnych czy groteskowych zachowań, bohaterami wzbudzającymi sympatię albo chociaż jej cień. Natomiast w nowej powieści Klimko-Dobrzanieckiego głównym bohaterem a zarazem narratorem jest człowiek całkowicie odpychający, którego wszystko mierzi i który zarazem mierzi czytelnika. Bruno Stressmeyer, wiedeńczyk, mężczyzna w średnim wieku, jest rentierem, żyjącym z wynajmu mieszkań w kamienicy, którą odziedziczył po rodzicach. Żyje sam, czyniąc z własnego sposobu na życie rodzaj prywatnej ideologii („Samotność to ja.”), wypełniając kolejne dni małymi i – dodam – pustymi rytuałami. Nienawidzi wszystkich i wszystkiego: emigrantów, gejów, polityków wszelkiej maści, właścicieli psów, sąsiadów, artystów, brata, który wymyślił sobie, że jest Żydem… Jest to nienawiść zimna i wszechogarniającą, jak pustka, w której tkwi Bruno. Prawdziwym problemem bohatera nie jest bowiem tytułowa samotność, ale absolutny brak sensu i celu w życiu. Koniec końców wpada on na rozpaczliwy i absurdalny zarazem pomysł, aby „zafundować” sobie śmiertelną chorobę. Ta myśl daje mu energię do życia, choć – jak łatwo się domyślić – historia Bruna nie będzie miała happy endu.

         Można odczytać Samotność Klimko-Dobrzanieckiego jako opowieść o człowieku z poważnym defektem psychicznym i emocjonalnym, ale można też odnieść jego losy do całej „sytej” Europy, która pogubiła się w konsumpcyjnych sztucznych rajach i nie za bardzo wie, ku czemu ma zmierzać i z czego czerpać życiową energię. I wtedy ta powieść, mimo wpisanych w nią ironii i czarnego humoru, staje się gorzka. Bardzo.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Gianrico Carofiglio "Zasada równowagi"

środa, 21 października 2015 13:22

Carofiglio_Zasada.jpgCiało obce

 

Gianrico Carofiglio, Zasada równowagi, przekł. Mateusz Kłodecki, W.A.B., Warszawa 2015, ss. 333.

 

         Powieści Gianrica Carofiglia z cyklu o Guerrierim, mecenasie z Barii, są niedookreślone, rozchwiane gatunkowo, bo znajdują się w nich elementy i thrillera, i kryminału, i dramatu sądowego – o powieści obyczajowej czy psychologicznej nie wspominając. Gdybym miał zestawić książki Włocha z tekstami jakiegokolwiek innego pisarza, to chyba najbliżej im do pisarstwa Niemca Ferdinanda von Schiracha. Obaj ci pisarze przybliżają rozmaite kryminalne kejsy, ale stanowią one jedynie pretekst do rozważań na temat moralności, winy i kary, meandrów prawa czy przypadków ludzi zmagających się z machiną sprawiedliwości. Zresztą, Carofiglio i von Schirach mają podobne doświadczenia, obaj są prawnikami z wykształcenia, tyle tylko że Włoch był prokuratorem, zaś Niemiec – obrońcą. W najnowszej powieści Carofiglio, zatytułowanej Zasada równowagi, wątek kryminalny również ma pretekstowe znaczenie. Rzekłbym nawet, że jest to najmniej kryminalna z książek autora Świadka mimo woli.

         Do Guerrieriego zgłasza się kolega ze studiów, ceniony sędzia, który jest u progu znaczącego awansu. Skruszony członek mafii, świadek koronny, zeznał, że sędzia, za sowite łapówki, umożliwiał zbójom wymiganie się od więzienia. Bohaterowi nawet przez sekundę nie przechodzi przez myśl, że kolega może być winny, więc podejmuje się jego obrony oraz próby całkowitego oczyszczenia z zarzutów. Jednak w trakcie śledztwa, które na zlecenie mecenasa prowadzi zaprzyjaźniona prywatna detektywka, wychodzi na jaw, że sędzia jest winny. I to bardzo. A do tego okazuje się cynicznym, pozbawionym zasad gnojkiem. Guerrieri czuje się zmanipulowany i wykorzystany. Zastanawia się, czy nie rzucić praktyki adwokackiej. Nie po raz pierwszy, bo w jednej z poprzednich części cyklu już chciał to zrobić i zająć się… pisaniem powieści.

         Wbrew pozorom nie zdradzam zbyt wiele z fabuły Zasady równowagi, bo Carofiglio właściwie od samego początku daje wyraźne sygnały, że z sędzią jest coś nie tak. Poza tym – jak już nadmieniłem – historia skorumpowanego sędziego jest tylko pretekstem do innej opowieści: o samym Guerrierim mężczyźnie dobiegającym pięćdziesiątki, który na nowo musi przemyśleć swoje życie, dokonania oraz ustalić życiowe priorytety. Z różnych względów. Podczas rutynowych badań medycznych okazuje się, że Guerrieri ma złe wyniki. Wprawdzie powtórne badania wykluczają chorobę, mimo to bohater zaczyna rozliczać się z przeszłością i zastanawiać nad przyszłością. Stąd chociażby tak mocno wyeksponowany jest w powieści wątek wspomnień. Sprawa sędziego zmusza go zaś do rozważań na temat wymiaru sprawiedliwości i jego w nim miejsca. Guerrieri jest wśród adwokatów niejako ciałem obcym, przynajmniej tak siebie postrzega, ponieważ trzyma się narzuconych sobie standardów moralnych: nie broni mafiozów, gwałcicieli… w ogóle niechętnie zajmuje się winnymi ciężki przestępstw. Ale właśnie – adwokaci i moralność? Czyżby bohater był po prostu naiwny? Przyjaciółka mecenasa sugeruje, że zachowuje się on jak na obrońcę bardzo przyzwoicie jedynie z próżności. I coś w tym jest. Jednak pośród meandrów prawa i powikłanych ludzkich losów wyznaczenie wyraźnej granicy miedzy tym, co moralne a niemoralne, co przyzwoite a nieprzyzwoite jest bardzo trudne, czy nawet wręcz niemożliwe. W końcu nie przez przypadek powieść zaczyna się od historii sprawy o gwałt, w której Guerrieri broni gwałciciel; sprawy o gwałt, którego, jak się okazuje, nie było. Koniec końców bohater, po licznych rozterkach, znajduje w sobie wewnętrzną równowagę, zdając się akceptować fakt, że przyszło mu pracować i działać w moralnej szarej strefie.

         Jako się rzekło, Zasada równowagi jest powieścią o mężczyźnie, który wchodzi w życiową smugę cienia, zmaga się z zawodowymi i prywatnymi dylematami. W książce Włocha nie ma jednak typowych dla tego rodzaju historii smętów, jęków, użalania się nad sobą bohatera i rozdrapywania ran (niekoniecznie realnych). Tę historię ratują wyszukany dowcip, ironia i dystans wobec samego siebie, co pozwala bohaterowi wszelkie wątpliwości i zgryzoty postrzegać i przedstawiać (w powieści jest narracja pierwszoosobowa) z czymś w rodzaju pogodnej rezygnacji. Poza tym w dosyć monotonnym, choć nie nudnym, życiu mecenasa pojawia się realna nadzieje na zmianę. A na imię jej… To już Państwo doczytają sobie sami.

         Bardzo ceniłem pisarstwo Carofiglio, a po lekturze kryminału-nie-kryminału, jakim jest Zasada równowagi, cenię jeszcze bardziej. Na pewno będę sięgał po kolejne książki o perypetiach sentymentalnego, acz ironicznego mecenasa.


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dennis Lehane "Miniony świat"

czwartek, 08 października 2015 19:58

Lehane.jpgBez szans

 

Dennis Lehane, Miniony świat, przekł. Maciejka Mazan, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, ss. 342.

 

         Zapewne każdy autor, który zasiada do tworzenia powieści gangsterskiej, musi zadać sobie fundamentalne pytanie: jak pisać gangsterską historię po setkach, co tam setkach, po tysiącach gangsterskich powieści, filmów i seriali, z których wiele zyskało status kultowych, tak, żeby pisanie na nowo o tym samym miało jakikolwiek sens i lekturowy smak? Odpowiedź jest właściwie jedna: z trudem. Chyba że osoba, która zasiada do tworzenia powieści gangsterskiej, nazywa się Dennis Lehane.

         Wiadomo nie od dziś, że autor Miasta niepokoju świetnie „czuje” konwencję powieści gangsterskiej, w końcu Miniony świat to kolejna część cyklu, którego głównym bohaterem jest gangster Joe Coughlin. W jaki sposób amerykański pisarz poradził sobie z problemem przytłaczająco wielkiej tradycji? Otóż, w najprostszy i zapewne najskuteczniejszy – nie ukrywając jej, a nawet wręcz ją eksponując. W Minionym świecie, zresztą podobnie jak we wcześniejszych częściach serii, bardzo wyraźnie zaznaczona jest warstwa intertekstualnych odniesień, można by nawet rzec, że Lehane stawia w tekście coś w rodzaju tekstowych kapliczek-pomniczków swoim ulubionym autorom, książkom, filmom, a nawet dziełom cenionych przez siebie grafików czy malarzy (choćby Edwardowi Hopperowi). Intertekstualnych nawiązań do rozmaitych dzieł jest w nowej powieści Lehane’a naprawdę mnóstwo, nie chcę psuć czytelnikom zabawy wynikającej z rozszyfrowywania ich, wskażę więc tylko jedną, moją ulubioną, „grę intertekstualną” amerykańskiego pisarza. Właściwie cały rozdział trzynasty, zatytułowany Niechoroba, w którym Joe wraz z kumplem trafiają na statek mafijnego bossa zwanego Królem Luciusem, ochranianego przez bandę naćpanych zabójców, o których krążą legendy, że zjadają swoje ofiary, zbudowany jest na wielopiętrowych, pełnych dystansu i ironii, odniesieniach do Czasu Apokalipsy i Jądra ciemności.

         Akcja Minionego świata rozgrywa się w czasie II wojny światowej głównie w Ybor City na Florydzie. Joe nie jest już mafijnym bossem, a jedynie doradcą, kimś, kto reprezentuje mafijną rodzinę na zewnątrz i dba – z wielkimi sukcesami – o pomnażanie jej pieniędzy. Prowadzi na pozór pozbawione większych trosk, spokojne i wygodne życie, koncentrując się przede wszystkim na samotnym wychowywaniu syna. Aż nagle pojawia się plotka, że ktoś dał na niego zlecenie. Do tego w miejskim półświatku narasta napięcie, które może doprowadzić do wojny gangów. Joe robi wszystko, aby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi, jakiego rodzaju gra toczy się wokół niego. I dlaczego on, zwany przecież Graczem, zdaje się być w tej grze pionkiem. W coraz większym stopniu zagarnia go strach. Przy tym Coughlin nie tyle boi się o siebie, co o syna. W całej tej historii znaleźć można wszystko to, co zwykle składa się na powieść gangsterską: brawurowe uliczne strzelaniny, narady mafijnych bonzów, szemrane miejsca, ale także te, w których półświatek styka się z możnymi świata, kobietę może nie złą samą w sobie, ale ściągającą na bohatera zło… Tak, w Minionym świecie wszystko to jest, jednak zwróciłbym uwagę na inne wątki wpisane w tę książkę, zdecydowanie mniej gangsterskie. Bardzo istotny w powieści Lehane’a jest wątek relacji między bohaterem a jego dziewięcioletnim synem Tomasem, którego Joe wychowuje sam po gwałtownej śmierci młodej żony. W dużym stopniu to właśnie konieczność opieki nad dzieckiem sprawia, że Coughlin wycofuje się na margines mafijnej działalności i – co tu kryć – zmienia się, do pewnego stopnia, na lepsze. Co więcej, chce się zmienić. Rozmowy Joego z Tomasem, sceny ukazujące ich wspólne zwykłe zajęcia są moim zdaniem jednymi z najlepszych w powieści, co więcej, jednym z ciekawszych znanych mi zapisów relacji między ojcem i synem. Tyle tylko że bohater – paradoksalnie – będzie musiał stracić syna, aby go ocalić. Miniony świat jest także opowieścią, rozpisaną na kilku płaszczyznach, o upadku i rozpadzie. II wojna sprawia, że cały świat chwieje się w posadach. Wprawdzie bohaterowie powieści są przekonani, że ich mały światek z Ybor na skutek wojny nie ucierpi, wręcz przeciwnie, może zyskać, dzięki otwierającym się możliwościom prowadzenia nowych interesów, ale oczywiście, mylą się, i to bardzo. Rozpada się on od wewnątrz, gdy okazuje się, że sławna jedność mafijnej rodziny oparta na powszechnym przestrzeganiu przez jej członków podstawowych zasad (niekoniecznie tożsamych z Dekalogiem…) jest już tylko sztucznie podtrzymywaną fikcją. Jak boleśnie przekonuje się o tym Joe, nic już w tym światku nie jest kwestią zasad, wszystko zaś jest kwestią ceny. Wali się też w gruzy prywatny świat bohatera, a wszystko dlatego że zaczął on budować przyszłość na kruchych fundamentach, czyli założeniu, że jest możliwe całkowite rozliczenie krwawych rachunków z przeszłości i odkreślenie tejże tzw. grubą kreską.

         Pod koniec powieści Joe zadaje sam sobie pytanie: „Czy jak to się skończy, któryś z nas ocaleje?” Jest to pytanie jak najbardziej retoryczne. Właściwie od samego początku wiadomo, że w tej powieści nie będzie happy endu, więcej – być nie może, mimo to pisarzowi udaje się utrzymać uwagę czytelnika do samego końca. Tak, to efekt zmyślnej intrygi opartej na prostej zmyłce (wiadomo, skuteczność często zasadza się na prostocie), lecz – jak sądzę – nie tylko. Lehane bardzo pewną ręką prowadzi fabułę powieści i steruje uwagą czytelnika, w odpowiednich momentach umieszczając efektowne, acz nie efekciarskie dialogi, intrygujące historyjki poboczne (choćby tę o ponurych losach małżeństwa lekarza mafii) czy mocne, zapadające w pamięć sceny (na przykład tę z rozdziału dwudziestego piątego z udziałem Joego i jego starego przyjaciela Diona). A wszystko to amerykański pisarz czyni z zadziwiającą lekkością, jakby od niechcenia, co jest naprawdę wielką sztuką (narracyjną).

         Rzecz ujmując krótko, Miniony świat jest powieścią świetną, a w swoim gatunku wręcz wybitną.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Szczepan Twardoch "Drach"

poniedziałek, 05 października 2015 19:43

Drach.jpgKarminadel

 

Szczepan Twardoch, Drach, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 395.

 

         Powieść Drach wzbudziła spore zainteresowanie, nim jeszcze wyszła drukiem, czemu trudno się dziwić. Miała to być następna książka Szczepana Twardocha po bestsellerowej, świetnej i powszechnie docenionej Morfinie (2012), więc wielu czytelników było ciekawych, czy pisarz utrzyma wysoki poziom swojej prozy. Poza tym autor Wiecznego Grunwaldu (2010) zapowiedział, że pracuje nad opowieścią o Śląsku, rodzinnym regionie o powikłanej przeszłości i nieostrej teraźniejszości, a ponieważ wcześniej pisarz dał się poznać jak spec od formułowania wyrazistych sądów o dookolnej rzeczywistości, spodziewano się fajerwerków i kontrowersji oraz zastanawiano, jak ujmie temat śląskości. I jak to zrobił? Po swojemu. Po Twardochowemu.

         Tekst ma na pierwszy rzut oka dosyć skomplikowaną strukturę. Narratorem powieści jest tytułowy drach. W godce śląskiej słowo to oznacza latawiec, ale w książce Twardocha ma ono zdecydowanie inne i – co tu kryć – mgliste znaczenie. Jeden z bohaterów, pomyleniec boży, stary Pindur twierdzi między innymi, że „srogi drach” jest „wielkim smokiem”. Drach w powieści stanowi rodzaj metafizycznego konstruktu obdarzonego świadomością i nieskończenie pojemną pamięcią, będącego ziemią i zarazem wszystkim tym, co na ziemi istnieje. Drach, choć zanurzony w czasie, istnieje jakby poza czasem, w wiecznym „teraz”, dlatego snuta przez niego opowieść o śląskich rodzinach Magnorów i Gemanderów oraz ludziach, którzy są mniej lub bardziej z nimi związani, jest achronologiczna i symultaniczna. W każdym z rozdziałów narracja płynnie przechodzi przez różne płaszczyzny czasowe – dla przykładu, w rozdziale pierwszym opisane zostały wydarzenia rozgrywające się w latach: 1906, 1918, 1921, 1934, 1939, 1942, 1945 – przeskakując przy tym od bohatera do bohatera oraz z miejsca na miejsce. Wbrew pozorom taki rodzaj narracji nie generuje tekstowego chaosu i nie nastręcza większych problemów w lekturze, a to dzięki nawracającym i stopniowo rozwijanym w trakcie opowieści motywom i wątkom, nadającym tej prozie specyficzny rytm, rzec można hipnotyczny (przynajmniej dla mnie).

         Stworzenie takiego a nie innego narratora było bardzo zmyślnym posunięciem Twardocha. Dzięki konstrukcji dracha autor mógł swobodnie zmieniać perspektywy w opowieści, przechodzić od jednego punktu widzenia do drugiego, przy tym traktując wszystkie na równi i unikając zainstalowania w tekście jakiegokolwiek dyskursu dominującego (w różnym tego określenia znaczeniu). Wykoncypowany przez pisarza typ narracji doskonale przystaje do opowieści o Śląsku w XX i początkach XXI wieku, miejscu mocno doświadczonym przez historię, w którym sytuacja narodowościowa, społeczna i polityczna pełna była dotkliwych zawirowań i tąpnięć. Nieźle też sprawdza się w przedstawianiu głównych bohaterów powieści Josefa Magnora i jego prawnuka Nikodema Gemandera, mężczyzn na pozór mocnych i twardo stąpających po ziemi, jednak przy tym rozchwianych emocjonalnie i psychicznie. Co nie zmienia faktu, że ten sam efekt Twardoch mógł osiągnąć, stosując zwyczajną narrację symultaniczną prowadzoną z punkty widzenia kilku bohaterów. Czyżby sztuka dla sztuki, udziwnianie dla samej dziwności? Niekoniecznie. Nie można zapominać, że Twardoch zaczynał jako autor prozy gatunkowej, doskonale opanował jej schematy w teorii i praktyce, i wciąż chętnie je wykorzystuje. Co widoczne jest także w Drachu.

         Na dobrą sprawę, gdyby pominąć narracyjne koncepty w Drachu, powieść jest ni mniej, ni więcej tylko sagą rodzinną, choć oczywiście zatomizowaną, rozsypaną, pozbawioną chronologicznego uporządkowania. Inaczej rzecz ujmując, powikłaną jak losy głównych bohaterów i historia Śląska. Jak w każdej sadze sporo jest w książce Twardocha wątków obyczajowo-historycznych, jednak fabularny napęd zapewniają tekstowi opowieści rodem z prozy gatunkowej, czyli kryminalne i romansowe. Skupię uwagę na tych drugich, bo dobrze unaoczniają wszelkie blaski i cienie nowej prozy autora Zimnych wybrzeży (2009). [...]

 

Całość tekstu dostępna jest na stronie "Nowej Dekady_Online" - TUTAJ

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

środa, 16 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  112 563  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 112563

Lubię to