Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 148 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Rozmowa z Piotrem Schmandtem, autorem Gdańskiego depozytu

poniedziałek, 31 października 2011 16:13

 

Kryminał – nauczyciel historii

 

Z Piotrem Schmandtem rozmawia Robert Ostaszewski

 

Zacznę przewrotnie – lubi Pan kryminały retro?

Tak, lubię kryminały retro. Trzeba jednak zastanowić się, co rozumiemy pod tym pojęciem. W dzisiejszym rozumieniu  kryminał retro odnosi się na przykład do powieści Franka Tallisa opisującego Wiedeń początku XX wieku, Marka Krajewskiego (międzywojenny Wrocław) czy Marcina Wrońskiego (stary Lublin). Kryminałem retro można też nazwać kryminały Agaty Christie, opisujące rzeczywistość lat 20., 30. i późniejszych, choć dla autorki były to czasy jej współczesne. Powieści tego gatunku mają niepowtarzalny urok dawności, do której często tęsknimy. Każdy chciałby niekiedy założyć czapkę – niewidkę i przenieść się w czasy, które go interesują, zobaczyć życie ludzi, którzy już odeszli, modę, realia społeczne, itd. Nie jestem od tego wolny…

 

Pozostałbym przy rozumieniu kryminału retro jako takiego, w którym autor opisuje przeszłość, ale mniejsza o gatunkowe niuanse… Kryminały retro obok współczesnych kryminałów miejskich (na przykład w typie powieści Mariusza Czubaja czy Zygmunta Miłoszewskiego) są w Polsce zdecydowanie najpopularniejsze. Co sprawia, że pisarze tak chętnie sięgają po retrokryminalną prozę, a czytelnicy – po wydawane książki tego rodzaju?

Czytelnicy? Z przyczyn, które już opisałem. Chcą też odpocząć od trudnej, niepewnej rzeczywistości. A autorzy? Pragną zaspokoić swoje ambicje, sprawdzić się, uciec od języka współczesności. Poza tym jest to doskonała zabawa: zabawa w Pana Boga w ograniczonym zakresie, stwarzanie historii od nowa.

 

Co jest Pana zdaniem w kryminale retro ważniejsze – historia czy intryga kryminalna?

Zdecydowanie historia. Zauważam w książkach tego gatunku, i sam to praktykuję, ambicje do maksymalnie wiarygodnego i wszechstronnego ukazania rozmaitych aspektów ówczesnej codzienności. Nie zawsze się to pewnie udaje, ale sama tendencja jest, w moim przekonaniu, pozytywna. I cenna dla czytelników. W dobie ograniczania nauki historii i bagatelizowania jej w mainstreamowych mediach takie próby są cenne i wpływają na poszerzenie wiedzy czytelnika o danym okresie, z poprawką, że czytelnik jest odbiorcą autorskiego rozumienia historii przez piszącego.

 

Swego czasu, w latach 90. w naszej prozie bardzo popularny był  nurt „prozy małych ojczyzn”, do którego należała na przykład głośna powieść Stefana Chwina Hanemann. Rzecz ujmując w dużym skrócie, pisarze „małoojczyźniani” przypominali o przeszłości miejsc – często już nieistniejących albo poważnie zmienionych – w których krzyżowały się rozmaite kultury i religie, wypełniali białe plamy w naszej pokomplikowanej historii. Czy kryminały retro nie są przypadkiem swoistą wariacją na temat „prozy małych ojczyzn”, albo wręcz jej kontynuacją?

Są taką wariacją, i bardzo dobrze. Gatunek powieściowy, który kiedyś miał ambicje jedynie zafrapowania czytelnika intrygą kryminalną, niespodziewanie przeradza się (bo jest to proces niezakończony) w nauczyciela lokalnej historii – nauczyciela nazw, obyczajów, topografii. Wiedeń przywołanego już Tallisa jest niezwykle plastyczny i dokładnie opisany. Ktoś, kto zna to miasto, i ktoś, kto go nie zna, może potraktować książki angielskiego lekarza jak przewodnik retro. I może zainteresuje się, per analogiam, historią własnego regionu? Przecież sto lat temu każde miejsce też miało swą własną historię. I z pewnością była ona ciekawa.

 

To ważne, co Pan mówi o kryminale jako nauczycielu historii, bo mimo wszystko wciąż jeszcze pokutuje przekonanie, że kryminał to gorszy od mainstreamowej rodzaj prozy. Dlaczego Pana zdaniem tak się dzieje?

Wynika to z jednorodności kompozycyjnej dawnego kryminału. Sytuacja powoli się zmienia, ponieważ kryminał obrasta kolejnymi płaszczyznami tematycznymi i ideowymi, zastępuje inne formy literackie, które meandrują w stronę mało zrozumiałych, alternatywnych i eksperymentalnych nurtów.

 

Świetnie, porozmawialiśmy trochę o kwestiach gatunkowych, a teraz chciałbym trochę pociągnąć Pana za język… Bardzo trudno jest znaleźć informacje o Panu, oprócz tych, które upublicznia Pan w notkach na okładkach książek. Takie – by tak rzec – chowanie się za własnymi książkami to celowo wybrana przez Pana strategia?

Nie myślałem o tym w kategoriach strategii. Jestem normalnym człowiekiem, który prowadzi zwyczajne życie, nie pozbawione radości, ale i trosk, tragedii. Cenię swoje życie i chcę, by było moje.

 

Nie sądzi Pan, że to dosyć straceńcze posunięcie w czasach, kiedy zdecydowana większość pisarzy ma strony w internecie, prowadzi blogi czy spowiada się czytelnikom nieomal z każdej aktywności na profilach w portalach społecznościowych?

Nie uważam się za celebrytę i nie chciałbym zamęczać czytelników informacjami, którą nogą wstałem z łóżka we wtorek, że w środę kocham cały świat, a w czwartek już niekoniecznie, ponieważ w pracy miałem męczący dzień. To osobliwy rodzaj egotyzmu i ekshibicjonizmu zarazem, chociaż rozumiem, że bywa praktykowany również z przyczyn marketingowych. Pozwalam sobie na luksus bycia obok. A co do własnej strony, rzecz jest przyszłościowa, każdy kontakt z czytelnikiem jest ważny. Nie ukrywam jednak, że kontakty bezpośrednie, osobiste są najcenniejsze, przynoszą najwięcej satysfakcji.

 

Bez wątpienia, też lubię rozmowy z czytelnikami na żywo… Jest Pan z wykształcenia polonistą, ale też teologiem. Hm, czy teologia i kryminały trochę się ze sobą, mówiąc kolokwialnie, nie gryzą?

Nie gryzą się, broń Boże, nomen omen. Kryminał opisuje zbrodnię, zbrodnia jest czymś, co dotyka duszy, cierpienia, sumienia. Z perspektywy tych haseł wywoławczych dobrze się komponuje portrety psychologiczne. Choć oczywiście moim zamiarem nie jest tworzenie powieści konfesyjnych. Umberto Eco nie napisał powieści konfesyjnej, a mimo to Imię róży bardzo mocno dotyka kwestii teologicznych, o problemie sumienia i grzechu już nie wspominając. A w moich książkach są zdeklarowani katolicy, protestanci i żydzi, co urozmaica fabułę, a przy okazji oddaje realia miejsc, które opisuję.

 

A właściwie kiedy i dlaczego pojawiła się w Pana głowie myśl: „Dobrze, to napiszę kryminał”?

Pojawiła się nagle, w momencie, kiedy poznałem historię zabójstwa gimnazjalisty w Chojnicach, bo tam zamordowano pierwowzór mojego Johanna Wendersa z Wejherowa. Wszystko w tej historii wydało mi się warte zainteresowania, włącznie z niewykryciem sprawcy, co uwydatniało tajemniczość całości. Klimat małego miasta, jego hermetyczność, urok dawności… Wiedziałem od razu, że muszę zmierzyć się z tym tematem.

 

Deklaruje się Pan jako fascynat kuchni krajów byłej monarchii austro-węgierskiej. W teorii czy praktyce? Chce Pan zdetronizować mojego imiennika Makłowicza?

Ja po prostu lubię tamtejsze kulinaria. Moja fascynacja to fascynacja smakosza. Gulasze, knedle, kminek, strudel, zupy rybne, papryka pod każdą postacią! Mam to szczęście, że moja żona przyrządza fenomenalny gulasz segedyński. Lubię też, będąc na przykład na wakacjach na Słowacji, odnajdywać kulinarne wpływy narodów byłej monarchii.

 

Przestanę już Pana męczyć o kwestie osobiste. Najpierw zaczął pisać Pan cykl powieściowy Sprawy inspektora Brauna, na który składają się powieści Pruska zagadka i Fotografia. Ich akcja rozgrywa się na początku XX wieku w Wejherowie, a głównym bohaterem jest błyskotliwi inspektor z Berlina, w połowie Polak. Czemu postawił Pan akurat na ten czas, to miejsce i takiego właśnie bohatera?

Czas i miejsce wynika po prostu z realiów, w których wydarzyła się prawdziwa zbrodnia. Z Chojnic do Wejherowa droga niedaleka: ta sama rejencja w państwie niemieckim, ta sama wielkość i stosunki narodowościowe. A bohater? W połowie Prusak, więc powinien by być poukładany i systematyczny. A drobne dziwactwa – każdy je ma. Jest sentymentalny, ale bywa cyniczny i apodyktyczny. Sprzeczności to także cecha właściwa naszemu gatunkowi.

 

W powieściach tego cyklu rozbudował Pan warstwę historyczną, detalicznie opisując miejsce akcji, panujące wtedy stosunki narodowościowe, społeczne i religijne, czy – na przykład – funkcjonowanie kolei w Pruskiej zagadce. Nie obawiał się Pan, że zniechęci to czytelników, którzy lubią przede wszystkim wartką kryminalną akcję?

Na szczęście jest wiele książek, w których czytelnik oczekujący jedynie akcji i konfliktów między przestępcami a organami śledczymi znajdzie to, czego szuka. Jest jednak wielu czytelników zainteresowanych osobliwościami i cechami charakterystycznymi dla określonej epoki historycznej, którzy lubią dowiadywać się, jak zmienił się świat. I raczej do tych czytelników adresuję moje książki. Nieprzypadkowo umieszczam akcję tych książek w realiach, które bezpowrotnie minęły. Minęły, a więc – należy je odtworzyć, skoro o nich piszę.

 

Bohaterowie cyklu mówią w sposób bardzo wyszukany. Jasne, że i język, i sposób konwersacji  - wszystko to ponad 100 lat temu wyglądało inaczej niż obecnie. Ale w Pana powieściach dosyć wyszukanym językiem posługują się też choćby robotnik czy służąca. Nie przesadził Pan nieco? A może to celowy zabieg? W końcu autorzy kryminałów zwykle niezbyt dbają o styl… Pan zaś posługuje się wyszukaną polszczyzną.

Wielu autorów kryminałów dba o styl! Uważam, że bohaterowie moich książek posługują się językiem dostosowanym do wykształcenia i przynależności społecznej. Należy jednak pamiętać, że na przykład sto lat temu istniała tendencja do podnoszenia kultury warstw niższych do poziomu tych bardziej uprzywilejowanych. Takie naśladownictwo, choć niekiedy pretensjonalne, było stosunkowo częste i mimo wszystko pozytywne. Dzisiaj bywa odwrotnie, tak zwani intelektualiści często chcą przypodobać się tłumom i zdarzają się im wypowiedzi dostosowujące język do poziomu ulicy.

 

W najnowszej powieści, Gdańskim depozycie, nieco zmienił Pan czas i miejsce akcji. Wolne (choć już nie tak bardzo…) Miasto Gdańsk, zbliża się wojna… Trochę to przypomina świetny polski serial kryminalny z lat 80. Na kłopoty Bednarski

To był rzeczywiście zabawny serial, choć dziś technologia produkcji filmowej jest niewyobrażalnie wyższa. Ale dialogi… Z serialem moją książkę łączy czas i miejsce, ale Gdański depozyt jest, w moim przekonaniu, tragikomedią. Historią o niekompetencji, improwizacji, ale też odwiecznych marzeniach i namiętnościach. O tęsknocie do bogactwa, ale i do miłości.

 

W tej powieści jest też inny styl, inna konstrukcja niż w Pana poprzednich książkach. Szybsza akcja, więcej dowcipu , mniej historycznych wtrętów. To jednorazowa zmiana czy efekt pisarskiej ewolucji?

Ewolucja autora jest niewiadomą. Nigdy nie jest tak, że podąża w jednym kierunku. Zależy też od opisywanych czasów i tematyki. Koniec lat 30. był właśnie taki: szybki, rzadziej celebrowało się rzeczy ważne kilkadziesiąt lat wcześniej. Gdybym opisywał dwór hiszpański przełomu XVI i XVII wieku, atmosfera byłaby statyczna, gęsta, mroczna. Czyli podobna do tej z Pruskiej zagadki. O realia dwudziestolecia, również obyczajowe, zatroszczyła się moja żona, która interesuje się tą epoką, jest też autorką Kalendarium życia kulturalnego i literackiego Wejherowa w dwudziestoleciu międzywojennym. I dobrze było wyzbyć się w najnowszej książce dziewiętnastowiecznego gorsetu. Choć ma on wiele uroku!

 

A co dalej? Kontynuacja cyklu z Braunem, coś w stylu Gdańskiego depozytu czy zupełna niespodzianka?  

Są pewne plany, ale nie chcę zapeszać, a z Ignazem Braunem może kiedyś się jeszcze spotkamy.

 

Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Agnieszka Krawczyk, Morderstwo niedoskonałe

czwartek, 27 października 2011 14:41

 

Mroczny Kusibab

 

Agnieszka Krawczyk, Morderstwo niedoskonałe, Wydawnictwo SOL, Grójec 2011, s. 285.

 

         Na swojej stronie internetowej Agnieszka Krawczyk stwierdza: „Piszę wesołe książki”. Nic dodać, nic ująć. Morderstwo niedoskonałe – choć tytuł na to nie wskazuje – bez wątpienie wesołą książką jest. Autorka – jak sądzę – świetnie się bawi, pisząc powieści, i chce też bawić czytelników. Proste? Proste i skuteczne!

         Tytuł nowej powieści Krawczyk sugeruje, że mamy do czynienia z kryminałem, co poniekąd jest słuszne, bo ta książka to – posłużę się zgrabnym określeniem Marcina Wrońskiego – krymi-zgrywa, czyli kryminał na wesoło. Akcja powieści rozgrywa się w środowisku redaktorów pracujących „w małym wydawnictwie publikującym absolutnie wszystko”. Właściciel wydawnictwa – przez pracowników zwany pieszczotliwie Preziem – postanawia wypromować świetnie rokującego, jego zdaniem, pisarza z nurtu fantastyki o wdzięcznym nazwisku Kusibab. Problem jest taki, że redaktorom zawieruszył się gdzieś tekst książki przyszłej gwiazdy literatury a autor jest nieuchwytny. Od czego jednak kreatywność! Czwórka redaktorów – głównych bohaterów powieści – fabrykuje tekst Kusibaba. Ale to nie koniec ich kłopotów. Kusibab okazuję się personą tajemniczą i mroczną, często zmienia nie tylko miejsce zamieszkania, ale i tożsamość, do tego chętnie przebiera się w damskie fatałaszki. A w końcu znika. Chce go znaleźć Prezio, ale też policja… Zdesperowanym redaktorom nie pozostaje nic innego, jak wytropić Kusibaba.

         Intryga kryminalna w Morderstwie niedoskonałym jest absurdalna, ale taka właśnie miała być. Do tego – nie jest ona w powieści najistotniejsza. Co w takim razie? Książka Krawczyk to – pomijając warstwę obyczajową – zjadliwa satyra na nasz współczesny rynek książki, opowieść o żądnych finansowego sukcesu za wszelką cenę wydawcach, ogarniętych manią wielkości grafomanach… Temat może niszowy, ale autorka ubogaciła go taką ilością wiców i anegdot, że nawet ktoś niezaineresowany przyszłością naszego piśmiennictwa, przeczyta Morderstwo… bez stresu. I nawet mniejsza o to, że akcja w powieści momentami niedomaga, grzęźnie w dygresjach i historyjkach. Krawczyk jest urodzoną gawędziarką – a takim pewne rzeczy się wybacza.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Konkurs z Krzysztofem Kotowskim

czwartek, 27 października 2011 12:52

 

Do wygrania jest jeden egzemplarz nowej powieści Krzysztofa Kotowskiego Krew na placu lalek (Wydawnictwo Prószyński i S-ka). Jak to zrobić? To proste - wystarczy odpowiedzieć na pytanie:

Jak nazywa się główny bohater (dziennikarz) cyklu powieści Kotowskiego, do którego należą między innymi książki Marika i Obława?

Odpowiedzi proszę nadsyłać na adres: ostiaczy1@wp.pl

Rozwiązanie konkursu nastąpi dnia 07.11.

Zapraszam do udziału w konkursie i życzę powodzenia w losowaniu nagrody!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Elly Griffiths, Szlak kości

poniedziałek, 24 października 2011 19:14

 

Pani od kości

 

Elly Griffiths, Szlak kości, przekł. Agnieszka Kuc, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 355.

 

          Od momentu, kiedy nastała moda na umieszczanie w prozie kryminalnej postaci naukowców z różnych dziedzin, wspomagających policyjne śledztwa, pojawiło się w kryminałach całkiem sporo pań od kości, antropolożek czy archeolożek badających szczątki. Najpopularniejszą, dzięki niezłemu serialowi telewizyjnemu, jest oczywiście Bones, czyli Temperance Brennan wykreowana przez pisarkę Kathy Reichs. Podobną bohaterkę stworzyła angielska pisarka Elly Griffiths, w serii zapoczątkowanej Szlakiem kości, a jest to archeolożka Ruth Galloway. Nieubłaganie zbliża się do czterdziestki, jest singielką, ma nadwagę, dwa kociska, niewielki dom na odludziu i jasną, podszytą rezygnacją, wizję swojej przyszłości – jest przekonana, że w ciągu najbliższych lat nie czeka jej nic więcej niż niezbyt absorbująca, choć lubiana praca na uczelni, opiekowanie się futrzakami i babskie wieczory z przyjaciółką mającą bardzo romansową naturę.  

         Nie przez przypadek zacząłem od prezentacji bohaterki cyklu, bo jego pierwsza część to właściwie powieść z rodzaju „trzy w jednym”. Griffiths rozbudowuje warstwę obyczajową, ukazując życiowe perypetie Ruth, dodaje do tego sporo informacji na temat archeologii oraz rozmaitych pradawnych społeczności i kultów, zaś intrygi kryminalnej używa jako kręgosłupa, który ma całość utrzymać w literackim pionie. Tyle tylko że w tym przypadku jest to kręgosłup wątły i słabowity.

         Rzecz rozgrywa się w hrabstwie Notfolk, gdzie toczy się śledztwo w sprawie, w której ofiarami są – no cóż za niespodzianka! – dzieci. Ruth zostaje policyjną konsultantką trochę przez przypadek, bo z jednej strony sprawa wiąże się z miejscem, obok którego archeolożka mieszka i gdzie dziesięć lat wcześniej prowadziła wykopaliska, z drugiej – bohaterka zainteresowana jest, choć się do tego nie przyznaje sama przed sobą, prowadzącym śledztwo inspektorem Harrym Nelsonem. I wszystko byłoby nieźle, gdyby nie nadgorliwość autorki, która rozrzuciła w tekście zbyt wiele wyraźnych wskazówek, pozwalających czytelnikowi na odkrycie tożsamości zbrodniarza. Inaczej rzecz ujmując, bardzo szybko można się zorientować, kto w Szlaku kości jest tym złym, co sprawia, że wprowadzane przez autorkę mylne topy zwyczajnie przestają mieć sens.

         Wyraźne braki w konstrukcji intrygi to jednak betka, po kolejną część cyklu nie sięgnę z innego powodu. Wydaje mi się, że Ruth jak na postać mającą pociągnąć cały cykl powieściowy, jest nazbyt zwyczajna, bezbarwna; nie czaruje „pięknym umysłem”, jej życiowe perypetie są banalne. Brakuje jej „tego czegoś”, co ma Bones, na przykład błyskotliwości czy pewnej nonszalancji w podchodzeniu do codziennych problemów. A już całkiem prosto objaśniając – takich postaci jak Ruth w rozmaitych odmianach najnowszej prozy były już setki, jeśli nie tysiące. Cóż, przyjdzie mi wrócić do Reichs…   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Konrad T. Lewandowski, Anioły muszą odejść

piątek, 14 października 2011 17:39

 

Się czyta!

 

Konrad T. Lewandowski, Anioły muszą odejść, Wydawnictwo G+J, Warszawa 2011, s. 485.

 

         Z umieszczonej na czwartej stronie okładki nowej powieści Konrada T. Lewandowskiego wypowiedzi autora dowiedziałem się, że impulsem do powstania książki była złość na to, co niektórzy bredzą na temat Powstania Warszawskiego. Wiadomo jednak, że złość piękności szkodzi, a ta potoczna mądrość wyjątkowo często sprawdza się w odniesieniu do literatury, w której jedynie z rzadka frustracje i złości przekładają się na urodę tekstu. W przypadku powieści Anioły muszą odejść złość wcale nie zmąciła urody literatury.

          Lewandowski z niejednego piec chleb już jadł, w swoim pisarstwie swobodnie żongluje rozmaitymi konwencjami prozatorskimi, co widoczne jest także w Aniołach… Powieść trudno jest dookreślić gatunkowo, bo znaleźć można w niej elementy fantastyki – by tak rzec – eschatologicznej, political fiction, pomieszane z czystej wody eseistyką. Rzecz tyczy swoistej bitwy o Warszawę, którą toczą między sobą… demony i anioły (tak właśnie!). Demony dwóch kobiet, które wieki temu zostały niesłusznie skazane i brutalnie zgładzone, poprzysięgają pomstę na Warszawie i ich mieszkańcach. To one odpowiedzialne są za wszelkie klęski, które spadają na stolicę (między innymi za dramat Powstania). Raz po raz próbują ją zgładzić i dawno by się im to udało, gdyby nie kontrakcje sił anielskich. Do kolejnego starcia demonów i aniołów ma dojść w czasach nam współczesnych. Tym razem drużyna Naczelnego (tak jeden z aniołów nazywa Boga) prezentuje się wyjątkowo egzotycznie. Właśnie…

         W literaturze wielokroć i na rozmaite sposoby próbowano opisywać zaświaty. Lewandowski robi to po swojemu, w sposób daleki od katolickiej ortodoksji (i dobrze!). Wystarczy wspomnieć, że bohaterami-aniołami w tej powieści są między innymi były zdeklarowany marksista i dziewczę, które niegdyś prowadziło się bardzo swobodnie. W całym tekście autor rozrzucił rozważania na temat Boga, religii i Kościoła katolickiego, stawiając tezy dyskusyjne, by nie rzec kontrowersyjne. Zresztą, podobnie jest w przypadku uwag na temat patriotyzmu i naszej historii. Sądy Lewandowskiego są wyraziste, ostre, a do tego pisarz umiejętnie przekłada je na język obrazów. Dla przykładu: negatywną ocenę zrywu powstańczego wzmacnia wizją zniszczenia Muzeum Powstania Warszawskiego. Prawdopodobnie niejednego czytelnika powieść Anioły… oburzy (na marginesie: akurat ja z wieloma rozpoznania autora Śląskiego dziękczynienia się zgadzam), ale o to właśnie chodzi. Lewandowski chciał włożyć kij w mrowisko – i włożył bardzo umiejętnie. Zastanawiam się tylko, czy mrowisko ów kij zauważy; w końcu wciąż pokutuje u nas przeświadczenie, że dla tzw. poważnych problemów najodpowiedniejszą formą jest sieriozny esej czy równie sieriozna powieść głównego nurtu.

         Lewandowskiemu udało się też to, z czym pisarze realizujący podobne projekty pisarskie mają problemy – umiejętnie połączył warstwę dyskursywną z fabularną. Może akcja w Aniołach… nie jest piekielnie szybka, ale nie nuży, trzyma w napięciu do ostatniej strony, a umiejętnie wprowadzane fragmenty eseistyczne, zawieszając akcję, pobudzają jedynie ciekawość. Mówiąc krótko: się czyta! I się myśli!    


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

środa, 16 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  112 532  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 112532

Lubię to