Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 148 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zbigniew Kruszyński "Kurator"

sobota, 31 stycznia 2015 15:07

Kurator.jpgKrajobraz po utracie

 

Zbigniew Kruszyński, Kurator, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014, ss. 206.

 

         Na pozór odczytanie nowej powieści Zbigniewa Kruszyńskiego wydaje się być oczywiste, jest to książka o sponsoringu, zjawisku – by tak rzec – dyskretnej, ekskluzywnej prostytucji, wciąż jeszcze słabo rozpoznanym, przebijającym się do przestrzeni debaty publicznej od wielkiego dzwonu. Pretekstu do dyskusji na ten temat dostarczył głośny swego czasu film Małgorzaty Szumowskiej Sponsoring (2011). Również w literaturze próbowano już opisywać to zjawisko, na przykład w ciekawej, choć niemal niezauważonej (niesłusznie), powieść Agi Kuligg (pseudonim) zatytułowanej Sponsorowana (2010). W tekście Kuligg główną bohaterką, a zarazem narratorką jest osoba „świadcząca usługi”, pochodząca z głębokiej prowincji młoda kobieta, mieszkająca w Warszawie szeregowa pracownica korporacji, która szansę na jakiekolwiek sensowne „ustawienie” się w życiu widzi jedynie w pozyskaniu pieniędzy z kupczenia własnym ciałem. Natomiast głównym bohaterem Kuratora jest „usługobiorca”. Kto taki?

         Bohater Kuratora zdaje się być pięćdziesięciolatkiem jakich wokoło jest wielu – z nadwagą, początkami łysiny, słabym wzrokiem i przerośniętą prostatą. Tyle tylko że jak na polskie warunki jest człowiekiem majętnym. Dzięki zdobytym w Szwecji pieniądzom wiedzie spokojny żywot rentiera. Praktycznie nie ma rodziny, nie jest związany z nikim, kto byłby mu bliski emocjonalnie, nie udziela się towarzysko. Lubi wykwintną kuchnię i markowe alkohole, hobbystycznie tłumaczy szwedzką poezję, z pełną świadomością, że nikt nie będzie chciał tych tłumaczeń opublikować w formie książkowej. Dla rozrywki przegląda strony internetowe z anonsami kobiet szukających sponsorów, z czasem sam umieszcza oferty. I zaczyna się spotykać z paniami potrzebującymi pieniędzy. Albo na jeden wieczór, zazwyczaj poprzedzony dobrą kolacją, albo na dłużej, gdy zabiera sponsorowane niewiasty w zagraniczne podróże. Czerpie z tych spotkań tyle przyjemności, ile może, przy minimalnej ilości kłopotów i zbędnych komplikacji. Czysta sprawa, jasny układ, w którym obie strony są zadowolone, albo przynajmniej sprawiają takie wrażenie. Choć, oczywiście, pewne problemy koniec końców się pojawiają, bohater staję się ofiarą duetu szantażystek, które próbują wyłudzić od niego sporą kwotę pieniędzy. Tyle tylko że ma on dość środków, by wynająć profesjonalistów, którzy takim problemem się zajmą, załatwią wszystko dyskretnie i skutecznie.

         Tak odczytywany Kurator wypada płasko i blado. Kruszyński nie mówi o sponsoringu niczego poza tym, co czytelnik już może wiedzieć z prasy i innych mediów. Przedstawia jedno z wynaturzeń naszych (choć czy naprawdę jedynie naszych?) materialistycznych czasów. Opisuje czysto „handlowy” układ, w którym kobiety sprzedają usługi w postaci własnego towarzystwa czy seksu, a bohater z takich usług korzysta, uiszczając stosowną opłatę; opisuje w sposób sprawozdawczy, wyzuty z emocji. Bo też żadnych rozterek i emocji w tym układzie nie ma – ani u sponsorowanych, ani u sponsora. Zero dramatu.

         Ale przecież Kruszyński nie jest specjalistą od „prostych historii” (...)

 

Całość tekstu jest dostępna na stronie pisma "Nowa Dekada Krakowska" - http://nowadekada-online.pl/?p=313


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mariusz Sieniewicz "Walizki hipochondryka"

sobota, 24 stycznia 2015 14:08

Sieniewicz_Walizkihi.jpgCiężar „walizek wspomnień”

 

Mariusz Sieniewicz, Walizki hipochondryka, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, ss. 269.

 

         Od pewnego czasu Mariusz Sieniewicz, uznawany za jednego z najlepszych i najoryginalniejszych pisarzy średniego pokolenia, między innymi autor głośnej powieści Czwarte niebo (2003), tkwi gdzieś na uboczu głównego nurtu literatury. Po części – jak sądzę – z własnego wyboru. Olsztyński autor trzyma się z dala od warszawskiego środowiska literackiego, tworzącego nową „centralę”, które ewidentnie zatraciło rozsądek w pogoni za ulotnymi chwilami medialnej sławy. Nie chwyta się nerwowo najmodniejszych tematów i dominujących w danej chwili (pod)gatunków. Konsekwentnie rozwija własny projekt prozy groteskowo-wizyjnej, choć przy tym mocno osadzonej w realiach współczesnych. Rzecz ujmując krótko, robi swoje, czyli wydaje kolejne książki, raz lepsze, raz gorsze (zwykle lepsze…). Są one zauważane, dosyć gęsto komentowane, ale trudno stwierdzić, że Sieniewicz zyskuje rzesze nowych czytelników, że cieszy się nadmiarem uznania. A szkoda, bo ostatnia powieść pisarza, Walizki hipochondryka, to, z co najmniej kilku powodów, książka bardzo ważna i wyjątkowa na tle prozy wydawanej ostatnimi czasy.

         Na początku pisarskiej drogi Sieniewicz kojarzony był z nurtem tzw. prozy roczników 70. (i mniejsza o roztrząsanie, czy istniała rzeczywista wspólnota pokoleniowa czy jedynie jej fantom stworzony na potrzeby krytyki literackiej – to już temat do subtelnych rozważań dla historyków literatury). Do pewnego stopnia też współtworzył młodoliterackie środowisko jako redaktor naczelny znaczącego w owym czasie olsztyńskiego pisma „Portret”. Po kilkunastu latach w Walizkach hipochondryka powiedział: sprawdzam! Postanowił zbadać, co zostało z pomysłów na literaturę, sporów, idei, którymi żył swego czasu (a momentami było to życie bardzo intensywne) młodoliteracki światek. W ten sposób rozpatrywana książka jawi się jako powieść rozliczeniową (...)

 

Całość tekstu dostępna na stronie pisma "Nowa Dekada Krakowska" - http://nowadekada-online.pl/?p=329

        


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rozmowa z Mariuszem Sieniewiczem

poniedziałek, 12 stycznia 2015 13:44

sieniewicz.jpg

Foto - archiwum autora

Walka o sens

 

Z Mariuszem Sieniewiczem rozmawia Robert Ostaszewski

 

W Twojej nowej powieści, Walizkach hipochondryka, głównym bohaterem, a zarazem narratorem jest Emil Śledziennik, czterdziestoletni, mocno zgorzkniały pisarz, który trafia do szpitala na operację kamieni żółciowych. Ale chory jest w tej powieści, jak mi się zdaje, nie tylko Emil (oraz jego towarzysze szpitalnej niedoli), chory jest świat. Czy faktycznie w tak ponurych barwach postrzegasz otaczającą Cię rzeczywistość?

 

Wszystko nam wokół psieje. Chyba tylko po to, aby sięgnąć do geriatryczno-zgredziarskiego banału, że kiedyś było lepiej, nie?… Mam ogromne problemy, by wzbudzać w sobie stan euforycznej naiwności, która rozświetlałaby te – jak mówisz – ponure barwy. Choć nie wiem, czy one są aż tak bardzo ponure. W Walizkach… tkwi chyba duży potencjał komiczny, tragikomiczny. Z drugiej strony dół i oswojone depresje kapciowe, codzienne jako stan naturalny, to częsta cecha u piszących, nieprawdaż, druhu?… W jakiś dojmujący sposób odczuwam groteskowy karnawał artefaktów, pozorów i złudzeń. Oczywiście, sam też w nim uczestniczę, coraz bardziej zniesmaczony sobą, swoimi powierzchownymi gestami sprzeciwu i walką o sens, na przykład: pisania. Jednym słowem, jestem o krok od kapitulacji, którą można nazwać kryzysem wieku średniego i cynicznie wzruszyć ramionami. Świat nie jest chory, coraz bardziej chore są nasze przeświadczenia o świecie, coraz bardziej chory jest ten żałosny narcyzm, który optymiści nazywają podkreślaniem własnej podmiotowości, a Christopher Lash w Kulturze narcyzmu – „baśnią pozbawioną treści”. Stąd też bierze się hipochondria jako potencjalny stan choroby, jako przeczucie jej cienia i tego, że wyda się pustka, ów brak treści, wreszcie realny lęk przed chorobą, przemijaniem, śmiercią. A jednocześnie w świecie zewnętrznym też dzieje się coś zadziwiającego. To zaklinanie piękna i doskonałości, to zaczarowywanie zdrowia, kult szczęśliwego życia, ta filozofia sukcesu i śmierć frajerom… Tym zagadujemy nasze lęki.

 

Porozmawiajmy przez chwilę o tzw. rocznikach 70. w literaturze. Walizki hipochondryka odczytać można między innymi jako rodzaj podsumowania przygód i dokonań prozaików, którzy ze sporym szumem wchodzili do literatury na początku lat pierwszych (przygód, w których w pewnym stopniu obaj uczestniczyliśmy), a nawet jako powieść likwidacyjną. Czy Twoim zdaniem pozostało coś ważnego po tych czasach bohaterskich? Albo – inaczej rzecz ujmując – „co się stało z naszą klasą”?

 

Nie czuję się – nomem omen – na siłach, by dokonać jakiejś historycznoliterackiej analizy. Nastąpiło kompletne zatomizowanie literatury, na szczytach mainstreamowej władzy dokonał się podział łupów. Rządzi pop, kryminał i celebryckie wyroby literaturopodobne plus kilka ważnych nazwisk prozy artystycznej, które jednak postrzegam jako incydentalne przypadki klasycznych karier. Literatura stała się światem nadmiaru, przerostu znaków i znaczeń, które coraz mniej rezonują poza własny obręb. Chyba wszyscy gubimy się w tej wielości tytułów, z których każdy domaga się uwagi. Dopiero teraz z całą mocą odczuwam słowa Manueli Gretkowskiej, że literatura jest hipermarketem, a piszący wytwarza towary-książki, które bez należytej promocji i intelektualnego rabatu nie znajdą zbyt wielu nabywców. A co pozostało po „bohaterskich czasach”? Rocznikom 70. udało się na moment zdusić literacki egotyzm, brulionowy onanizm, tę perspektywę zapatrzonego w siebie „ja” i zwrócić się ku czemuś, co czasem było pogardliwie nazywane „zaangażowaniem”. Jakkolwiek to zabrzmi samochwalczo, roczniki 70., chyba jako pierwsze, oprotestowały porządek świata po roku 1989. Sprawy wykluczenia, galopującej konsumpcji, ślepego liberalizmu flirtującego jednocześnie z jakąś skarlałą formą „polskich mitów”, oddanie głosu przegranym i wyrzuconym na margines „nowego wspaniałego świata” były i są znakiem rozpoznawczym tej literatury. Zrobiliśmy chyba to, co robi każde pokolenie wstępujące: wykrzyczeliśmy, że ten świat jest nieprzedstawiony, że szukamy języka naszej rzeczywistości. No, przynajmniej ja starałem się i staram do dzisiaj to robić. Choć z drugiej strony, tak stawiając pytanie, każesz mi mówić z perspektywy trumny. I jeszcze jedna ważna rzecz: roczniki 70. przychodziły spoza centrali, były zjawiskiem marginesów rzeczywistości. (...)

 

Całość rozmowy na stronie "Nowej Dekady Krakowskiej" - http://nowadekada-online.pl/?p=329


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Levi Henriksen "Śnieg przykryje śnieg"

piątek, 09 stycznia 2015 18:01

Henriksen.jpgNa śnieżnym rozdrożu

 

Levi Henriksen, Śnieg przykryje śnieg, przekł. Milena Skoczko, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2015, ss. 287.

 

         Nie raz, nie dwa pisałem, że bardzo cenię powieści nieoczywiste gatunkowo, balansujące na cienkiej granicy między rozmaitymi formami i schematami gatunkowymi. Niełatwa to sztuczka pisarska, ale co jakiś czas niektórym się udaje – tak chociażby, jak norweskiemu pisarzowi Leviemu Henriksenowi.

         W powieści o nieco tautologicznym tytule Śnieg przykryje śnieg jest przypadek nieoczywistego samobójstwa, trójca nieprzyjemnych typów, chcąca zrobić krzywdę głównemu bohaterowi, wątek przemytu narkotyków i brutalnie pobitego starca; są wreszcie dwaj stróże prawa, jeden nadaktywny, drugi zrezygnowany. Jednak historie mniejszych lub większych zbrodni stanowią w powieści Henriksena jedynie tło opowieści, albo – inaczej rzecz ujmując – podtrzymujące ją rusztowanie. Głównym bohaterem jest trzydziestosiedmioletni Dan Kaspersen, mężczyzna po przejściach, który po odsiedzeniu wyroku za przemyt narkotyków wraca do rodzinnej wioski zagubionej na pograniczu norwesko-szwedzkim. Wraca, aby pochować bardzo bliskiego mu młodszego brata, który (ponoć) popełnił samobójstwo. Dan, odkąd dorósł, był niespokojnym duchem, nigdzie nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Teraz też chce jak najszybciej sprzedać gospodarstwo brata (ich rodzice zginęli lata temu w wypadku drogowym) i ruszyć przed siebie, nie znając celu wędrówki. Ktoś będzie chciał, by Dan jak najszybciej zniknął z wioski, komuś będzie zależało, by tam został. A sam bohater będzie musiał odpowiedzieć sobie między innymi na kluczowe pytanie, czego chce w życiu i od życia.

         Akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat, w grudniu i styczniu, podczas śnieżnej i mroźnej zimy (co zostało bardzo zmyślnie wpisane w kryminalny wątek akcji). Dan znajduje się w stanie zawieszenia, niejako poza czasem. Nie tylko dlatego że zmaga się z trudną pracą żałoby po bracie. Po raz kolejny w życiu staje na rozdrożu, nie za bardzo wiedząc, którą drogę wybrać. Zawsze był porywczy i impulsywny, gonił po świecie, nie wiedząc za czym, i koniec końców zatracił własną tożsamość. Pobyt w domu, w którym urodził się i dorastał, skłania bohatera do otwarcia „walizek wspomnień” (określenie Mariusza Sieniewicza), rozliczenia się z przeszłością, z dzieciństwem spędzonym w małej, specyficznej społeczności zielonoświątkowców, z okresem dorastania, kiedy to musiał opiekować się młodszym bratem. Dan próbuje pogodzić się z przeszłością, zaakceptować fakt, że rodzinna wioska, od której przez całe dorosłe życie nieświadomie uciekał, jednak jest jego miejscem na ziemi, gwarantem jego tożsamości. Pomaga mu w tym kobieta, Mona Steinmyra, również przeczołgana przez życie, ale mająca w sobie dużo więcej wewnętrznej siły niż Dan. Ma siłę, bo mieć musi, nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla swojego kilkumiesięcznego syna. Dan, przebywając z nią, poznaje wagę zwykłych, acz fundamentalnych wartości i uczuć: bliskości drugiej osoby, odpowiedzialności za czyjeś życie, pewności wynikającej z zakorzenienia.

         Posługując się schematami rodem z thrillera i powieści kryminalnej, Henriksen napisał swoisty bildungsroman, opowieść o przyspieszonym z konieczności, choć spóźnionym niemal o dwie dekady, procesie dojrzewania bohatera, mężczyzny-chłopca, którego okoliczności zmusił do zatrzymania się w biegu i odpowiedzi na pytanie: kim jest? Powieść o precyzyjnej fabule i trzymającej w napięciu, choć niespiesznej akcji. Warto też zaznaczyć, że Śnieg przykryje śnieg jest świetnie napisanym kawałkiem prozy, której styl świetnie przystaje do rozsnuwanej przez Henriksena historii. I jeszcze ten tytułowy, „podwojony” śnieg… Opisy przyrody we współczesnej prozie tak polskiej, jak i zagranicznej bywają zwykle nużące. Henriksen zaś pisze o srogiej norweskiej zimie urzekająco do tego stopnia, że aż ma się ochotę pojechać na święta do Norwegii.

         Rzecz ujmując krótko, kolejna w ostatnich miesiącach bardzo dobra powieść z Norwegii.


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Marcin Wroński "Kwestja krwi"

środa, 07 stycznia 2015 9:55

Wronski_Kwestja.jpgCierpienia młodego Maciejewskiego

 

Marcin Wroński, Kwestja krwi, W.A.B., Warszawa 2014, s. 320

 

Po wybornym, wielokrotnie nagradzanym kryminale Pogrom w przyszły wtorek Marcin Wroński wciąż utrzymuje świetną formę.

 

         Najnowsza, siódma już część serii powieści kryminalnych z komisarzem Zygmuntem Maciejewskim jest prequelem, ale jak przystało na Marcina Wrońskiego, najbardziej pomysłowego z polskich „kryminalistów”, bardzo specyficznym. Wprawdzie Kwestja krwi przedstawia przede wszystkim pierwsze poważne śledztwo, które Zyga prowadzi w roku 1926, wtedy jeszcze będąc w stopniu aspiranta, ale bardzo istotne dla sprawy są także wydarzenia o wiele późniejsze, z roku 1952.

         Tuż po szkole policyjnej dwudziestosześcioletni Maciejewski trafia do komendy w Zamościu, gdzie cierpi z nudy i marzy o przeniesieniu do rodzinnego Lublina. Dlatego gdy znika nastoletnia Anna Wołkońska, pochodząca z bogatej i ustosunkowanej rodziny, z niezwykłym zapałem zaczyna poszukiwania. Mimo iż szybko okazuje się, że wcale nie doszło do zaginięcia, lecz zwykłego nieporozumienia, Zyga przeczuwa, że coś w tej sprawie nie gra. Narażając się przełożonym, między innymi znanemu skądinąd komisarzowi Przygodzie, kontynuuje dochodzenie.

         Kwestja krwi zajmuje bardzo ważne miejsce w całości cyklu, ponieważ pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego po latach bohater stał się tym, kim się stał: cynicznym, zgorzkniałym, skorym do bitki i wypitki gliniarzem, dla którego od przestrzegania prawa ważniejsze jest trzymanie się kilku prostych, acz kluczowych zasad moralnych. (...)

 

Całość tekstu dostępna jest w tygodniku "Polityka".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

środa, 16 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  112 506  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 112506

Lubię to