Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 242 995 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Thomas Enger, Letarg

poniedziałek, 30 stycznia 2012 13:24

 

Pismak z bliznami na twarzy

Thomas Enger, Letarg, przekł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 363.

    Informacja iż pojawia się tłumaczenie powieści kolejnego nowego autora kryminałów ze Skandynawii, to już żadna rewelacja. Nie robią też już wrażenia wiadomości promocyjne, że książka tego oto autora świetną jest bez dwóch zdań, prawa do tłumaczeń w licznych krajach sprzedane, adaptacja filmowa w toku… Dlatego do lektury debiutanckiej powieści Norwega Thomasa Engera Letarg, z serii o perypetiach dziennikarza śledczego Henninga Juula, przystępowałem bez zbytniej ekscytacji. Co w niej znalazłem?
    Tradycyjny zestaw elementów charakterystycznych dla skandynawskiego kryminału. Jest w Letargu brutalny mord (zostaje ukamienowana młoda kobieta) i dobrze prowadzona intryga z licznymi zwrotami akcji. Jest wyraźnie zaznaczone tło społeczno-obyczajowe (dysfunkcjonalność rodziny jako źródło tragedii, problemy z muzułmańskimi emigrantami). Jest grupa policjantów, w trudzie i znoju prowadzących śledztwo, i jest w końcu samotny jeździec, pismak z bliznami na twarzy, czyli Juul.
    W powieści Engera dużo bardzie od wątku kryminalnego zaintrygowała mnie kreacja głównego bohatera. To facet po przejściach, ale jakich?! Był świetnym, cenionym i skutecznym dziennikarzem śledczym, ale w jednej chwili jego życie zawaliło się hukiem (płomieni…). W pożarze zginął jego synek, sam Juul doznał oparzeń i złamań, ratując się skokiem z balkonu. Przez dwa lata próbował dojść do siebie fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Nie może sobie darować, że nie zdołał uratować dziecka, lęka się ognia, boi własnego odbicia w lustrze. Wreszcie, jaka tako podleczony, wraca do dziennikarskiej roboty i od razu trafia na sprawę ukamienowanej kobiety. Praca ma być dla niego rodzajem terapii, ale też budzi lęki i demony z przeszłości. Nie pomaga mu fakt, że przez dwa lata jego nieobecności sporo zmieniło się w dziennikarskim światku, że jego była żona, która nadal nie jest mu obojętna, związała się z jego redakcyjnym kolegą. Poza tym sprawa zamordowanej kobiety okazuje się dużo bardziej skomplikowana i niebezpieczna, niż się Juulowi początkowo wydawało, a on sam będzie musiał nie raz, nie dwa ratować własne życia.
    Pewnie sięgnę po kolejną część cyklu kryminalnego Engera, ale – jako się rzekło – głównie po to, aby przekonać się, jak pokaleczony przez los Juul dalej będzie sobie radził ze zmorami z przeszłości.
   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Martha Grimes, Zajazd „Jerozolima”

wtorek, 24 stycznia 2012 18:51

 

Angielska Amerykanka

Martha Grimes, Zajazd „Jerozolima”, przekł. Grzegorz Sowula, W.A.B., Warszawa 2011, s. 342.

    Nie tak dawno Martha Grimes otrzymała prestiżową amerykańską Edgar Award za całokształt osiągnięć w prozie kryminalnej. Kilka miesięcy temu wyszła w tłumaczeniu na polski kolejna powieść tej autorki, zatytułowana Zajazd „Jerozolima”. Z tej okazji wypada skrobnąć kilkanaście zdań o kryminałach Grimes, tym bardziej że pisarka, mimo iż regularnie jest u nas wydawana, nie ma w Polsce przesadnie wiele fanów. Dlaczego? Zaryzykuję twierdzenie, że powodem jest jej „nieamerykańskość”.
    Grimes, zafascynowana Anglią i wyspiarską kulturą, miejscem akcji swojego najbardziej cenionego cyklu kryminalnego z inspektorem Scotland Yardu Richardem Jury uczyniła angielską prowincję, z pietyzmem oddając klimat tamtejszych wiosczyn i miasteczek, wplatając w powieści swoisty przewodnik po prowincjonalnych miejscach najbardziej znanego za współczesnych królestw. Tak też jest w Zajeździe „Jerozolima”, w której to powieści inspektor błąka się śnieżną zimą po niezbyt atrakcyjnych zadupiach w okolicy Newcastel. Jest w tym pomyśle ewidentne odwołanie do kryminalnej klasyki, czyli prozy Agathy Christie, ale też równie ewidentne postawienie na pewną „staroświeckość” kryminalnych opowieści, wyrażającą się u Grimes przynajmniej na trzy sposoby.
    Amerykańscy spece od prozy kryminalnej/sensacyjnej lubują się w tworzeniu opowieści z akcją szybką jak seria z broni maszynowej. Autorka Pod Huncwotem – wręcz przeciwnie. Jej historie toczą się niespiesznie, by nie rzec – leniwie, pisarka bardziej niż na intrydze kryminalnej skupia uwagę na oddawaniu kolorytu lokalnego i przybliżaniu życiowych perypetii głównych bohaterów.
    Właśnie – bohaterowie. W rzeczonym cyklu mamy właściwie dwóch głównych bohaterów, jednym z nich jest wspomniany już policjant Jury, drugim – jego przyjaciel, arystokrata-oryginała Melrose Plant, który… sam zrezygnował z wszystkich należnych mu tytułów, choć nie zrezygnował z arystokratycznego stylu życia. Jury to świetny śledczy, ale żaden twardziel, raczej melancholik, który z pogodną rezygnacją przyjmuje kolejne kosze od kobiet. Co może dziwić, bo przecież Jury jest po męsku urodziwy, inteligentny i momentami nawet dowcipny. A Plant to już w ogóle typ jakich mało! Zblazowany arystokrata-nie-arystokrata, który z nudów bawi się w rozwiązywanie kryminalnych rebusów do spółki z Jurym. I znowu – bohaterowie cyklu Grimes to postaci raczej z kryminalnej klasyki niż współczesnej prozy tego gatunku.
    Grimes tworzy kryminały – by tak rzec – erudycyjne. W narracje wplata nie tylko – o czym już wspominałem – odwołania do klasyki kryminału, ale w ogóle do mocno osadzonych w tradycji europejskiej tekstów literackich, a także do kultury i historii (głównie Anglii). Wielbiciele „twardych” kryminałów mogą to uznać za zbędny balast, mnie akurat nie przeszkadzają ani erudycja, ani „nieamerykańskość”, ani „staroświeckość” tej pisarki. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem nadają one prozie Grimes niepowtarzalnego smaczku. Amerykanie już to docenili, może więc teraz czas na nas…


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rozmowa z Pawłem Jaszczukiem, autorek Marionetek

wtorek, 17 stycznia 2012 18:14

 

Ja i Stern

 

Z Pawłem Jaszczukiem rozmawia Robert Ostaszewski

 

Najbardziej znany jesteś jako autor kryminałów, ale przecież masz na koncie sporo innego rodzaju tekstów. Mógłbyś pokrótce opowiedzieć o swoich rozmaitych pisarskich ścieżkach, bo pewnie część czytelników ma o nich blade pojęcie?

 

Największym życiowym doświadczeniem był kres studiów. Skończyłem Politechnikę Gdańską. Poznałem tam wspaniałych ludzi. Doznałem też wielu rozczarowań. Życie szybko zweryfikowało moje romantyczne poglądy i wciąż domagało się prawdziwej odpowiedzi o swój sens. Właśnie literatura dawała mi taką możliwość. Zacząłem próby literackie od szkiców. Intrygowały mnie związki przedmiotu z nazwą, fascynowały zagadnienia psychologii i filozofii. Pisałem opowiadania, które publikowałem w prasie krajowej, najwięcej w „Dzienniku Pojezierza”, „Odgłosach”, „Tygodniku Kulturalnym”. Wydałem je w zbiorze Ararat. Napisałem też kilka sztuk scenicznych, które odkryły przede mną znaczenie dialogu i dramaturgii. Poczułem, jak to jest, gdy siedzi się na widowni, a ze sceny aktorzy wygłaszają twój tekst.

 

Co właściwie sprawiło, że zainteresowałeś się pisaniem klasycznych kryminałów?

 

Napisałem powieści: Sponsor, Honolulu i Testament. W każdej z nich ważnym spoiwem był wątek sensacyjny. Tylko krok dzielił mnie od napisania klasycznego kryminału.

 

A przy okazji – jaka kryminalna tradycja literacka jest Ci najbliższa? Jakiego rodzaju kryminały najbardziej cenisz, najchętniej czytasz?

 

Nie opieram się na tradycji. Czerpię inspirację z różnych źródeł. Lubię kryminały Patrycji Higsmith, Arnaldura Indriđasona i Belindy Bauer. Cenię też twórczość kolegów i koleżanek po piórze z Polski. Nie wymieniam nazwisk, lecz są autorzy i autorki, których książki czytam z wypiekami na twarzy. Poznałem twórczość Mankella, Nesbø i Thorwalda, lecz „drabinki”, cuda-wianki, epatowanie krwią, seksem i sadyzmem – jakkolwiek to zabrzmi – nie są dla mnie do końca zrozumiałe.

 

Akcja Twojego cyklu kryminalnego rozgrywa się w przedwojennym Lwowie. Z czego wziął się wybór akurat takiego miejsca i czasu? Wiem, że grasz na gitarze i chętnie śpiewasz rosyjskie romanse. Czy taki wybór wynika z fascynacji kulturą kresową, czy szerzej – wschodnią?

 

Blisko ćwierć wieku temu usłyszałem od znajomej przerażającą historię, która zdarzyła się na Kresach. Od razu przyszedł mi do głowy Lwów. Lubię wyprawy w przeszłość i dystans do opisywanych historii. Nie jest to wyprawa aż tak daleka. Młodość moich rodziców przypada na okres przedwojenny i okupację. Fascynuje mnie i zarazem przeraża nasz wielki wschodni sąsiad. W trakcie studiów czytałem Dostojewskiego w oryginale. Właśnie lektura Zbrodni i kary była odpaleniem lontu. Na krótko przerwałem studia. Na gwałt szukałem odpowiedzi na dołujące pytania. Były też niewyobrażalnie trudne decyzje: zamieniłem gitarę klasyczną na rosyjski kalkulator, na którym mogłem przeprowadzić wyliczenia konstrukcyjne do projektu. Dziś nastrojowe romanse rosyjskie pozwalają mi rozładować stres i prowokują do rozmyślań. Gdybym znał niemieckie romanse, pewnie spróbowałbym się ich nauczyć. W każdym razie, żeby nie łamać zasady, Lili Marlene śpiewam po rosyjsku.

 

Główny bohaterem cyklu jest dziennikarz z kroniki kryminalnej lwowskiego „Kuriera”, Jakub Stern. Czemu wybrałeś taką właśnie postać, a nie – dla przykładu – bezwzględnego glinę, albo powiązanego z półświatkiem prywatnego detektywa?

 

Dziennikarz daje mi większe możliwości twórcze. W młodości chciałem zostać dziennikarzem. Chyba dobrze się stało, że poprzestałem na marzeniach. Zaletą mojej postaci jest to, że może być na miejscu zbrodni przed policją.

 

Interesuje mnie techniczna strona pisania cyklu kryminalnego. Wiem, że na przykład Marek Krajewski przed przystąpieniem do pisania sporządza drobiazgowy plan tekstu. Też tak robisz, czy idziesz na żywioł, pozwalając nieść się fabule?

 

Pisanie powieści to równanie z wieloma niewiadomymi. Czasem „mam” zakończenie i akcja powieści nieuchronnie zmierza do zakodowanej sceny. Niekiedy znam tylko sen bohatera, lecz co to za bohater, tego nie wiem. Na szczęście życia i powieści nie da się precyzyjnie zaplanować.  

 

A losy Sterna rozpisałeś sobie na samym początku pracy nad cyklem, czy po prostu ewoluują one powoli z powieści na powieść?

 

Razem ze Sternem wyciągamy lekcje z życia.

 

Jak już jesteśmy przy sprawach techniki pisarskiej – jak pracujesz nad stworzeniem obrazu przedwojennego Lwowa? Wertujesz opracowania historyczne, stare mapy? Robisz dokumentację na miejscu, bo wiem, że jeździsz za naszą wschodnią granicę?

 

Nazwałem swoją pisarską technikę – patchworkiem. Tkam, wycinam, zszywam, fastryguję, łatam, obrębiam i doklejam. Plan Lwowa od ciągłego używania jest już podklejony taśmą. Czytam stare gazety, które leżą na wyciągniecie ręki. Boże, czego tam nie ma? Poznaję relacje świadków, ciekawią mnie wspomnienia. Mistrzowie? To Janicki, Michotek, Szolginia. Przy ich erudycji czuję się karłem. Przeglądam zdjęcia, które zrobiłem w trakcie wyjazdów. W maju zeszłego roku (kiedy kończyłem Marionetki) wspiąłem się ponownie na Wysoki Zamek. Zaszyłem się w krzakach, dotykałem kamieni i włożyłem głowę w otwór strzelniczy. W poszukiwaniu detali zaglądałem do domów w okolicy rynku. Uwielbiam lwowskie bruki. Mogę się na nie gapić godzinami! Odwiedziłem Pohulankę, gdzie mieszka mój bohater z żoną i dziećmi. Lecz nie skłamię, gdy powiem, że największe możliwości daje dziś Internet.

 

W Twoich kryminałach zwykle pojawiają się inteligentni, ale psychopatyczni mordercy, mordujący w wyrafinowany sposób. Dlaczego akurat tacy? To po prostu wykorzystanie kryminalnej konwencje czy sprawa fascynacji Złem? Choć nie, słowo „fascynacja”, jest tu chyba nie na miejscu, więc może raczej: próba zrozumienia fenomenu ekstremalnego Zła?

 

Konwencja? – Nie daj Bóg! Fascynacja złem? – Brzydzę się nim i staramy się je ze Sternem przechytrzyć.

 

Pytam o to wszystkich autorów kryminałów retro, wiec i Ciebie też spytam: co jest ważniejsze w tej odmianie kryminał – historia czy intryga kryminalna?

 

Intryga kryminalna osadzona w historycznych realiach.

 

Dobrze, zostawmy Twoje kryminały… Ostatnio coraz częściej spotykam się z twierdzeniami, że formuła polskiego kryminału retro już się wyczerpała. Zgadzasz się z tym?

 

W moim przypadku pisanie kryminału retro, to za każdym razem nowa kreacja. To nowi bohaterowi, nowe sytuacje, nowe odkrycia. Ja chcę tego, o czym marzy czytelnik, zaskakiwać siebie i odkrywać. Chcę być tam, gdzie padnie światło mojej latarki, w piwnicy, którą sam odkopię. Nie wiem nic o formule polskiego kryminału retro.

 

Z drugiej strony, kryminały z roku na rok stają się coraz popularniejsze, zyskują nowych czytelników. Jakie są, Twoim zdaniem, przyczyny boomu kryminalnego?

 

To rzeczywiście dające do myślenia zjawisko. Zapewne działa tu mechanizm śnieżnej kuli. Nie chcę być złym prorokiem, lecz kiedyś przyjdzie odwilż.

 

Oby przyszła jak najpóźniej… Mieszkasz w Olsztynie, w którym jest wielu ciekawych prozaików, ale właściwie tylko Ty piszesz klasyczne kryminały. Nie korciło Cię, żeby akcję kryminalnej historii umieścić gdzieś na Warmii czy Mazurach?

 

Korciło i to jak! Napisałem Sponsora, który został nieźle oceniony przez Zygmunta Kałużyńskiego. Jego akcja toczy się zarówno w Olsztynie, jak i w scenerii, o której mogą tylko pomarzyć zmęczeni życiem warszawiacy. Napisałem nawet według tej powieści scenariusz filmowy. Nie chcę być identyfikowany tylko z moim miastem. Boję się zaszufladkowania i tego, że stracę z oczu uniwersalia. Dlatego wybrałem Lwów.

 

O czym będzie Twój następny kryminał, też o Lwowie i Sternie?

 

Stern nie upoważnił mnie, bym zdradzał jego nowe sekrety.

 

Niech więc pozostanie to tajemnicą Sterna. Dziękuję za rozmowę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Adrianna Ewa Stawska, Karmiąc zło

poniedziałek, 16 stycznia 2012 17:04

 

Zbrodnia i gotowanie

 

Adrianna Ewa Stawska, Karmiąc zło, seria Super kryminał, t. 1, Wydawnictwo Pi, Warszawa 2012, s. 186.

 

         Niedawno na naszym rynku książki pojawiła się nowa, dosyć nietypowa seria kryminalna, nazwana w krótkich żołnierskich słowach – Super kryminał. Dlaczego nietypowa? To seria tanich książek (cena tomu pierwszego to 9,99 zł), rozprowadzanych poprzez punkty sprzedaży prasy i Internet. Wydawca prezentuje w niej teksty zarówno polskie, jak i zagraniczne, debiuty, ale też wznowienia. Na pierwszy ogień poszła proza Adrianny Ewy Stawskiej. Z miejsca sięgnąłem po Karmiąc zło, będąc ciekaw nie tylko nowej serii, ale też tego, co ma do zaproponowania autorka całkiem niezłego kryminału, jakim jest powieść Śmierć w klasztorze.

         Karmiąc zło to nie tyle powieść, co raczej dłuższe opowiadanie (książka złożona zostało dużą czcionką, stąd wzięło się 186 stron). Autorka połączyła w niej zamiłowanie do kreślenia historyjek o zbrodniach z kulinarną pasją. Akcja rozgrywa się w światku topowych warszawskich kucharzy, którzy bezustannie ze sobą rywalizują. Podczas ważnego bankietu umiera jeden z nich, Hubert Renkiel; wszystko wskazuje na to, że zatruł się azotynem sodu, używanym między innymi do peklowania mięsa. Właśnie – zatruł się, czy ktoś go otruł? Sprawą zajmują się dwaj nadkomisarze, Czesio Wituła i Lonia Antałowicz.

         Stawska „upichciła” całkiem udaną opowieść kryminalną. Śledztwo początkowo rozłazi się policjantom, którzy gubią się pośród rozmaitych wątków i poszlak. Okazuje się, że wiele osób miało i motyw, i sposobność otrucia kucharza – zazdroszczący mu medialnej sławy i kolejnych sukcesów koledzy po fachu, byłe kochanki, których wprawdzie nie wykorzystywał, ale jednak wyraźnie się nimi bawił. Koniec końców policjanci – jak łatwo się domyślić – dopadają mordercę. W tym miejscu drobne zastrzeżenie: autorka rozrzuciła w tekście zbyt wiele wskazówek co do tożsamości mordercy, tak iż dosyć szybko można udzielić odpowiedzi na kluczowe pytanie: „Kto zabił?” Choć, dodam, motywacja zabójstwa jest dosyć zaskakująca.

         Mocną stroną tekstu jest policyjny duet Wituła i Antałowicz. To dwa sporych gabarytów „miśki” – sympatyczni, inteligentni i skuteczni. Może kreacja tych postaci niewiele ma wspólnego z realiami, ale też Stawskiej – jak podejrzewam – chodziło przede wszystkim o stworzenie zajmującej, lekkostrawnej opowieści, którą „łyka się” z przyjemnością w dwie godziny. To się autorce w pełni udało.

         Na koniec nie mogę się jednak powstrzymać od złośliwości. Jakiś czas temu obiecywałem sobie, że więcej nie będę pisał o edytorskich wpadkach, literówkach, korektorskich kiksach, bo musiałbym pisać o tym na okrągło. Smutne to, ale niestety prawdziwe. Tym razem jednak nie mogę się powstrzymać. Ilość błędów korektorskich w tekście Karmiąc zło przekracza wszelkie dopuszczalne granice. Rozumiem, że wydawca chciał przygotować tzw. tanią edycję, ale żeby oszczędzać akurat na korekcie… Tak się nie godzi!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Paweł Jaszczuk, Marionetki

wtorek, 10 stycznia 2012 21:57

 

Poobijany Stern

 

Paweł Jaszczuk, Marionetki, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 339.

 

         Ostatnimi czasy coraz częściej spotykam się z opiniami, że formuła polskiego kryminału retro, w jego odmianie przedstawiającej opowieści z czasów międzywojennych, nieco się już wyczerpała, że czytelnicy są już nią znużeni. Oczywiście – czytelnicza łaska na pstrym koniu jeździ… Ale nie zgodzę się z twierdzeniem, że literacka jakość retrokryminałów dramatycznie spadła. Niektórzy autorzy tej pododmiany kryminału trochę obniżyli loty, inni jednak mają się dobrze, a nawet z książki na książkę lepiej. To przypadek choćby Pawła Jaszczuka.

         Olsztyński pisarz jest autorem – między innymi – cyklu kryminałów o przypadkach dziennikarza śledczego Jakuba Sterna, których akcja rozgrywa się przed wojną we Lwowie. Już pierwsza część cyklu, powieść Foresta umbra (2004), uhonorowana została prestiżową Nagrodą Wielkiego Kalibru. Jaszczuk nie spoczął jednak na laurach, dalej szlifował kryminalne narracje, dzięki czemu kolejne części serii, Plan Sary (2011) i wchodzące właśnie na rynek Marionetki, są coraz lepsze. W każdej z nich pisarz posłużył się tym samym schematem: główny bohater z jednej strony zmaga się z zawirowaniami w życiu prywatnym (problemy z porozumieniem się z przełożonymi i bliskimi), z drugiej – prowadzi dziennikarskie śledztwa w sprawie seryjnych zabójstw, dokonywanych zwykle przez zaburzonych psychicznie i emocjonalnie zwyrodnialców, nie raz, nie dwa ryzykując swoje i współpracowników życie oraz zdrowie, i wchodząc w paradę inspektorowi Ziębie. Nie inaczej jest w Marionetkach. W brutalny sposób zostają zamordowane osoby związane ze światkiem lwowskiej bohemy teatralnej. Sprawa wydaje się dziwaczna i powikłana, tym bardziej że ważną rolę zdają się odgrywać w niej… teatralne marionetki. Przy tym sam Stern jest coraz bardziej poobijany, otrzymuje ciosy z każdej strony: dowiaduje się o śmierci starszego brata, jego matka trafia do szpitala dla psychicznie chorych, żona podejrzewa go o zdradę, a redaktor naczelny „Kuriera” sugeruję, że jego posada w gazecie jest zagrożona… Nic więc dziwnego że prowadzenie śledztwa przychodzi mu z trudem.

         Dlaczego jestem zdania, że Marionetki są lepsze od poprzednich części cyklu? Proza kryminalna Jaszczuka nabrała fabularnego oddechu. W poprzednich książkach autor koncentrował uwagę przede wszystkim na wątku kryminalnym, w nowej zdecydowanie więcej miejsca poświęcił przybliżaniu specyfiki relacji – co tu kryć, pokomplikowanych – Sterna z bliskimi i współpracownikami. Coraz ciekawszy, by tak rzec – namacalny, staje się też w powieściach Jaszczuka obraz Lwowa lat 30. ubiegłego wieku. Oczywiście, niektórych czytelników może drażnić drobiazgowość opisów miasta i lokalnego kolorytu. Jednak inaczej być – jak sądzę – w tym przypadku nie może. Kryminały takie, jak Jaszczuka – podobnie zresztą jak teksty należące do popularnego swego czasu nurtu „małych ojczyzn” – stanowią coś w rodzaju literackich wypraw do zaginionych światów, miejsc, które przeorała, zniszczyła Historia. Pewna antykwaryczna skrupulatność jest więc w nich niezbędna. W końcu, Marionetki to nie jest tylko i wyłącznie opowieść o krwawych zbrodniach. Na szczęście.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

środa, 24 maja 2017

Licznik odwiedzin:  108 612  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 108612

Lubię to