Bloog Wirtualna Polska
Są 1 273 362 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Robert Dugoni "Jej ostatni oddech"

poniedziałek, 20 listopada 2017 19:35

Dugoni.jpg

Psychol ze Seattle

Robert Dugoni, Jej ostatni oddech, przeł. Lech Z. Żołędziowski, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 399.

    Powieści (szczególnie amerykańskich), w których pojawia się wątek psychopaty w mniej lub bardziej wymyślny sposób mordującego kobiety, jest na pęczki. Teraz pojawiła się kolejna - Jej ostatni oddech, którą napisał Amerykanin Robert Dugoni. Jest to druga część serii z policyjną detektyw Tracy Crosswhite i to właśnie ta bohaterka skusiła mnie do lektury. Bo prawdę powiedziawszy, opowieści o zwyrodnialcach znęcających się nad kobietami mam już w literaturze dosyć.
    Książka Dugoniego jest jedną z tych powieści wykreślonych od linijki, w której właściwie znajduje się wszystko, co w tym rodzaju opowieści być powinno. Oczywiście jest psychopata "ochrzczony" mianem Kowboja, który w Seattle zabija w motelowych pokojach kobiety zarabiające na chleb tańcem w frywolnych barach. I oczywiście - morduje wymyślnie, w sposób - by tak rzec - bezdotykowy, bo jedynie wiąże je w tak wymyślny sposób ("w kołyskę"), że same się duszą. I jak to zwykle w takich historiach mieszkańcy są coraz bardziej zaniepokojeni, media szaleją, a policjanci ze specjalnie powołanej grupy, na czele której staje Tracy, kręcą się wokół, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Trudno się do historii wymyślonej przez amerykańskiego pisarza przyczepić, złapać na jakichś błędach konstrukcyjny, tylko tylko że - jak dla mnie - jest to ledwie solidne rzemiosło bez polotu i niespodzianki. I nic więcej. Powieść, którą można przeczytać, ale niekoniecznie trzeba.
    Ciekawy wydał mi się tylko jeden wątek przewijający się przez całą powieść - wojny podjazdowej, którą Tracy toczy ze swoim szefem kapitanem Nolasco. Dzielą ich zadawnione animozje, a do tego przełożony jest wrednym typem, który własne ambicje stawia ponad dobro jednostki. Nolano specjalnie wyznacza Tracy na dowódcę grupy zadaniowej w sprawie Kowboja, licząc, że detektyw się na niej wyłoży. Są w tym wątku ujęte subtelne gry władzy, tło seksistowskie, a także animozje między funkcjonariuszami "starej" i "nowej" daty. Było w niej nie mniej dynamiki niż w głównym wątku intrygi kryminalnej.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Paweł Jaszczuk "Lekcja martwej mowy"

poniedziałek, 06 listopada 2017 17:44

Jaszczuk_Lekcja.jpg

Agenci, wszędzie agenci

Paweł Jaszczuk, Lekcja martwej mowy, Wydawnictwo Szara Godzina, Katowice 2017, s. 298.

    Lekcja martwej mowy? Czy już podobnego tytułu nie było? Otóż, dobrze sobie Państwo przypominają, był, a chodzi o niewielką powieść z roku 1977 zatytułowaną Lekcja martwego języka autorstwa Andrzeja Kuśniewicza (1904-1993), jednego z ciekawszych polskich prozaików XX wieku, choć dziś niemal kompletnie zapomnianego. W nowym kryminale Pawła Jaszczuka - piątej części serii kryminalnej z Jakubem Sternem - znalazły się jednak nie tylko intertekstualne nawiązania do książek Kuśniewicza, ale również odniesienia do biografii pisarza, który "wsławił" się tym, że był aktywnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa i donosił na kolegów ze środowiska literackiego.
    Akcja Lekcji martwej mowy rozgrywa się przede wszystkim w roku 1968, po wydarzeniach marcowych a przed interwencją wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, ale retrospekcje sięgają czasów wojny z bolszewikami oraz II wojny światowej. Stern od lat mieszka w Warszawie, gdzie wykłada na prawie. Niespodziewanie dostaje zaproszenia do Lwowa, podobnie jak jego była koleżanka z redakcji przedwojennego lwowskiego "Kuriera" - Wilga de Brie. Przyjmują te zaproszenia, nie mając pojęcia, że uwikłani zostali w skomplikowaną grę służb. Specjalna, tajna komórka dochodzeniowa powołana przez Władysława Gomułkę ma wytropić dobrze zakamuflowanego agenta, który znajduje się w bliskim otoczeniu I sekretarza PZPR. Zaczyna się skomplikowana gra, podczas której Stern będzie musiał zaufać swoim wrogom.
    Jest w nowej powieści Jaszczuka sporo nostalgii doprawionej żalem. Po latach Stern wraca do ukochanego Lwowa, ożywają wspomnienia. Jakub dostrzega jednak, jak bardzo miasto zmieniło się pod panowaniem Sowietów, co wzbudza w nim złość, ale i wyzwala poczucie bezsilności. Zresztą podobnie jak u de Brie. Jaszczuk jako pierwszy odkrył dla prozy kryminalnej Lwów, ciągle wraca do tego miejsca. Wyraźnie widać, że ta przestrzeń miejska, jej historia daje pisarzowi napęd do tworzenia kolejnych opowieści.
    Duet dziennikarzy śledczych Stern - de Brie jest jednym z ciekawszych w rodzimych kryminałach: różni, wyraziści, połączeni dynamicznymi relacjami, mocno osadzeni w obyczajowym tle. W Lekcji martwej mowy pisarz z Olsztyna dodaje nowy element do historii swoich głównych bohaterów. Oboje zbliżają się już do wieku senioralnego. Stern po latach wydaje się mniej zmieniony. Mimo problemów (został zwolniony z pracy na uniwersytecie po tym, jak wyszły na jaw jego związki z opozycją) nadal jest spokojny i zdystansowany. Może tylko jawi się jako bardziej zgorzkniały i cyniczny. Inaczej sprawa się ma z Wilgą, która jako ceniona dziennikarka "Le Monde" jest spełniona zawodowa, za to jej życie prywatne to ruiny i zgliszcza, co w dużym stopniu jest wynikiem postępującej choroby alkoholowej. Niewielu trafia się w kryminałach bohaterów w podeszłym wieku, więc choćby dlatego warto sięgnąć po Lekcję martwej mowy.
    Cenię serię powieściową ze Sternem, zawsze z chęcią sięgałem po kolejne jej części. Również nowy kryminał Jaszczuka przeczytałem z przyjemnością. Choć dostrzegam pewne usterki czy - inaczej rzecz ujmując - wątpliwe rozwiązania w tekście. Jak dla mnie, niektóre wątki zostały potraktowane nieco po macoszemu, zbyt skrótowo. Właściwie niewiele dowiedziałem się o powojennych losach Sterna. Słabo została umotywowana przemiana Wilgi, która będąc we Francji sympatyzowała z komunistami i uważała ZSRR za "wzór godny do naśladowania". Pobyt we Lwowie diametralnie zmienia postrzeganie komunizmu przez bohaterkę, tyle tylko że nie jest to wynik wnikliwej obserwacji komunistycznej rzeczywistości, ale raczej spotkania z pięściami lwowskich bandziorów. Są to właściwie drobiazgi. Nieco większy problem jest z intrygą kryminalną zbudowaną wokół poszukiwania uśpionego agenta i piętrowych intryg w strukturach partyjnych, które mają na celu zdemaskowanie "wewnętrznego wroga" i utrzymanie się u sterów partii. Jest ona zawiła i momentami niezbyt jasna. Zdaje mi się, że Jaszczuk chciał w ten sposób pokazać obsesyjny sposób myślenia partyjnych notabli, głównie Gomułki, którzy bali się realnych bądź jedynie wyobrażonych wrogów i podejmowali działania, którym daleko było do racjonalności. Można wejść w ten świat nieufności i skrywanej nienawiści, próbować go rozgryźć, ale potrzeba do tego sporej znajomości historii PRL-u.
   


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Anna Bińkowska "Tu się nie zabija"

poniedziałek, 16 października 2017 9:19

Bienkowska.jpg

Instytut straszny, instytut zły

Anna Bińkowska, Tu się nie zabija, W.A.B., Warszawa 2017, s. 349.

    Mamy już w naszej prozie kryminalnej sporą grupę autorów, którzy z wykształcenia są archeologami, z Martą Guzowską na czele, niedawno dołączyła do tejże grupy debiutantka Anna Bińkowska. Większość z nich nawiązuje do podgatunku, jakim jest kryminał archeologiczny (w skrócie - akcja dzieje się podczas wykopalisk, albo ma z nimi związek), zaś autorka Tu się nie zabija napisała nie tyle kryminał archeologiczny, co o archeologach, łącząc schematy kryminału i powieści uniwersyteckiej. Ten ostatni gatunek - szczególnie popularny w prozie anglojęzycznej - w Polsce nigdy, mimo pojedynczych prób, się nie przyjął. Obawiam się, że książka Bińkowskiej tego stanu rzeczy nie zmieni.
    Intryga kryminalna w powieści Bińkowskiej nie należy do przesadnie skomplikowanych i prowadzona jest przede wszystkim ścieżką eliminacji kolejnych fałszywych tropów. Na kampusie Uniwersytetu Warszawskiego w budynku Instytutu Archeologii zostaje zasztyletowany jego dyrektor, ceniony profesor Zawistowski. Śledztwo prowadzi grupa policjantów dowodzona przez komisarza Jacka Budrysia, do której dołącza młoda sierżant Iga Mirska. Od pierwszym godzin nie jest im łatwo, władzom uniwersyteckim zależy na jak najszybszym wyciszeniu sprawy, środowisko naukowców nie jest skore do współpracy, ponieważ niemal każdy z pracowników Instytutu Archeologii ma większe czy mniejsze grzechy na sumieniu.
    Intrydze wymyślonej przez Bińkowską pod względem kompozycyjnym nie mam wiele do zarzucenia. Jednie motyw pierwszego morderstwa wydaje  się dziwaczny, nazbyt melodramatyczny, by nie rzec - naiwny, lecz z drugiej strony, morderca może być przecież naiwniakiem. Gorzej jest z uniwersytecką warstwą powieści. Bińkowska ciekawie ukazuje specyfikę uniwersyteckiego światka, zderzenie rozrośniętej biurokracji uczelnianej ze skrywanymi emocjami buzującymi w środowisku naukowców, pełnym złości, rozrośniętych ambicji i chęci dominacji, osiągnięcia jak najlepszej pozycji w zhierarchizowanym układzie. Na to autorka nakłada warstwę kryminalną. I zaczynają się schody. Instytut Archeologii przedstawiony jest jako siedlisko wszelkiego zła. Bo czegóż tam nie ma!? Mobbing, molestowanie studentek, przekręty finansowe, nielegalny obrót dziełami sztuki, fałszowanie dokumentacji naukowej, plagiat. Takie nagromadzenie przestępstw w jednym miejscu każe wziąć w nawias realistyczny w zamierzeniu pisarki obraz uniwersytetu.
    Bińkowska ma dryg do kreowania postaci, choć niektóre, jak na przykład Budryś, są nieco schematyczne, odbite z wykorzystywanej wielokroć kryminalnej sztancy. Zdecydowanie najciekawsza jest Mirska, była baletnica, która wbrew woli ojca, profesora muzykologii, wybiera służbę w policji. Jest inteligentna i dowcipna; nieustępliwa i skuteczna. Mimo początkowej niechęci Budrysia stopniowo zdobywa jego zaufanie. Jest zwyczajnie wyrazista. Jak dla mnie jest to jedna z bardziej obiecujących bohaterek-policjantów w rodzimej prozie ostatnich lat.
    A wreszcie jak na debiutantkę Bińkowska ma ciekawy styl i widoczną łatwość operowania słowem. Co bywa zgubne. Momentami narracja jest przegadana, a niektóre dialogi, choć dobrze prowadzone, stanowią sztukę dla sztuki, ponieważ niewiele albo zgoła nic nie wnoszą do fabuły. Autorka Tu się nie zabija ewidentnie ma potencjał. A czy go wykorzysta? To się dopiero okaże.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Peter May "Na gigancie"

niedziela, 10 września 2017 18:47

May_Gigant.jpg

Dojrzeć, umrzeć

Peter May, Na gigancie, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 399.

    Szkocki pisarz Peter May jest jednym z moich (a i nie tylko moich, o czym świadczy recepcja książek autora Wyspy powrotów) odkryć ostatnich lat. I to nie tylko jeśli chodzi o prozę kryminalną. Po prostu - May to kawał pisarza, o czym świadczy chociażby świetna trylogia Wyspa Lewis. W kolejnych książkach pisarz konsekwentnie trzyma się tych samych tematów i rozwiązań fabularnych, pisząc o dojrzewaniu i trudnych wyborach na progu dorosłości, wprowadzając rozbudowane retrospekcje i zwykle naprzemiennie dwa tryby narracji - pierwszo- i trzecioosobowy. Nie inaczej jest w powieści Na gigancie.
    Nowa książka Maya jest połączeniem bildungsromanu, powieści drogi i kryminału. Zaczyna się jak klasyczny kryminał od sceny zabójstwa, ale później - aż do efektownego finału - jest już mało kryminalnie, chociaż po drodze pojawia się kilka przestępstw. Na gigancie jest przede wszystkim powieścią o dwóch podróżach, które dzieli półwiecze, a które odmieniają losy bohaterów. W roku 1965 piątka nastolatków z Glasgow, która założyła zespół muzyczny, na skutek splotu przypadkowych wydarzeń i nagłego impulsu postanawia rzucić szkołę i domy, by jechać do Londynu w poszukiwaniu przygód i sławy. Jak łatwo się domyślić brutalna rzeczywistość szybko studzi ich zapał. Po drodze zostają okradzeni, trafiają do Londynu bez pieniędzy, tam - znowu przez przypadek - udaje im się wkręcić w światek miejscowej bohemy i poznać urok (zdradziecki) "swingujących lat sześćdziesiątych". Przechodzą doświadczenia graniczne, co nie dla wszystkich z tej piątki skończy się dobrze. W roku 2015 wokalista zespołu Maurie, umierający na raka, chce wyjawić pozostałym prawdę o tragicznych wydarzeniach, które pięćdziesiąt lat wcześnie zmusiły chłopaków do panicznej ucieczki z Londynu, jednak chce to zrobić właśnie tam, gdzie wszystko się stało. Umierającemu się nie odmawia, więc jego kumple, Jack i Dave postanawiają odbyć podróż do Londynu. Towarzyszy im jako kierowca wnuk Jacka. Nie będzie to zwyczajna przejażdżka, bo Maurie jest w stanie terminalnym, Dave to alkoholik, a wnuk... O wnuku będzie jeszcze mowa. Jedynie Jack wydaje się jako tako panować nad sytuacją. Po licznych perypetiach docierają na miejsce, by poznać prawdę i przeżyć katharsis.
    Głównym bohaterem powieści jest Jack, z jego perspektywy ukazywane są wydarzenia (w części poświęconej wydarzeniom z 1965 roku w narracji pierwszoosobowej). Wydaje się najbardziej inteligentny i stonowany z całej piątki kumpli. I ma największe wyrzuty sumienia, bo przed laty jego decyzja o wyjeździe pociągnęła za nim przyjaciół. Pierwszy z opisywanych wyjazdów składa się na zwykłą opowieść inicjacyjną, jakich wiele już było w literaturze. Nastolatkowie ruszają w świat, by poznać siebie. Doświadczają pierwszych miłości, eksperymentują z narkotykami i innymi używkami, poznają nieznane im wcześniej modele życia. Koniec końców muszą zmierzyć się też z doświadczeniami choroby (ciała i duszy) oraz śmierci oraz dokonać pierwszych wyborów, które będą miały kluczowe znaczenie dla ich dalszego życia. I przekonują się, że młodzieńcze marzenia i ideały są najczęściej nieziszczalnymi mrzonkami. Razem z drugą podróżą powieść Na gigancie stanowi historię życiowej klęski bohaterów. Jack ma dojmującą świadomość, że jego życie było puste, pozbawione znaczenia. Żyjący samotnie Maurie trafił do więzienia, Dave jest alkoholikiem. Z ich marzeń nie zostało nic, wchłonęła ich szara magma rzeczywistości. Chociaż z drugiej strony w Epilogu May daje nieco nadziei, sugerując, że być może realizacja marzeń czy niezwykłe życie w poczuciu pełni nie są wcale najistotniejsze. Czasami zwykłem do bólu życiu nadaje wartość wierność bliskim osobom, opieka na ludźmi, którzy są dla nas ważni.
    Bardziej interesujący jest dla mnie wątek podróży z roku 2015, przede wszystkim przez zderzenie starości z młodością. Zdawać by się mogło, że wszystko różni Ricky'ego, wnuka Jacka, od staruszków, z którymi podróżuje. Zresztą Ricky nie chciał zawieźć ich do Londynu, został zmuszony przez dziadka szantażem, początkowo nie rozumie starszych mężczyzn i zrozumieć nawet nie próbuje. Okazuje się, że łączy ich sprawa bardzo istotna - wszyscy wypadli z teraźniejszości. Staruszkowie zamknęli się w rozpamiętywaniu przeszłości i katalogowaniu strat, wnuk, nadmiernie otyły, który mimo dobrego wykształcenia nie może znaleźć pracy, zatrzasnął się w wirtualnym świecie gier komputerowych. Ich wspólną podróż można odczytać jako próbę osadzenia się w teraźniejszości, w jednym przypadku ostatnią, w drugim - pierwszą. A przy okazji May snuje ciekawą i wzruszająca opowieść o odbudowywaniu więzi rodzinnych. Ricky, który wcześniej nie zauważał dziadka, a pewnie nawet nie lubił, u kresu eskapady zbliża się do niego, zaczyna go rozumieć i cenić.
    Jest w powieści Na gigancie kilka wątpliwych motywów i rozwiązań. Historia inicjacyjna z roku 1965 jest nazbyt schematyczna, co chyba dostrzegał sam autor, bo próbował ożywić ją nadmiarem "przygód". Jak dla mnie za mało jest konkretów na temat pięćdziesięciu latach życia bohaterów. Oczywiście, z rozrzuconych w powieści informacji możemy zrekonstruować w pobieżny sposób ich losy po roku 1965. Tyle tylko. Zdaje się, że szkocki autor nie znalazł sposobu, jak w atrakcyjny fabularnie sposób ukazać pustkę pięćdziesięcioletniego trwania. Do tego relacje między Mauriem i Rachelą wydają nazbyt melodramatyczne, rodem z trzeciorzędnego serialu obyczajowego. Nie zmienia to jednak mojej oceny - Na gigancie to wciąż kawał prozy napisany przez kawał pisarz, który w przykuwający uwagę, pogłębiony psychologicznie sposób opowiada o doświadczeniach i emocjach, które wydają się nam aż nazbyt znane. May umie zawsze dorzucić nowy element do obrazka, który mam już w głowie.
   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zośka Papużanka "Świat dla ciebie zrobiłem"

poniedziałek, 04 września 2017 15:01

Papuz_swiat.jpg

Przyciąganie, odpychanie

 

Zośka Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem, Znak Literanova, Kraków 2017, s. 219.


    Krakowska pisarka Zośka Papużanka, mimo iż wydała dotąd tylko dwie powieści: Szopkę (2012) i On (2016), mocno zaznaczyła swoje miejsce na mapie najnowszej prozy, przede wszystkim – jak sądzę – dzięki wyrazistemu, oryginalnemu stylowi, którym posługuje się począwszy od debiutanckiej książki. Jest to styl oparty w dużej mierze na grach językowych i formalnych, przy czym nie służy on jedynie efektownej żonglerce słowem czy frazą, ale efektywnie – by tak rzec – podbija tematykę prozy Papużanki. A nie są to tematy łatwe, bo autorka pisze o toksycznych relacjach rodzinnych (Szopka) czy oswajaniu słabości i inności bliskich (On). Bardzo byłem ciekaw, czy w zbiorze opowiadań Świat dla ciebie zrobiłem pisarka dalej będzie podążać ścieżką wyznaczoną w powieściach. Odpowiedź jest niejednoznaczna: i tak, i nie. W małych formach widać tę samą, rozpoznawalną od pierwszego zdania, sygnaturę autorską Papużanki, przewijają się przez nie tematy poruszane we wcześniejszych tekstach, ale autorka Szopki pozwala sobie w zbiorze na większą swobodę, testując nowe stylistyki i poszukując nowych tematów, które dałyby „napęd” jej prozie.
    Jeśli chodzi o konstrukcję, tomy opowiadań można podzielić na – wedle mojej nomenklatury – zwarte i rozsypane. Te pierwsze mają wyrazistą dominantę, czy to formalną, czy tematyczną; w drugich teksty zespala jedynie okładka. Papużanka zdecydowanie postawiła na różnorodność. Bo czegóż w tym tomie nie ma?! Są opowiadania będące przede wszystkim eksperymentami formalnymi – jak Stracciatella, którego konstrukcja opiera się na grze różnymi użyciami słowa „zakręt”, czy jak Każdy kot, w którym historia śmierci kota i jej konsekwencji ukazywana jest z trzech perspektyw, przy czym każda opowieść zawiera element zmiany. Są teksty, którym blisko do realistycznych obrazków, swoistych wypisów z rzeczywistości – jak Demerara, przedstawiająca kolację w gronie kobiet, których jedyną życiową pasją zdaje się jedzenie, czy Szkoda, ukazująca współczesną specyfikę relacji sąsiedzkich, naznaczonych brakiem zainteresowania innymi ludźmi i nieprzekraczalną obcością. Ale również takie, które – jak Ursa maior – zbliżają się do formy przypowieści ukazującej uniwersalne wzorce ludzkiego losu. Są opowiadania współczesne, ale również, co stanowi novum w prozie Papużanki, historyczne – jak na przykład Ślady czy Cykady. Różnorodność wpisana w tom opowiadań krakowskiej pisarki sprawia, że jest on czymś rodzaju tekstowego modelu do składania w indywidualnej lekturze; modelu, do którego autorka nie dołączyła schematu wskazującego, jak połączyć poszczególne elementy. Dlatego nie dziwi fakt, że zbiór odczytywany jest przez recenzentów na wiele rozmaitych sposobów, które zdają się wykluczać. Tak jednak nie jest, odmienne interpretacje nie znoszą się wzajemnie, lecz istnieje równolegle, co zmyślnie zaprogramowała Papużanka w opowiadaniach.
    Kusiło mnie, aby napisać recenzję Światu…, składającą się z kilku odmiennych interpretacji, spośród których czytelnik mógłby wybrać najbardziej trafiającą do jego gustu. Doszedłem jednak do wniosku, że wzmożenie, podkreślenie wielowykładalności tomu opowiadań, który z założenia jest wielowykładalny, miałoby posmak tautologii. Inaczej rzecz ujmując, ten gest byłby wyrazem pójścia na łatwiznę. Zaproponuję więc jedną linię interpretacyjną, która pokazuje, że Świat…, mimo całej odmienności, rozchwiania i różnorodności, jest mocno osadzony w ramach projektu pisarskiego, który Papużanka konsekwentnie rozwija od debiutanckiej książki.
    W kilkunastu ostatnich latach dominowała w naszej literaturze proza wsobna, której autorzy skupiali uwagę na własnych doświadczeniach i wewnętrznych światach, próbując przepisywać życiorysy na mniej lub bardziej (zwykle mniej) udane opowieści. Na szczęście od pewnego czasu widoczne jest odwracanie perspektywy od siebie ku światu. Papużanka od początku realizacji projektu pisarskiego zdecydowanie zainteresowana była innymi ludźmi, relacjami między nimi. Jest typem pisarza-obserwatora niezwykle wyczulonego ma niuanse ludzkich zachowań i umiejącego przyszpilić drobne – przez innych niezauważane albo bagatelizowane – reakcje i emocje słowem, złożyć w spójną, intrygującą fabułę. Ktoś może powiedzieć: a cóż w tym nowego, ciekawego, skoro rozmaite typy ludzkie i rodzaje relacje między nimi zostały już dokładnie przebadane i skatalogowane przez psychologów, przenicowane w dziesiątkach tysięcy książek przez pisarzy? Papużanka zdaje się być innego zdania – każdy nowo poznany człowiek jest interesujący, choćby tylko dlatego że nowy. Nawiązanie relacji z nim może, choć nie musi, przynieść nowe doświadczenia i przemyślenia. Poza tym pisarka zaznacza: „Inny człowiek jest trudny” (s. 42), kontakt z nim, nawet zwykła rozmowa, stanowi rodzaj wyzwania. Przede wszystkim dlatego że – jak wskazuje autorka Szopki – zawiera elementy agonu, a czasami wręcz otwartej walki. Ludzie – świadomie lub nie – dążą do zdominowania innych, podporządkowania ich albo choćby narzucenia swojej woli czy opinii. W świecie Zachodu pielęgnującym pojęcie indywidualności wciąż dochodzi do ich zderzania się. Jest to nieuniknione. I wcale nie musi przyjmować formy otwartej agresji, co pokazuje najlepsze w tomie, subtelnie cieniowane psychologicznie opowiadanie 212. Podczas konferencji naukowej dwie kobiety spotykają się w pokoju hotelowym. Zdają się bardzo podobne do siebie, mają niemal identyczne doświadczenia życiowe, co odkrywają najpierw z irytacją i lękiem, potem z rosnącą fascynacją. Materiał na idealną relację przyjacielską? Okazuje się, że tylko do momentu, kiedy jedna z nich koniecznie chce opowiedzieć drugiej, niejako zrzucić na nią, traumatyczną historię. Problemem w relacjach między ludźmi, nawet bliskimi, są tajemnice, co pokazuje obsesyjnie powracający w tomie wątek ojca/męża z tajemnicą. Może być ona niewinna – jak w przypadku bohatera tekstu Daleko, który w sekrecie przed rodziną kupił ziemię na wsi i powziął plan stawiania tam domu; może być toksyczna – jak w Śladach, w których mężczyzna prowadzi podwójne życie, zdradzając żonę. Zawsze jednak tajemnice zaburzają relacje rodzinne, wprowadzają w nie niepewność, powodują brak zaufania, co w konsekwencji zmusza do przedefiniowania związków rodzinnych. Oczywiście, Papużanka nie pisze tylko i wyłącznie o związkach trudnych czy toksycznych, pokazuje także relacje bliskie, budujące, jak w otwierającym tom opowiadaniu Kaprys, które w gruncie rzeczy jest tekstem o głębokiej miłości, która znosi indywidualizm, każe wziąć w nawias własne „ja”. Bohater jedzie sam na zaplanowany wcześniej urlop w gospodarstwie agroturystycznym, ponieważ żona musi zostać w pracy. Na miejscu zamiast wypoczywać, korzystać z wolnego czasu, rozpacza: „[…] dotarło do mnie, że jestem sam, że nie umiem i nie bardzo wiem, co teraz […]” (s. 13). Świerszcz, który nie daje bohaterowi spać, staje się symbolem lęku przed osamotnieniem, odbierającego bohaterowi cząstkę samego siebie, ponieważ w pełni istnieje tylko w związku, jedynie w „my”.
    Tom Świat… zawiera historie na pozór proste i klarowne, które jednak domagają się dointerpretowania, ponieważ Papużanka nie podpowiada a opowiada. Nie jest to proza odpowiedzi, tylko pytań. Czytelnik może szukać na nie odpowiedzi, ale nie musi, bo może jedynie smakować same opowieści, które pisarka skrzętnie zbiera ze świata i zapisuje. Moim zdaniem jest to duża siła tych opowiadań. Nie mam pojęcia, czy w przypadku krakowskiej autorki pisanie małych form prozatorskich było jedynie formą szukania oddechu przed pracą nad kolejną powieścią, jestem jednak przekonany, że ewidentnie ma do opowiadań rękę.

 

Tekst ukazał się w internetowym wydaniu pisma "Nowa Dekada Krakowska" - http://nowadekada-online.pl/z-zoska-papuzanka-rozmawia-robert-ostaszewski-recenzuja-wojciech-rusinek-robert-ostaszewski/


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  117 209  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 117209

Lubię to