Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 779 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Anna Bińkowska "Tu się nie zabija"

poniedziałek, 16 października 2017 9:19

Bienkowska.jpg

Instytut straszny, instytut zły

Anna Bińkowska, Tu się nie zabija, W.A.B., Warszawa 2017, s. 349.

    Mamy już w naszej prozie kryminalnej sporą grupę autorów, którzy z wykształcenia są archeologami, z Martą Guzowską na czele, niedawno dołączyła do tejże grupy debiutantka Anna Bińkowska. Większość z nich nawiązuje do podgatunku, jakim jest kryminał archeologiczny (w skrócie - akcja dzieje się podczas wykopalisk, albo ma z nimi związek), zaś autorka Tu się nie zabija napisała nie tyle kryminał archeologiczny, co o archeologach, łącząc schematy kryminału i powieści uniwersyteckiej. Ten ostatni gatunek - szczególnie popularny w prozie anglojęzycznej - w Polsce nigdy, mimo pojedynczych prób, się nie przyjął. Obawiam się, że książka Bińkowskiej tego stanu rzeczy nie zmieni.
    Intryga kryminalna w powieści Bińkowskiej nie należy do przesadnie skomplikowanych i prowadzona jest przede wszystkim ścieżką eliminacji kolejnych fałszywych tropów. Na kampusie Uniwersytetu Warszawskiego w budynku Instytutu Archeologii zostaje zasztyletowany jego dyrektor, ceniony profesor Zawistowski. Śledztwo prowadzi grupa policjantów dowodzona przez komisarza Jacka Budrysia, do której dołącza młoda sierżant Iga Mirska. Od pierwszym godzin nie jest im łatwo, władzom uniwersyteckim zależy na jak najszybszym wyciszeniu sprawy, środowisko naukowców nie jest skore do współpracy, ponieważ niemal każdy z pracowników Instytutu Archeologii ma większe czy mniejsze grzechy na sumieniu.
    Intrydze wymyślonej przez Bińkowską pod względem kompozycyjnym nie mam wiele do zarzucenia. Jednie motyw pierwszego morderstwa wydaje  się dziwaczny, nazbyt melodramatyczny, by nie rzec - naiwny, lecz z drugiej strony, morderca może być przecież naiwniakiem. Gorzej jest z uniwersytecką warstwą powieści. Bińkowska ciekawie ukazuje specyfikę uniwersyteckiego światka, zderzenie rozrośniętej biurokracji uczelnianej ze skrywanymi emocjami buzującymi w środowisku naukowców, pełnym złości, rozrośniętych ambicji i chęci dominacji, osiągnięcia jak najlepszej pozycji w zhierarchizowanym układzie. Na to autorka nakłada warstwę kryminalną. I zaczynają się schody. Instytut Archeologii przedstawiony jest jako siedlisko wszelkiego zła. Bo czegóż tam nie ma!? Mobbing, molestowanie studentek, przekręty finansowe, nielegalny obrót dziełami sztuki, fałszowanie dokumentacji naukowej, plagiat. Takie nagromadzenie przestępstw w jednym miejscu każe wziąć w nawias realistyczny w zamierzeniu pisarki obraz uniwersytetu.
    Bińkowska ma dryg do kreowania postaci, choć niektóre, jak na przykład Budryś, są nieco schematyczne, odbite z wykorzystywanej wielokroć kryminalnej sztancy. Zdecydowanie najciekawsza jest Mirska, była baletnica, która wbrew woli ojca, profesora muzykologii, wybiera służbę w policji. Jest inteligentna i dowcipna; nieustępliwa i skuteczna. Mimo początkowej niechęci Budrysia stopniowo zdobywa jego zaufanie. Jest zwyczajnie wyrazista. Jak dla mnie jest to jedna z bardziej obiecujących bohaterek-policjantów w rodzimej prozie ostatnich lat.
    A wreszcie jak na debiutantkę Bińkowska ma ciekawy styl i widoczną łatwość operowania słowem. Co bywa zgubne. Momentami narracja jest przegadana, a niektóre dialogi, choć dobrze prowadzone, stanowią sztukę dla sztuki, ponieważ niewiele albo zgoła nic nie wnoszą do fabuły. Autorka Tu się nie zabija ewidentnie ma potencjał. A czy go wykorzysta? To się dopiero okaże.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Peter May "Na gigancie"

niedziela, 10 września 2017 18:47

May_Gigant.jpg

Dojrzeć, umrzeć

Peter May, Na gigancie, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 399.

    Szkocki pisarz Peter May jest jednym z moich (a i nie tylko moich, o czym świadczy recepcja książek autora Wyspy powrotów) odkryć ostatnich lat. I to nie tylko jeśli chodzi o prozę kryminalną. Po prostu - May to kawał pisarza, o czym świadczy chociażby świetna trylogia Wyspa Lewis. W kolejnych książkach pisarz konsekwentnie trzyma się tych samych tematów i rozwiązań fabularnych, pisząc o dojrzewaniu i trudnych wyborach na progu dorosłości, wprowadzając rozbudowane retrospekcje i zwykle naprzemiennie dwa tryby narracji - pierwszo- i trzecioosobowy. Nie inaczej jest w powieści Na gigancie.
    Nowa książka Maya jest połączeniem bildungsromanu, powieści drogi i kryminału. Zaczyna się jak klasyczny kryminał od sceny zabójstwa, ale później - aż do efektownego finału - jest już mało kryminalnie, chociaż po drodze pojawia się kilka przestępstw. Na gigancie jest przede wszystkim powieścią o dwóch podróżach, które dzieli półwiecze, a które odmieniają losy bohaterów. W roku 1965 piątka nastolatków z Glasgow, która założyła zespół muzyczny, na skutek splotu przypadkowych wydarzeń i nagłego impulsu postanawia rzucić szkołę i domy, by jechać do Londynu w poszukiwaniu przygód i sławy. Jak łatwo się domyślić brutalna rzeczywistość szybko studzi ich zapał. Po drodze zostają okradzeni, trafiają do Londynu bez pieniędzy, tam - znowu przez przypadek - udaje im się wkręcić w światek miejscowej bohemy i poznać urok (zdradziecki) "swingujących lat sześćdziesiątych". Przechodzą doświadczenia graniczne, co nie dla wszystkich z tej piątki skończy się dobrze. W roku 2015 wokalista zespołu Maurie, umierający na raka, chce wyjawić pozostałym prawdę o tragicznych wydarzeniach, które pięćdziesiąt lat wcześnie zmusiły chłopaków do panicznej ucieczki z Londynu, jednak chce to zrobić właśnie tam, gdzie wszystko się stało. Umierającemu się nie odmawia, więc jego kumple, Jack i Dave postanawiają odbyć podróż do Londynu. Towarzyszy im jako kierowca wnuk Jacka. Nie będzie to zwyczajna przejażdżka, bo Maurie jest w stanie terminalnym, Dave to alkoholik, a wnuk... O wnuku będzie jeszcze mowa. Jedynie Jack wydaje się jako tako panować nad sytuacją. Po licznych perypetiach docierają na miejsce, by poznać prawdę i przeżyć katharsis.
    Głównym bohaterem powieści jest Jack, z jego perspektywy ukazywane są wydarzenia (w części poświęconej wydarzeniom z 1965 roku w narracji pierwszoosobowej). Wydaje się najbardziej inteligentny i stonowany z całej piątki kumpli. I ma największe wyrzuty sumienia, bo przed laty jego decyzja o wyjeździe pociągnęła za nim przyjaciół. Pierwszy z opisywanych wyjazdów składa się na zwykłą opowieść inicjacyjną, jakich wiele już było w literaturze. Nastolatkowie ruszają w świat, by poznać siebie. Doświadczają pierwszych miłości, eksperymentują z narkotykami i innymi używkami, poznają nieznane im wcześniej modele życia. Koniec końców muszą zmierzyć się też z doświadczeniami choroby (ciała i duszy) oraz śmierci oraz dokonać pierwszych wyborów, które będą miały kluczowe znaczenie dla ich dalszego życia. I przekonują się, że młodzieńcze marzenia i ideały są najczęściej nieziszczalnymi mrzonkami. Razem z drugą podróżą powieść Na gigancie stanowi historię życiowej klęski bohaterów. Jack ma dojmującą świadomość, że jego życie było puste, pozbawione znaczenia. Żyjący samotnie Maurie trafił do więzienia, Dave jest alkoholikiem. Z ich marzeń nie zostało nic, wchłonęła ich szara magma rzeczywistości. Chociaż z drugiej strony w Epilogu May daje nieco nadziei, sugerując, że być może realizacja marzeń czy niezwykłe życie w poczuciu pełni nie są wcale najistotniejsze. Czasami zwykłem do bólu życiu nadaje wartość wierność bliskim osobom, opieka na ludźmi, którzy są dla nas ważni.
    Bardziej interesujący jest dla mnie wątek podróży z roku 2015, przede wszystkim przez zderzenie starości z młodością. Zdawać by się mogło, że wszystko różni Ricky'ego, wnuka Jacka, od staruszków, z którymi podróżuje. Zresztą Ricky nie chciał zawieźć ich do Londynu, został zmuszony przez dziadka szantażem, początkowo nie rozumie starszych mężczyzn i zrozumieć nawet nie próbuje. Okazuje się, że łączy ich sprawa bardzo istotna - wszyscy wypadli z teraźniejszości. Staruszkowie zamknęli się w rozpamiętywaniu przeszłości i katalogowaniu strat, wnuk, nadmiernie otyły, który mimo dobrego wykształcenia nie może znaleźć pracy, zatrzasnął się w wirtualnym świecie gier komputerowych. Ich wspólną podróż można odczytać jako próbę osadzenia się w teraźniejszości, w jednym przypadku ostatnią, w drugim - pierwszą. A przy okazji May snuje ciekawą i wzruszająca opowieść o odbudowywaniu więzi rodzinnych. Ricky, który wcześniej nie zauważał dziadka, a pewnie nawet nie lubił, u kresu eskapady zbliża się do niego, zaczyna go rozumieć i cenić.
    Jest w powieści Na gigancie kilka wątpliwych motywów i rozwiązań. Historia inicjacyjna z roku 1965 jest nazbyt schematyczna, co chyba dostrzegał sam autor, bo próbował ożywić ją nadmiarem "przygód". Jak dla mnie za mało jest konkretów na temat pięćdziesięciu latach życia bohaterów. Oczywiście, z rozrzuconych w powieści informacji możemy zrekonstruować w pobieżny sposób ich losy po roku 1965. Tyle tylko. Zdaje się, że szkocki autor nie znalazł sposobu, jak w atrakcyjny fabularnie sposób ukazać pustkę pięćdziesięcioletniego trwania. Do tego relacje między Mauriem i Rachelą wydają nazbyt melodramatyczne, rodem z trzeciorzędnego serialu obyczajowego. Nie zmienia to jednak mojej oceny - Na gigancie to wciąż kawał prozy napisany przez kawał pisarz, który w przykuwający uwagę, pogłębiony psychologicznie sposób opowiada o doświadczeniach i emocjach, które wydają się nam aż nazbyt znane. May umie zawsze dorzucić nowy element do obrazka, który mam już w głowie.
   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zośka Papużanka "Świat dla ciebie zrobiłem"

poniedziałek, 04 września 2017 15:01

Papuz_swiat.jpg

Przyciąganie, odpychanie

 

Zośka Papużanka, Świat dla ciebie zrobiłem, Znak Literanova, Kraków 2017, s. 219.


    Krakowska pisarka Zośka Papużanka, mimo iż wydała dotąd tylko dwie powieści: Szopkę (2012) i On (2016), mocno zaznaczyła swoje miejsce na mapie najnowszej prozy, przede wszystkim – jak sądzę – dzięki wyrazistemu, oryginalnemu stylowi, którym posługuje się począwszy od debiutanckiej książki. Jest to styl oparty w dużej mierze na grach językowych i formalnych, przy czym nie służy on jedynie efektownej żonglerce słowem czy frazą, ale efektywnie – by tak rzec – podbija tematykę prozy Papużanki. A nie są to tematy łatwe, bo autorka pisze o toksycznych relacjach rodzinnych (Szopka) czy oswajaniu słabości i inności bliskich (On). Bardzo byłem ciekaw, czy w zbiorze opowiadań Świat dla ciebie zrobiłem pisarka dalej będzie podążać ścieżką wyznaczoną w powieściach. Odpowiedź jest niejednoznaczna: i tak, i nie. W małych formach widać tę samą, rozpoznawalną od pierwszego zdania, sygnaturę autorską Papużanki, przewijają się przez nie tematy poruszane we wcześniejszych tekstach, ale autorka Szopki pozwala sobie w zbiorze na większą swobodę, testując nowe stylistyki i poszukując nowych tematów, które dałyby „napęd” jej prozie.
    Jeśli chodzi o konstrukcję, tomy opowiadań można podzielić na – wedle mojej nomenklatury – zwarte i rozsypane. Te pierwsze mają wyrazistą dominantę, czy to formalną, czy tematyczną; w drugich teksty zespala jedynie okładka. Papużanka zdecydowanie postawiła na różnorodność. Bo czegóż w tym tomie nie ma?! Są opowiadania będące przede wszystkim eksperymentami formalnymi – jak Stracciatella, którego konstrukcja opiera się na grze różnymi użyciami słowa „zakręt”, czy jak Każdy kot, w którym historia śmierci kota i jej konsekwencji ukazywana jest z trzech perspektyw, przy czym każda opowieść zawiera element zmiany. Są teksty, którym blisko do realistycznych obrazków, swoistych wypisów z rzeczywistości – jak Demerara, przedstawiająca kolację w gronie kobiet, których jedyną życiową pasją zdaje się jedzenie, czy Szkoda, ukazująca współczesną specyfikę relacji sąsiedzkich, naznaczonych brakiem zainteresowania innymi ludźmi i nieprzekraczalną obcością. Ale również takie, które – jak Ursa maior – zbliżają się do formy przypowieści ukazującej uniwersalne wzorce ludzkiego losu. Są opowiadania współczesne, ale również, co stanowi novum w prozie Papużanki, historyczne – jak na przykład Ślady czy Cykady. Różnorodność wpisana w tom opowiadań krakowskiej pisarki sprawia, że jest on czymś rodzaju tekstowego modelu do składania w indywidualnej lekturze; modelu, do którego autorka nie dołączyła schematu wskazującego, jak połączyć poszczególne elementy. Dlatego nie dziwi fakt, że zbiór odczytywany jest przez recenzentów na wiele rozmaitych sposobów, które zdają się wykluczać. Tak jednak nie jest, odmienne interpretacje nie znoszą się wzajemnie, lecz istnieje równolegle, co zmyślnie zaprogramowała Papużanka w opowiadaniach.
    Kusiło mnie, aby napisać recenzję Światu…, składającą się z kilku odmiennych interpretacji, spośród których czytelnik mógłby wybrać najbardziej trafiającą do jego gustu. Doszedłem jednak do wniosku, że wzmożenie, podkreślenie wielowykładalności tomu opowiadań, który z założenia jest wielowykładalny, miałoby posmak tautologii. Inaczej rzecz ujmując, ten gest byłby wyrazem pójścia na łatwiznę. Zaproponuję więc jedną linię interpretacyjną, która pokazuje, że Świat…, mimo całej odmienności, rozchwiania i różnorodności, jest mocno osadzony w ramach projektu pisarskiego, który Papużanka konsekwentnie rozwija od debiutanckiej książki.
    W kilkunastu ostatnich latach dominowała w naszej literaturze proza wsobna, której autorzy skupiali uwagę na własnych doświadczeniach i wewnętrznych światach, próbując przepisywać życiorysy na mniej lub bardziej (zwykle mniej) udane opowieści. Na szczęście od pewnego czasu widoczne jest odwracanie perspektywy od siebie ku światu. Papużanka od początku realizacji projektu pisarskiego zdecydowanie zainteresowana była innymi ludźmi, relacjami między nimi. Jest typem pisarza-obserwatora niezwykle wyczulonego ma niuanse ludzkich zachowań i umiejącego przyszpilić drobne – przez innych niezauważane albo bagatelizowane – reakcje i emocje słowem, złożyć w spójną, intrygującą fabułę. Ktoś może powiedzieć: a cóż w tym nowego, ciekawego, skoro rozmaite typy ludzkie i rodzaje relacje między nimi zostały już dokładnie przebadane i skatalogowane przez psychologów, przenicowane w dziesiątkach tysięcy książek przez pisarzy? Papużanka zdaje się być innego zdania – każdy nowo poznany człowiek jest interesujący, choćby tylko dlatego że nowy. Nawiązanie relacji z nim może, choć nie musi, przynieść nowe doświadczenia i przemyślenia. Poza tym pisarka zaznacza: „Inny człowiek jest trudny” (s. 42), kontakt z nim, nawet zwykła rozmowa, stanowi rodzaj wyzwania. Przede wszystkim dlatego że – jak wskazuje autorka Szopki – zawiera elementy agonu, a czasami wręcz otwartej walki. Ludzie – świadomie lub nie – dążą do zdominowania innych, podporządkowania ich albo choćby narzucenia swojej woli czy opinii. W świecie Zachodu pielęgnującym pojęcie indywidualności wciąż dochodzi do ich zderzania się. Jest to nieuniknione. I wcale nie musi przyjmować formy otwartej agresji, co pokazuje najlepsze w tomie, subtelnie cieniowane psychologicznie opowiadanie 212. Podczas konferencji naukowej dwie kobiety spotykają się w pokoju hotelowym. Zdają się bardzo podobne do siebie, mają niemal identyczne doświadczenia życiowe, co odkrywają najpierw z irytacją i lękiem, potem z rosnącą fascynacją. Materiał na idealną relację przyjacielską? Okazuje się, że tylko do momentu, kiedy jedna z nich koniecznie chce opowiedzieć drugiej, niejako zrzucić na nią, traumatyczną historię. Problemem w relacjach między ludźmi, nawet bliskimi, są tajemnice, co pokazuje obsesyjnie powracający w tomie wątek ojca/męża z tajemnicą. Może być ona niewinna – jak w przypadku bohatera tekstu Daleko, który w sekrecie przed rodziną kupił ziemię na wsi i powziął plan stawiania tam domu; może być toksyczna – jak w Śladach, w których mężczyzna prowadzi podwójne życie, zdradzając żonę. Zawsze jednak tajemnice zaburzają relacje rodzinne, wprowadzają w nie niepewność, powodują brak zaufania, co w konsekwencji zmusza do przedefiniowania związków rodzinnych. Oczywiście, Papużanka nie pisze tylko i wyłącznie o związkach trudnych czy toksycznych, pokazuje także relacje bliskie, budujące, jak w otwierającym tom opowiadaniu Kaprys, które w gruncie rzeczy jest tekstem o głębokiej miłości, która znosi indywidualizm, każe wziąć w nawias własne „ja”. Bohater jedzie sam na zaplanowany wcześniej urlop w gospodarstwie agroturystycznym, ponieważ żona musi zostać w pracy. Na miejscu zamiast wypoczywać, korzystać z wolnego czasu, rozpacza: „[…] dotarło do mnie, że jestem sam, że nie umiem i nie bardzo wiem, co teraz […]” (s. 13). Świerszcz, który nie daje bohaterowi spać, staje się symbolem lęku przed osamotnieniem, odbierającego bohaterowi cząstkę samego siebie, ponieważ w pełni istnieje tylko w związku, jedynie w „my”.
    Tom Świat… zawiera historie na pozór proste i klarowne, które jednak domagają się dointerpretowania, ponieważ Papużanka nie podpowiada a opowiada. Nie jest to proza odpowiedzi, tylko pytań. Czytelnik może szukać na nie odpowiedzi, ale nie musi, bo może jedynie smakować same opowieści, które pisarka skrzętnie zbiera ze świata i zapisuje. Moim zdaniem jest to duża siła tych opowiadań. Nie mam pojęcia, czy w przypadku krakowskiej autorki pisanie małych form prozatorskich było jedynie formą szukania oddechu przed pracą nad kolejną powieścią, jestem jednak przekonany, że ewidentnie ma do opowiadań rękę.

 

Tekst ukazał się w internetowym wydaniu pisma "Nowa Dekada Krakowska" - http://nowadekada-online.pl/z-zoska-papuzanka-rozmawia-robert-ostaszewski-recenzuja-wojciech-rusinek-robert-ostaszewski/


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Tetsuya Honda "Przeczucie"

sobota, 02 września 2017 8:48

Honda.jpg

Policjantka, która ma przeczucia

Tetsuya Honda, Przeczucie, przeł. z jęz. angielskiego Rafał Śmietana, Znak Literanova, Kraków 2017, s. 351.

    Czytałem prozę kryminalną pochodzącą z różnych krajów i stron świata, ale kryminał japoński trafił mi do rąk po raz pierwszy. Tetsuya Honda? Niech będzie i Honda - nazwisko wcześniej obiło mi się o uszy, ale niespecjalnie interesowałem się tym pisarzem, ponieważ w ogóle nie jest przesadnym fanem prozy azjatyckiej. Dla porządku podam kilka faktów biograficznych - Honda urodził się w roku 1969, w Japonii ma status pisarza bestsellerowego, którego książki rozchodzą się milionowych nakładach i doczekały się adaptacji serialowych oraz filmowych. Przetłumaczono jego powieści na różne języki, między innymi na angielski i niemiecki. Popularność przyniósł Hondzie cykl z młodą policjantką, komisarz Reiko Himekawą, którego pierwsza część właśnie ukazała się po polsku.
    W jednej z dzielnic Tokio pod żywopłotem niedaleko stawu rybnego znalezione zostają zwłoki mężczyzny szczelnie opakowane w folię budowlaną. Ktoś go torturował a potem zabił, precyzyjnie przecinając tętnicę szyjną. Sprawą zajmuje się miejscowa policja do spółki z formacją Tokijskiej Policji Metropolitalnej, w której jednym z dowódców jest komisarz Hemikawa. Policjantkę zastanawia, że ciało zostało porzucone w widocznym, uczęszczanym przez ludzi miejscu, jakby sprawca chciał, żeby szybko je odkryto. Kojarząc na pozór niezwiązane ze sobą fakty i zawierzając własnej intuicji, dochodzi do wniosku, że ciało miało zostać wrzucone do stawu, ale coś przestępcy przeszkodziło. Nie ma na to jednak żadnych dowodów. Ryzykując karierę, namawia przełożonych, aby zarządzili przeszukanie stawu. Policjanci natrafiają tam na kolejne zwłoki opakowane folią. A to jeszcze nie koniec...
    Przeczucie jest bardzo solidnie napisanym i konsekwentnie poprowadzonym kryminałem procedur policyjnych, w którym można znaleźć charakterystyczne dla tego podgatunku motywy, takie jak liczne sceny odpraw czy wykonywania tzw. rutynowych czynności śledczych. Nie nużą jednak, ponieważ Honda pokazuje funkcjonowanie policji japońskiej, która działa nieco inaczej niż policje zachodnie. Wszystko jest tu bardzo sformalizowane, policjanci właściwie nie podejmują żadnych działać bez wcześniejszego uzgodnienia ich z przełożonymi (oczywiście, są od tego wyjątki). Do tego dochodzi jeszcze inna mentalność policjantów japońskich. Zdumiała mnie scena, w której policjant próbuje nakłonić do współpracy przestępcę, którego wcześniej wsadził do więzienia. Ten oczywiście nie rwie się do pomocy. Policjant zamiast mu grozić czy obić go... pada przed nim na kolana i oddaje pokłon, pokornie go prosząc. Takie zachowanie okazuje się skuteczne.
    W kryminałach procedur policyjnych zazwyczaj pojawia się bohater zbiorowy, czyli grupa policjantów prowadzących śledztwo. Nie inaczej jest u Hondy, chociaż w Przeczuciu na plan pierwszy zdecydowanie wysuwają się dwie postacie: wspomniana już komisarz Himekawa oraz jej antagonista komisarz Kensaku Katsumata. Himekawa ma - oczywiście - traumę z przeszłości, jako tako przepracowaną, ale generalnie ma trudno. Jest młodą, ambitną kobietą, całkowiecie poświęconą pracy, która szybko zdobyła stopień komisarza, na co część kolegów kręci nosem. W policyjnej robocie często posługuje się intuicją, ma tytułowe przeczucia, co znowu niespecjalnie odpowiada jej przełożonym. Do tego rodzina usilnie próbuje ją swatać. Sporo starszy od niej Katsumata to właściwie typ spod ciemnej gwiazdy, ale skuteczny, więc tolerowany. Jest opryskliwy, wredny, dla każdego ma grube słowo. I niespecjalnie poczuwa się do lojalności wobec ludzi, z którymi pracuje. Ten duet jest w powieści Hondy naprawdę ciekawie pomyślany, ustawiony i wykorzystany. Dodaje opowieści o śledztwie smaku.
    Przeczucie potwierdza, że Honda doskonale zna schematy powieści kryminalnej i potrafi je z głową zastosować. Warto też zwrócić uwagę na frapujący obraz tokijskiego molocha, miasta o wielu twarzach. Już samo zapoznawanie się z japońskimi realiami zawartymi w tej książce może być ciekawym doświadczeniem lekturowym. Inaczej rzecz ujmując, powieść Japończyka to kawał solidnej prozy kryminalnej. Chętnie przeczytam kolejne części tego cyklu.
    Żeby jednak nie było za słodko, mam dwa zastrzeżenia wobec wydawcy książki. Przeczucie nie zostało przetłumaczone z języka oryginału tylko z angielskiego. Takie rozwiązanie translatorskie zawsze budzi wątpliwości. Czy naprawdę w całej Polsce nie znalazł się nikt, kto mógłby przetłumaczyć ten tekst z japońskiego? Myślałem też, że działy promocji naszych wydawnictw wyleczyły się już z obsesji nazywania każdego autora kryminału królem czy królową, albo pomniejszym książątkiem. Ten chwyt naprawdę przestał już działać. A tu na okładce Przeczucia czytam, że Honda to "cesarz japońskiego kryminału". I choćby spece od promocji bardzo się wysilili i stworzyli na przykład kategorię Imperatora Kryminalnego Kosmosu - to raczej rozbawią tym czytelników a nie zainteresują.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wywiad z Zośką Papużanką

poniedziałek, 28 sierpnia 2017 14:15

Papuz_foto.jpg

Foto (c) Radosław Kobierski

 

Musi być trudno

Z Zośką Papużanką rozmawia Robert Ostaszewski

 

Robert Ostaszewski: Porozmawiajmy najpierw o samym gatunku, jakim jest opowiadanie, bo to temat interesujący, a przez ostatnie lata – czy nawet dziesięciolecia – zaniedbywany. Wydawcy domagają się od autorów powieści, najlepiej opasłych, zaś na propozycję wydania zbioru opowiadań zwykle reagują alergicznie. A Ty postawiłaś właśnie na pisanie krótkich form prozatorskich. Dlaczego?

Zośka Papużanka: Chciałam. Po prostu chciałam napisać opowiadania. Gdzieś między moim doktoratem a Onym przyszło do mnie wiele krótkich tematów, nadających się na opowiadania – uważałam, że muszę je po prostu spisać. Nie wiem, czy nadaję się do pisania opasłych powieści, wolę takie książki, które łatwo jest trzymać na kolanach albo zmieścić w torebce.

 

Bez wątpienia ma to swoje zalety. A czy wcześniej, przed debiutancką Szopką pisałaś już opowiadania, czy też jest to – jak mówisz – w miarę świeża historia?

Przed Szopką nie. Po Szopce postanowiłam, że skończę pisać doktorat i nie będę się brać za nic większego, ale nie dało się tak zupełnie nie pisać. Tematy same przychodzą.

 

Co Twoim zdaniem jest intrygującego w formie opowiadania? Dlaczego chciałaś pisać opowiadania?

Lubię świat niedopowiedziany, świat z miejscem dla czytelnika. Opowiadanie, chociaż zamknięte w dość ścisłych, wydawałoby się, ramach strukturalnych, daje ogromną przestrzeń na wolność, na oddech, na współuczestnictwo. Są tacy, którzy lubią w literaturze wszystko wiedzieć, lubią, kiedy autor odpowie na każde pytanie, które się podczas czytania rodzi; czytelnicy opowiadań wolą otwarte miejsce z wielością wejść i wyjść, zagadkę. Jakiś powracający jak bumerang element, któremu podporządkowane jest opowiadanie. To, że się zgubisz, a autor nie poda ci pomocnej dłoni, bo opowiadanie już się skończyło – ja to uczucie uwielbiam. No i świetnie się pisze opowiadania cholerykowi, takiemu jak ja, który chciałby widzieć efekty swoich działań w jak najkrótszym czasie.

 

Stawia to spore wyzwania przed czytelnikiem, ale i pisarzem. Istnieje przekonanie, że opowiadanie to trudny, wymagający gatunek. Jak to jest w Twoim przypadku? Łatwiej pisze Ci się powieści czy opowiadania?

Trudno powiedzieć, co się łatwiej pisze. Pisanie musi być trudne, bez względu na objętość tekstu czy gatunek, w którym pracujemy; wszyscy, którzy piszą, narzekają, ale się na tę trudność godzą, bo frajda jest tej trudności warta.

 

Faktycznie, łatwość pisania kojarzona jest – pewnie słusznie – z grafomanią. A czy są autorzy opowiadań, których cenisz, którzy Cię inspirują?

Oczywiście, stara szkoła: Anton Czechow, Julio Cortázar – mistrz świata, Vladimir Nabokov – ex aequo; ostatnio czytałam bardzo dobre opowiadania George’a Saundersa.

 

Dobrze, przejdźmy do Twojej nowej książki. Ma ona tytuł Świat dla ciebie zrobiłem. Pisanie opowiadań jest dla Ciebie kreowaniem mikroświatów?

Raczej odtwarzaniem z włączeniem mojego filtru. Wszystkie te opowieści jakoś do mnie przyszły z zewnątrz, czułam się raczej w roli spisywacza – tylko że nawet wtedy nie umiałam patrzeć wyłącznie z jednej perspektywy; zawsze patrzy się przez filtr własnych doświadczeń ludzkich i literackich, przez moje poglądy na pewne sprawy, moralność.

 

Wszystkie? Nawet takie opowiadanie jak na przykład Ursa maior?

Właśnie to. W Umbrii, gdzie spędzaliśmy wakacje dwa lata temu, nasz gospodarz, starszy, chory człowiek, któregoś wieczoru po prostu kazał nam usiąść na murku przed swoim domem i opowiedział nam historię jego budowania. W ziemi miał za szybą kamienie, o których napisałam. Cała ta historia jest jego – nawet templariusze, których wmieszał w narrację historii tyle razy opowiadanej, że sam już zgubił granicę między prawdą a fikcją. Podarował mi swoją narrację.

 

Ciekawe, bo stawiałem, że to akurat jest wymyślone. Chyba mało czujny ze mnie krytyk. Pierwszym słowem, które przyszło mi do głowy po lekturze tomu Twoich opowiadań, była „różnorodność”. Współczesne i historyczne, z akcją w mieście i na wsi, odmienne stylistycznie i formalnie, na poważnie i na wesoło. Czy opowiadania są dla Ciebie także swoistym poligonem form i stylów?

Tak. Nawet przyznam, że w wydawnictwie trwały poszukiwania jakiejś wspólnej nuty dla tego zbioru, słowa-klucza łączącego wszystkie opowiadania, a ja takiej potrzeby nie miałam. Nie przeszkadza mi, że w jednym tomie jest duża różnorodność – jako czytelnik jej potrzebuję.

 

Zgadzam się z Tobą, dla mnie też monotematyczne zbiory opowiadań są zazwyczaj nużące. I dalej – dużo piszesz o relacjach między ludźmi – w rodzinie, małżeństwie, między obcymi. Tak było w powieściach, tak jest w opowiadaniach. Dlaczego tak Cię to intryguje?

Jestem tym. Możesz pisać o tym, czym jesteś. Nie ma dla mnie nic bardziej interesującego niż drugi człowiek; to, jak on może widzieć świat, mnie; to, jak ja się zmieniam przez niego.

 

W naszej prozie wciąż jednak dominuje pisanie, by tak rzec, „do wewnątrz”, grzebanie we własnych bebechach pisarza. Nie kusiło Cię nigdy, żeby wyjść z pisania „relacyjnego” i spróbować tego „do wewnątrz”? Choćby po to, żeby sprawdzić, jaki to przyniesie efekt.

To, co na zewnątrz, uważam za ciekawsze od moich prywatnych bebechów, niech sobie w nich grzebie gastrolog. A poważnie – to jest rozróżnienie tylko pozorne, nawet jeśli się pisze „relacyjnie”, zawsze przechodzi to przez ciebie, przez to, co już jest, co masz; to też decyduje o tym, co wybierasz jako temat, twoje bebechy decydują. Tak czy inaczej, one gdzieś tam są, mniej lub bardziej ujawnione.

 

I taki drobiazg, który mnie zastanawia: stosujesz w kilku opowiadaniach ten sam chwyt, polegający na nakładaniu podobnych elementów, ale jednak nie takich samych. Dwie bohaterki identyczne, ale jednak inne w 212, nakładające się na siebie podobne, lecz nie do końca opowieści o śmierci kota w Każdy kot, nakładające się podobne płaszczyzny czasowe w Ursa maior. Skąd taki pomysł? Chodzi tylko o rodzaj gry formą czy kryje się za tym jakiś głębszy sens?

W Każdym kocie to zabawa formą, rzeczywiście. Chodziło mi o napisanie trzy razy właściwie tego samego, ale z innej perspektywy. A podobieństwa mnie bawią, zaskakują, przeplatają mi się w głowie, nachodzą na siebie – próba ich spisania to wręcz perwersyjna przyjemność.

 

I na koniec – możemy się spodziewać kiedyś, w przyszłości kolejnego tomu Twoich opowiadań.

Nie wiem. I to nie tylko w tej sprawie – w ogóle nie wiem, co będzie, co będę pisać. Moje pisanie też dla mnie jest niespodzianką – siebie też lubię zaskakiwać.

 

Cóż, mam nadzieję, że zrobisz czytelnikom tę niespodziankę. Dziękuję za rozmowę.

 

Wywiad ukazał się w internetowym wydaniu pisma "Nowa Dekada Krakowska" - http://nowadekada-online.pl/


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

środa, 18 października 2017

Licznik odwiedzin:  116 033  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 116033

Lubię to