Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 098 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Marcin Wroński "Czas Herkulesów"

piątek, 21 lipca 2017 12:22

Wronski_Czas.jpgTo już jest (prawie) koniec

Marcin Wroński, Czas Herkulesów, W.A.B., Warszawa 2017, s. 294.

    Właściwie trudno jest zacząć omówienie nowej powieści kryminalnej Marcina Wrońskiego inaczej niż w ten oto sposób: to już jest koniec. Choć właściwie nie do końca. Czas Herkulesów jest - jak stanowczo zapewnia pisarz - faktycznie ostatnią (dziewiątą) powieścią w serii o perypetiach przedwojennego policjanta z Lublina Zygmunta "Zygi" Maciejewskiego, chociaż dziesięciotomowy cykl domknięty jeszcze zostanie zbiorem opowiadań. Nie sądzę, aby opowiadania w znaczący sposób wpłynęły na recepcję całości serii, myślę więc, że jest to dobry moment, aby pokusić się o wstępne podsumowanie, analizę i ocenę całości cyklu.
    Na początek przypomnę kilka, jak mi się zdaje, istotnych faktów tyczących prozy kryminalnej Wrońskiego i samego pisarza. Autor z Lublina miał swoje przedkryminalne życie pisarskie - w odróżnieniu od zdecydowanej większości zdeklarowanych "kryminalistów" (oczywiście, kiedy nastąpił boom kryminalny, wielu autorów czy to z tzw. mainstreamu, czy uprawiających inne odmiany prozy gatunkowej zaczęło pisać kryminały, ale to już inna bajka). Przed Maciejewskim pisał między innymi prozę postmodernistyczną, fantastyczną i - jestem o tym przekonany - te doświadczenia mocno wpłynęły na kształt jego kryminałów. Jako autor kryminału Wroński zadebiutował w roku 2007 powieścią Morderstwo pod cenzurą. Był to czas, kiedy niekwestionowanym liderem rodzimej prozy kryminalnej był Marek Krajewski, twórca kryminałów retro z policjantem z Breslau Eberhardem Mockiem. Nic więc dziwnego, że Wroński również, podobnie jak w tym okresie wielu innych pisarzy, postawił na kryminał reto, choć nie do końca poszedł ścieżką wyznaczoną przez pisarza z Wrocławia: zdecydował się na okres międzywojenny a także wojenny jako czas akcji i prowincjonalny Lublin jako jej miejsce. W wywiadach lubelski pisarz wielokrotnie podkreślał, że projekt serii zakładał nie tylko dostarczanie czytelnikom ciekawych intryg kryminalnych, ale również ukazanie wycinka historii rodzimego miasta, które w dużym stopniu zmieniło się po II wojnie światowej. Od roku 2007 Wroński nieomal rok w rok wydawał kolejne części serii z Maciejewskim, stopniowo zyskując rzesze oddanych fanów i uznanie krytyków literackich (nie tylko specjalistów od prozy gatunkowej). Obecnie należy do absolutnego topu rodzimych twórców kryminałów. Co sprawiło, że cykl z Maciejewskim odniósł tak duży sukces?
    Specyfiką długich serii powieści kryminalnych jest, że są one zazwyczaj bardzo nierówne, jeśli chodzi o jakość literacką. Wrońskiemu udało się utrzymać wysoki poziom kolejnych części, co wcale nie jest łatwe. Oczywiście, oprócz wybitnej realizacji gatunku, jaką była powieść Pogrom w przyszły wtorek, za którą pisarz otrzymał zarówno Nagrodę Wielkiego Kalibru, jak i Kryminalnej Piły, zdarzały się książki wyraźnie słabsze, jak chociażby Portret wisielca. Jako się jednak rzekło, poniżej pewnego poziomu autor z Lublina nigdy nie zszedł, żadna z części cyklu nie okazała się ewidentną klapą.
    Współczesne powieści kryminalne najczęściej są miksami różnych podgatunków. Nie inaczej jest w powieściach "maciejewskich". Wydaje mi się, że sukces Wrońskiego w dużym stopniu zasadza się na umiejętnym wyborze i połączeniu podgatunków: kryminału noir, powieści historycznej i powieści z tzw. nurtu małych ojczyzn. Rodem z kryminału noir jest przede wszystkim postać głównego bohatera i część intryg kryminalnych, z powieści historycznej - opis przedwojennego Lublina, kreślony z niezwykłą, antykwaryczyną wręcz, dbałością o historyczny konkret i detale, z prozy małych ojczyzn - próba uchwycenia ducha zróżnicowanej etnicznie, społecznie i religijnie społeczności przedwojennego Lublina. Przy tym z elementów składowych trzech podgatunków Wrońskiemu, co jest sztuką (pisarską), udało się stworzyć udaną autorską układankę. Autor Haiti zrezygnował z obecnej w prozie małych ojczyzn idealizacji i mitologizacji przeszłości, w czym pomocne były mu elementy kryminału noir, te zaś osadzone w świetnie oddanych realiach przedwojennego Lublina nabrały głębi i konkretu przedstawienia - inaczej rzecz ujmując Maciejewski nie był kolejny policjantem-twardzielem, który mógłby funkcjonować wszędzie. Zyga mógł się pojawić tylko w Lublinie. Z przesadą (lekką) mógłbym rzec: Maciejewski to przedwojenny Lublin, a przedwojenny Lublin to Maciejewski. Ważne jest, że umiejętnie łącząc podgatunki powieściowe, Wroński "otworzył" swoją prozę na szerszą rzeszę odbiorców. Seria z Maciejewskim trafia zarówno do zdeklarowanych wielbicieli prozy gatunkowej, jak i tych, którzy po kryminały sięgają z rzadka, albo nawet nie sięgali wcześniej wcale.
    Istotnym elementem cyklu - zresztą, jak to bywa w innych dobrych seriach powieści kryminalnych - jest główny bohater, Zyga Maciejewski. Na pozór jest kolejna odbitka ze sztancy policjanta/detektywa z kryminału noir. Zyga jest człowiekiem nieco oschłym i gburowatym, trochę osobnym, byłym bokserem ze złamanym nosem, niechlujem, skłonnym do bitki i do wypitki, wielbicielem podłych knajp i nieprzesadnie trudnych kobiet; policjantem, który niezbyt przejmuje się regulaminem służby, często przesłuchuje za pomocą pięści i który najchętniej wszystkie sprawy rozwiązywałby w pojedynkę. Jednak jak na realia przedwojennej policji jest dosyć wykształcony i inteligentny. Do tego przy całej swojej chropowatości - wrażliwy, co potwierdza choćby jego trudny związek z Różą, którą wyciągnął z nałogu morfinowego. Ma - jak to bohater noir - swój własny system wartości, którego konsekwentnie się trzyma, a w sobie elementarną niezgodę na zło, szczególnie czynione słabszym czy bezbronnym. Aby ochronić ich albo sprawić by bestialscy przestępcy zostali ukarani, jest w stanie poświęcić wiele. Nawet własny życie czy zdrowie. Maciejewski należy bohaterów wyrazistych, pogłębionych, a przy tym wewnętrznie spękanych, przez co interesuje i intryguje czytelników. Mimo iż momentami drażni, chce się śledzić perypetie policjanta z Lublina. Zainteresowanie Maciejewskim umiejętnie podsyca Wroński, obdarzając go ciekawą, skomplikowaną biografią i właściwie dawkując informacje o jego pokomplikowanych losach w kolejnych powieściach z serii.
    Od czasu sukcesu skandynawskiej prozy kryminalnej nie jest niczym nowym, że autorzy kryminałów poruszają w swoich powieściach poważne tematy społeczne, obyczajowe, polityczne czy narodowościowe. Nie inaczej jest też w serii o Maciejewskim, tym bardziej że takowych problemów w okresie międzywojennym nie brakowało. Jednak przy tym Wroński - chyba, jak mi się zdaje, jako jedyny polski autor - podejmuje w swoich powieściach konsekwentną grę z wymogami poprawności politycznej, która w sporym stopniu blokuje współczesny dyskurs. Widać to wyraźnie na przykładzie przewijających się nieomal przez cały cykl wątków żydowskich. Wroński bez ogródek pisze o antysemityzmie Polaków, choćby w Pogromie w przyszły wtorek czy Portrecie wisielca, ale z drugiej strony nie waha się przed ukazywaniem ciemnych stron społeczności żydowskiej czy nawet mroków żydowskiej duszy, na przykład w powieści A na imię jej będzie Aniela. Momentami autor Kina Venus pisze na ten temat bardzo wyraziście, nie przebierając w słowach. Podobnie zresztą jak w innych kwestia, dla przykładu homoseksualizmu, stosunku do kobiet czy też relacji z innymi nacjami, które tworzyły skomplikowaną mozaikę narodowościową II RP. Przez co Wroński bywa oskarżany a to o antysemityzm, a to o filosemityzm, o homofobię czy mizoginizm. Tyle tylko że pisząc na ten temat, autor nie staje po żadnej ze stron, stara się tylko wiernie odtworzyć realia przedstawianych czasów i w ten sposób pokazuje, że przykładanie do nich kategorii poprawności politycznej jest błędne, bo zwyczajnie anachroniczne. Ta warstwa kryminalnego pisarstwa Wrońskiego jest jeszcze mało rozpozna, a wydaje mi się - warta uwagi i namysłu.
    Na koniec zostawiłem kwestię być może najistotniejszą: Wroński tworzy kryminały literackie, które obecnie są - niestety - wypierane przez proste, by nie rzec prostackie realizacje konwencji pulp. Cóż to takiego kryminał literacki? Otóż taki, rzecz ujmuję oczywiście w dużym skrócie, w którym nie liczy się tylko i wyłącznie zachowanie reguł gatunku, zgrabna intryga i stosy trupów, ale nacisk kładzie się również na literacką jakość tekstu, a ta jest dla autora Haiti istotna, co nie dziwi, skoro przeszedł wcześniej szkołę postmodernistyczną. Wroński jest bez wątpienia najlepszym stylistą polskiego kryminału, a pewnie wielu autorów z tzw. mainstreamu mogłoby się wiele od niego nauczyć. W jego prozie widać dbałość nieomal o każde słowo, zdanie, mnogość stosowanych chwytów stylistycznych. A przy tym nie jest to jedynie sztuka dla sztuki, popis pisarskiej sprawności. Styl w cyklu o Maciejewski ściśle zespolony jest z kryminalną intrygą, rzekłbym nawet, że nie tylko ją uatrakcyjnia, ale wręcz napędza.
    Trochę w powyższym tekście wywinąłem się od opisu Czasu Herkulesów. W tej powieści zaciekawił mnie obraz prowincjonalnego Chełma, który przed wojną intensywnie się rozbudowywał, zaintrygowała wpisana w fabułę historia zapasów, o której nie miałem pojęcia, zauroczyła jedna z ostatnich scen, w której to w knajpie o wdzięcznej nazwie Niespodzianka Zyga rozmawia z kobietą swojego życia, Różą oraz chełmskim tajniakiem. Jednak jeśli chodzi o całość cyklu, powieść uplasowałbym w strefie stanów średnich. Wroński niczym mnie nie zaskoczył, znalazłem w powieści to, co spodziewałem się znaleźć. Tyle tylko i aż tyle, bo nie twierdzę, że lektura mnie zmęczyła. Trochę więc jest mi żal, że nie będzie mi już dane przeczytać kolejnej powieści z Maciejewskim. Z drugiej jednak strony, jeśli pisarz chce zamknąć cykl, mogę mu tylko przyklasnąć. Lepiej zrobić to teraz, kiedy w serii "maciejewskiej" nie było wyraźnej wpadki. Do tego jestem pewny, że jest dla autora z Lublina życie po Maciejewskim. I nie będzie to złe życie. Wroński mnie i innych czytelników jeszcze zaskoczy. Tego jestem pewien!


Tekst ukazał się w internetowym wydaniu pisma "Nowa Dekada Krakowska".


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Antti Tuomainen "Kopaliśmy sobie grób"

wtorek, 11 lipca 2017 14:37

Tuomainen_Kopalismy.jpgZmrożone emocje

Antti Tuomainen, Kopaliśmy sobie grób, przeł. Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 317.

    Proza fińskiego pisarza Anttiego Tuomainena była dla mnie jednym z odkryć zeszłego roku. Mam na myśli powieść Czarne jak moje serce. Powieść ta wpisywana jest w nurt określany mianem helsinki noir, z czym nie do końca się zgadzam. Oczywiście, powieści Tuomainena są mroczne, ale nie noir - przede wszystkim dlatego, że Fin pisze właściwie powieści psychologiczne z wątkiem kryminalnym, a nie typowe kryminały. Nie inaczej jest w powieści Kopaliśmy sobie grób, a nawet w porównaniu z poprzednią jest w niej jeszcze więcej psychologii.
    Tuomainen po raz kolejny sięga po wątek zaginionego rodzica i problemów rodzinnych, z którymi musi się zmagać główny bohater. Jest nim dziennikarz z Helsinek Janne Vourii. Trzydzieści lat wcześniej, gdy Janne był małym dzieckiem, zniknął jego ojciec i nie dawał znaku życia. Matka nigdy nie wyjaśniła synowi, co się wtedy stało. Sam Janne, pracoholik maksymalnie skoncentrowany na dziennikarskiej robocie, coraz bardziej zaniedbuje swoją partnerkę i córeczkę. Konflikt w rodzinie eskaluje z dnia na dzień, choć jest... cichy (o czym będzie za chwilę).
    Intryga kryminalna w Kopaliśmy... wpisuje się w prosty schemat eko-kryminału. Janne z anonimowego źródła dostaje cynk, że znajdująca się na dalekiej północy kraju kopalnia niklu, stosująca eksperymentalną metodę wydobycia, truje całą okolicę, aby wyjść na swoje. Dziennikarz bardzo szybko przekonuje się, że coś jest na rzeczy, tym bardziej że zaczyna go nękać ochrona kopalni. Sprawa komplikuje się, gdy zaczynają ginąć kolejni członkowie zarządu firmy górniczej.
    W drugim wątku powieści ukazywana jest historia ojca dziennikarza. Otóż okazuje się, że ojciec jest... zawodowym zabójcą, bardzo skutecznym. Po trzydziestu latach nieobecności wraca do Helsinek, ponieważ ma tam zlecenia, ale również dlatego że myśli o porzuceniu zbrodniczego fachu. Szuka także kontaktu z byłą żona i synem, co w równym stopniu zadziwia jego bliskich, jak i jego samego. Jak łatwo się domyślić, ojciec będzie miał swoją rolę do odegrania podczas dziennikarskiego dochodzenia w sprawie kopalni.
    Odczytywana jako kryminał powieść Kopaliśmy... wypada blado. Intryga jest schematyczna, banalna i przewidywalna. Brakuje w niej zagadek, zwrotów akcji i napięcia. Za to napięcia jest aż nadto w warstwie psychologicznej tekstu. Napięcia między dziennikarzem a jego partnerką, między dziennikarzem a jego rodzicami, a także innymi postaciami drugoplanowymi powieści. Przy czym - co dla mnie jest najciekawsze - Tuomainen przybliża zupełnie inny typ emocjonalności niż ten, który jest nam znany, który oswoiliśmy. To świat emocji jakby zmrożonych, pokrytych niewidoczną warstewką lodu. Bohaterowie powieści kłócą się, nie podnosząc głosu; prowadzą rozmowy, komunikując się przy pomocy minimalnej ilości słów albo w ogóle pozawerbalnie. Umykające spojrzenia, niewielkie grymasy twarzy, pochylenie głowy. Nic nie jest wypowiadane wprost, bohaterowie muszą się domyślać, co druga osoba ma na myśli. Powinni o to spytać, lecz nie pytają.
    Bohaterowie powieści zdają się potwornie samotni, osobni, zamknięci w bańkach oddzielających ich od innych. Czasami wykonują w ich stronę jeden krok, by zaraz cofnąć się o dwa. Jest w tym tańcu przyciągania i odpychania smutek, ale również rezygnacja i akceptacja stanu rzeczy. Choć pokrętna. Pisarstwo Tuomainena jest prozą pytań. Czy człowiekowi potrzebni są inni? Czy samorealizacja jest istotniejsza od odpowiedzialności za bliskich? Czy więzy krwi cokolwiek znaczą we współczesnym świecie? Czy ochrona bliskich rozgrzesza zbrodnię? Czy człowiek mający na sumieniu dziesiątki ludzkich istnień może być dobry? I tak dalej, i tym podobne. Fiński pisarz przedstawia te problemy, analizuje, ale nie spieszy się z udzielaniem odpowiedzi. Zostawia je do przemyślenia czytelnikowi. I na tym głównie polega moc i czar tej pogłębionej psychologicznie, wyciszonej, kameralnej prozy.
   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Andrzej Dziurawiec "Festiwal"

czwartek, 06 lipca 2017 5:39

Dziurawiec_festiwal.jpgMiłość, która rani

Andrzej Dziurawiec, Festiwal, W.A.B., Warszawa 2017, s. 462.

    W roku 2013 został opublikowany thriller Bastard (zresztą, jak na mój gust, jeden z ciekawszych w ostatnich latach), którym Andrzej Dziurawiec rozpoczął przygodę z prozą spod znaku zbrodni rozmaitych. Festiwal jest kontynuacją przygód warszawskiego policjanta Szuberta, jego bliskich i kolegów z fabryki, choć autor tak prowadzi fabułę i dawkuje informacje, że bez większego trudu można tę powieść czytać bez znajomości części pierwszej. I z miejsca zdradzę, że druga część jest jeszcze bardziej zakręcona (w pozytywnym znaczeniu), wielowarstwowa i lepiej napisana niźli część pierwsza.
    Szubert ma czterdzieści dziewięć lat, jest na wczesnej policyjnej emeryturze i nie bardzo pali się do podjęcia jakiejkolwiek pracy, o policyjnej robocie nawet nie wspominając. Próbuje odbudować relacje z ukochaną córką, która wyprowadziła się z domu i pomieszkuje w squocie, komplikuje relacje z parą swoich przyjaciół Mateuszem i Havą. I opiekuje się przeuroczą dożyczką Welą. Rzec można, życie! Wszystko zmienia się nieomal z dnia na dzień równo w drugą rocznicę zakończenia przez Szubert śledztwa w sprawie seryjnego zabójcy. W tym samym miejscu, gdzie kończył to śledztwo, teraz w wyrafinowany i bestialski sposób zostaje zamordowana kobieta. Szybko okazuje się, że to Amerykanka, gwiazda feminizmu, która do Warszawy przyjechała na Międzynarodowy Festiwal Cipki WAGINALIA (sic!). Potem w równie krwawy sposób giną jeszcze dwie kobiety związane z tą imprezą. Czyżby to protest ideologicznie zorientowanego zwyrodnialca? Okazuje się, że niekoniecznie, bo zabite zostają kolejne osoby, a coraz więcej związków ze sprawą okazuje się mieć Szubert i jego bliscy. Chcą nie chcąc, policjant-emeryt musi włączyć się do śledztwa, w którym nie raz, nie dwa zbierze po głowie (jak najbardziej dosłownie - bejsbolem).
    Jak zwykle przy omówieniach tego rodzaju książek zacząłem od przybliżenia intrygi kryminalnej, choć w Festiwalu nie jest ona najważniejsza. Albo inaczej - nie tylko ona jest ważna, bo to powieść wielowarstwowa, udanie łącząca elementy thrillera, miejskiej powieści kryminalnej i powieści obyczajowo-romansowej. Sporo elementów? Sporo, ale z głową przez Dziurawca połączonych. Wielbiciele mrocznych i krwawych historii znajdą w Festiwalu klimaty rodem z filmów Siedem czy Horsemen (inspiracje filmowe są w prozie tego pisarza wyraźne, co nie dziwi, bo jest przecież także scenarzystą). Ci, którzy lubią miejskie opowieści znajdą zróżnicowany obraz współczesnej Warszawy, zarówno przestrzeni, jak i warszawskiej społeczności - ze szczególnym uwzględnieniem środowisk kontrkulturowych, subkulturowych oraz mniejszości seksulanych zderzonych z "normalsami". Zaś dla pozostałych są liczne w powieści historie miłosne. Tak właśnie! Bo gdybym miał w jednym zdaniu powiedzieć, czym Festiwal jest, rzekłbym, że to paradoksalnie opowieść o miłości, objawiającej się w bardzo różny, czasami zaskakujący sposób. Oczywiście, tworzenie wielowarstwowych powieści, w których miksuje się elementy różnych gatunków powieściowych, obarczone jest ryzykiem, że nie trafi się w czytelnicze gusta. Fani "twardych" thrillerów będą pewnie narzekać, że za wiele w Festiwalu jest obyczajowej "waty". Zwolennicy rozbudowanych wątków obyczajowych - że za krwawo i za brutalnie. Mnie jednak tego rodzaju konstrukcje powieściowe bardzo odpowiadają, tym bardziej że są zwyczajnie trudniejsze do napisania niźli klasyczny thriller czy "obyczaj".
    Wracając do miłości, warto zwrócić uwagę, że pojawia się ona już w głównej osi fabuły, czyli intrydze, bo osoba, która zabija, pała chorym afektem do Szuberta. Policjanta łączy trudna miłość rodzicielska z córką, potem zaś zakochuje się w Havie i zaczyna zastanawiać się, którą z tych kobiet życia kocha mocniej (co będzie miało znaczenie dla intrygi). Hava śpi z Szubertem, ale kocha jego przyjaciela Mateusza, ten zaś wręcz wielbi Havę za to sypia z inną. Starsza aspirant Kozak była kiedyś z Szubertem, a teraz szuka pocieszenia, nie nazbyt skutecznie, w ramionach ekscentrycznego naukowca rodem z Madagaskaru itd. itp. A do tego dochodzą jeszcze liczne związki damsko-damskie i męsko-męskie. Rozmaitość wielka, jednak jest jeden element, który łączy większość związków przedstawionych w powieści: to miłości trudne, asymetryczne, skazane na niespełnienie czy ewidentną porażkę. Osoba, która zabija zostawia specyficzną wiadomość dla Szuberta, wyrytą w korze drzew: "Love hurts". Czytając Festiwal, trudno się z tym nie zgodzić. Choć - przyznam - niektóre z miłości opisywanych przez Dziurawca wydały mi się nieco wydumane, by tak rzec - przeszarżowane, jak choć te łączące w nierównoboczny trójkąt Havę, Mateusza i Szuberta; z drugiej jednak strony można to uznać za wariację na temat motywu poliamorii, popularnego nie tak dawno w tzw. prozie mainstreamowiej.  
    Zawsze, kiedy jest okazja ku temu, a w przypadku Festiwalu jest jak najbardziej, staram się ten element podkreślić - Dziurawiec ma własny rozpoznawalny styl, co u rodzimych autorów prozy spod znaku zbrodni jest rzadkością. Niestety. Posługuje się językiem wyrafinowanym, ale przy tym - może nieco paradoksalnie - prosty i klarownym, doprawia tekst nienachalnym humorem i nasyca intertekstualnymi nawiązaniami do literatury czy kultury w ogóle, zapraszając czytelnika do zabawy w "zgadnij, skąd ten cytat/postać/motyw". Widać, że pisarz świetnie bawi się pisząc i do tej zabawy zaprasza odbiorców.
    Nowa książka Dziurawca to prawdziwy festiwal pomysłów. Z chęcią przeczytam kolejną część przygód Szuberta i spółki, chociaż zaiste nie mam bladego pojęcia, jak autor wybrnie z tego, co zgotował swoim bohaterom w końcówce ostatniej powieści.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Szczepan Twardoch

poniedziałek, 05 czerwca 2017 16:31

Twardocz_Krol.jpgGangsterski król

Szczepan Twardoch, Król, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 448.

    Wydany w zeszłym roku Król Szczepana Twardocha z miejsca narobił wiele szumu, zresztą podobnie jak dwie poprzednie powieści tego autora - Morfina (2012) i Drach (2014). Spierano się - często bardzo zaciekle i bezpardonowo - o to, czy Twardoch we właściwy sposób przedstawił w ostatniej powieści sytuację społeczno-polityczną w Polsce roku 1937; czy z dbałością o historyczny konkret ukazał "dwie obce sobie Warszawy" (s. 8), polską i żydowską, koegzystujące ze sobą, ale oddzielone niewidzialnym murem; czy nie nazbyt epatował w książce przemocą; a w końcu nawet czy nie jest to książka mizoginiczna. Niektóre ustalenia wynikające z tychże sporów były interesujące i inspirujące, jednak wydaje mi się, że większość z osób biorących w nich udział (często wytrawnych, zawodowych znawców literatury) zdawała się zapominać o kwestii zasadniczne i zarazem oczywistej, jeśli chodzi o interpretację kolejnych tekstów pisarza z Pilchowic. Autor Zimnych wybrzeży (2009) przez lata pisał prozę gatunkową - w różnych jej odmianach. Po transferze do Wydawnictwa Literackiego i przesunięciu w stronę literackiego mainstreamu (cokolwiek to określenie obecnie znaczy), które nastąpiło wraz z opublikowaniem Morfiny, Twardoch właściwie nigdy ostatecznie nie porzucił prozy gatunkowej. W każdej kolejnej powieści pisarza bez trudu znaleźć można motywy i schematy rodem właśnie z prozy gatunku. Raz jest ich mniej, innym razem więcej. Król jest ich pełen, a ten fakt umknął większości komentatorów, albo uznany został za nieistotny. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że przy całym swoim gatunkowym rozchwianiu ostatnia książka Twardocha jest w pierwszym rzędzie powieścią gangstersko-sensacyjną. Wystarczy uważnie wczytać się w tekst, na siłę nie szukając w nim drugiego czy trzeciego dna.
    Tytułowym bohaterem powieści Twardocha jest Jakub Szapiro, trzydziestosiedmioletni czempion boksu pochodzenia żydowskiego. Oprócz tego, choć może przede wszystkim, to żołnierz gangu Kuma Kaplicy (bohatera wzorowanego na autentycznej postaci polskiego gangstera z okresu międzywojennego Łukasza Siemiątkowskiego, pseudonim Tata Tasiemka) i to nie byle jaki, prawdziwa prawa ręka (i pięść) bossa. Jakub zachowuje lojalność wobec Kuma, ma jednak marzenie, które wyjawia w trakcie rozmowy z żoną: "Chcę być królem tego miasta". Można nawet nazwać to czymś więcej niż tylko marzeniem, skoro po chwili bohater dodaje: "I będę królem miasta" (s. 62). I tytuł powieści Twardocha, i przywołana scena ustawiają odbiór tekstu - jest to w pierwszym rzędzie historia człowieka, który czeka na okazję, by zostać szefem gangu, prawdziwym królem miasta takim chociażby jak Al Capone. A w szerszym planie opowieść o wojnie gangów, a to przecież najklasyczniejszy motyw powieści gangsterskiej. Tyle tylko że rzecz dzieje się w specyficznych warunkach schyłku II RP, a napisana została przez pisarza, który umie bawić się klasycznych schematami gatunkowymi i robi to z fabularną finezją.
    Odczytywanie powieści Twardocha jako gangsterskiej, albo szerzej - gangstersko-sensacyjnej (element sensacyjny również jest w powieści bardzo wyraźny i istotny) pozwala pewne motywy i wątki obecne w tekście zobaczyć we właściwym świetle czy wręcz uspójnić i usensownić. Najwyraźniej jest to widoczne w kreacji głównego bohatera. Na pierwszym rzut oka jego działania, szczególnie w końcowych partiach powieści, wydawać mogą się absurdalne, albo przynajmniej słabo umotywowane. Sytuacja Żydów w Polsce roku 1937 coraz bardziej się pogarsza, zaś nad gangiem Kuma Kaplicy zbierają się czarne chmury. Żona Jakuba i jego brat, zaangażowany w działalność ruchów syjonistycznych, namawiają go do wyjazdu do Palestyny. Bokser dysponuje dostatecznymi środkami, wie, że bez trudu ustawiłby się w nowej rzeczywistości; i że przede wszystkim zapewniłby spokojniejszy byt rodzinie. Koniec końców nawet zgadza się na wyjazd, ale później na pozór zdaje się robić wszystko, aby stolicy nie opuścić. Oczywiście, częściowo ma to związek z nasilającą się walką gangów, jednak niektóre z działań bohatera wyglądają na akty czystej (auto)destrukcji, jak chociażby uwikłanie się, na niedługi czas przed planowanym wyjazdem, w romans z Polką z prawicowej, zamożnej rodziny. Dlaczego Szapiro działa tak, jakby wcale do Palestyny nie chciał wyjechać? Ponieważ jest gangsterem i realizuje wzorzec gangsterskiego losu. Po pierwsze, nie widzi samego siebie poza dzielnicami znajdującymi się we władaniu jego gangu, czy szerzej - poza Warszawą. Tam i tylko tam jest jego miejsce. Po drugie, ma szansę zostać gangsterskim królem i aby to się stało, jest w stanie poświęcić wszystko i wszystkich. Nawet najbliższych. I tak się w końcu dzieje. Szapiro staje się królem szemranej Warszawy. Jak się potem okaże - nie na długo, bo jego panowanie przerwie wojna. Najbliżsi zapłacą za czas królowania Jakuba najwyższą cenę.
    W Królu mamy do czynienia ze specyficzną wojną gangów, ponieważ jest nią pucz skrajnej prawicy mający na celu odsunięcie od władzy rządów sanacyjnych. W polityczną zawieruchę wciągnięty zostaje gang Kuma, a Szapiro odegra w niej niebagatelną rolę. Nie przez przypadek. Kum, "stary bek, piłsudczyk, bojowiec" (s. 387), mógł przez lata w spokoju prowadzić przestępczą działalność, ponieważ pozostawał pod nieformalną ochroną dawnych towarzyszy walki o niepodległość, którzy we władzach II RP odgrywali znaczące role. Zmiana układu sił na scenie politycznej oznaczała jedno - dla Kuma śmierć, zaś dla jego gangu upadek. Nic więc dziwnego że po tym jak jego boss trafia do Berezy Kartuskiej, Szapiro robi wszystko, by pokrzyżować plany puczystów. Wątek powiązań między gangsterami a politykami to w powieści gangsterskiej nic nowego. Zastanawiać może tylko tak mocne wyeksponowanie w powieści Twardocha warstwy politycznej. Po części wynika to z realiów epoki. Wydaje mi się jednak, że autor Morfiny zestawiając rozbudowane opisy światka politycznego i gangsterskiego, chciał uwyraźnić podobieństwa między nimi. W końcu mechanizmy działań i cele gangsterów oraz polityków wydają się bardzo podobne. Różni ich tylko skala - tym pierwszym chodzi o panowanie nad miastem, tym drugim - nad całym krajem.
    Jak na mój gust opisy przemocy i traktowania kobiet przez mężczyzn obecne w Królu mieszczą się w ramach konwencji powieści gangsterskiej. Bez trudu wskazać można dziesiątki zdecydowanie bardziej krwawych i brutalnych realizacji gatunku. Oczywiście, są w powieści Twardocha fragmenty bardzo brutalne jak chociażby scena torturowania, zabicia a potem rozczłonkowania ciała Nauma Bernsztajna (ss. 55-57), ale przecież autor przedstawia środowisko przestępców, dla których załatwianie spraw przy pomocy "maszynki", noża czy pięści jest codziennością. Moim zdaniem nie mamy w tym przypadku - jak chcą niektórzy recenzenci książki - do czynienia z epatowaniem przemocą. Podobnie rzecz się mam w przypadku zarzutu o mizoginizm stawianego autorowi Króla. W relacjach damsko-męskich w tej powieści znowu odnaleźć można wiele klasycznych schematów z powieści gangsterskiej: brutalny gangster, który po przekroczeniu progu domu zmienia się w przykładnego ojca rodziny, mężczyźni katujący prostytutki i ci, którzy je chronią, fascynacja panienki z dobrego domu przestępcą to tylko przykłady pierwsze z brzegu. Bez wątpienia, większość postaci kobiecych w książce stanowią kobiety upadłe albo w ten lub inny sposób zdeprawowane. Ale znowu - jakie środowisko, takie postaci, które się w nim obracają. Trudno żeby Twardoch pisał w Królu o pensjonarkach.
    Ktoś mógłby zarzucić, że moją koncepcję "gangsterskiego" odczytania Króla obala obecna w nim forma narracji, której próżno szukać w powieści gangsterskiej. Narracja w nowej powieści Twardocha jest skomplikowana i ciekawa, a pewnie i najlepsza z dotychczas stworzonych przez pisarza. Narrator przedstawia się jako Mojżesz Inbar, który ma sześćdziesiąt siedem lat i mieszka w Izraelu. Właściwie nazywał się Bernsztajn i jako siedemnastolatek stał się swoistym podopieczny Szapiry, który zabił mu ojca. Po pięćdziesięciu latach Inbar spisuje opowieść o miesiącach 1937 roku, które doprowadziły do tego, że Szapiro został gangsterskim królem miasta, opatrując ją nawracającymi autokomentarzami. Ale dosłownie od pierwszej strony powieści i słów "Nie jestem człowiekiem. Nie mam nazwiska" jasne staje się, że i z samym narratorem, i z jego opowieścią jest coś nie tak, że kryje się w nich fałsz, który odkrywany jest konsekwentnie aż do "przewrotki" (nie nazbyt zaskakującej) w zakończeniu. Narracja w Królu jest niczym gabinet krzywych zwierciadeł, do którego wchodzi człowiek w masce. Obrazy są niepewne, rozmyte i zniekształcone, kolejne próby uchwycenia w miarę jasnych wizerunków, wpisane w sekwencje powtórzeń, nie przynoszą skutku. Możemy tylko domyślać się prawdy, albo tworzyć na jej temat wariacyjną opowieść, tak jak człowiek, który nazwał się Inbarem. To generuje szereg ciekawych kwestii poznawczych, o których nie miejsce pisać w tym tekście, i wiąże się ściśle z rozwijaniem w Królu niemal już klasycznego w pisarstwie Twardocha wątku osobowości rozchwianych. Jednak taka a nie inna forma narracji w nowej powieści Twardocha nie kłóci się z "gangsterskim" odczytaniem. Autor przecież nie tworzy klasycznej powieści gangsterskiej, tylko wykorzystuje chwyty i schematy  gatunku dla własnych celów, podporządkowuje własnej wersji opowieści, tak jak w przypadku powieści Drach było z sagą rodzinną. Innymi słowy, tworzy wariację na temat powieści gangsterskiej.
    Skupiłem uwagę na opisywaniu Króla Twardocha jako udanej wariacji na temat powieści gangstersko-sensacyjnej, ale moim zdaniem nie tylko na tym zasadza się wartość powieści. Jest w niej także świetnie skrojona story, którą autor potwierdził, że jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym, "opowiadaczy" współczesnej polskiej prozy. I gdyby tylko nie ten nieszczęsny motyw wieloryba, który niczym złowróżbny omen krąży nad Warszawą i którego zdają się dostrzegać bohaterowie... Chociaż koniec końców niech już nawet ten wieloryb będzie, bo może jestem zwyczajnie uprzedzony do wtrętów rodem z fantastyki, które z takim upodobaniem stosuje Twardoch.

Tekst ukazał się w dwumiesięczniku "Nowa Dekada Krakowska", nr 1/2, 2017.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

E. O. Chirovici "Księga luster"

poniedziałek, 24 kwietnia 2017 13:41

Chirovici.jpgSztafetą do prawdy

E. O. Chirovici, Księga luster, przeł. Mateusz Borowski, Znak literanova, Kraków 2017, s. 334.

    Tłumaczenia prozy rumuńskiej pojawiają się u nas niespecjalnie często, a już proza kryminalna z tego kraju to w ogóle rzadkość. Między innymi dlatego po powieść E. O. Chirovici'ego zatytułowaną Księga luster  sięgałem z ciekawością. Choć z drugiej strony "rumuńskość" tej książki jest względna, skoro napisana została po angielsku a jej akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych.
    Intryga kryminalna w Księdze luster rozwija się wokół sprawy sprzed lat. W roku 1987 w Princeton brutalnie zamordowany zostaje w swoim domy bardzo znany psychiatra profesor Wieder. Sprawa jest głośna medialnie, policja robi wszystko, aby ją rozwiązać, ale jej się to nie udaje. Co więcej, brak im nawet podejrzanego. Blisko trzydzieści lat później ówczesny student i znajomy Wiedera, Richard Flynn pisze książkę na temat śmierci profesora i jej fragment wysyła agentowi literackiemu, zaznaczając, że ma napisaną całość tekstu i wie, kto zabił Wiedera. Agent jest zdania, że książka może stać się bestsellerem. Problem jednak w tym, że przewlekle chory Richard umiera, a jego partnerka twierdzi, że nie wiedziała o książce i nie ma pojęcia, gdzie jest jej dalszy ciąg. Agent wynajmuje bezrobotnego dziennikarza Johna Kellera, aby ten albo odnalazł zaginioną część książki Flynn, albo sam odkrył, co tak naprawdę zdarzyło się w roku 1987. Poszukiwania idą Kellerowi słabo, w końcu pałeczkę w sztafecie do prawdy przejmuje emerytowany policjant Roy Freeman. Prowadził on sprawę zabójstwa Wiedera, ale ma świadomość, że robił to nieudolnie, ponieważ miał w tym czasie duże problemy z alkoholem. Po latach chce jeszcze raz popróbować rozwiązać tę sprawę, nim całkiem zagarnie go zdiagnozowana choroba Alzheimera. Czy uda się to staremu policjantowi?
    Może powyższy opis fabuły Księgi luster jest nieco przydługi, lecz inny być nie mógł. Powieść ma - jak na kryminał - dosyć skomplikowaną, szkatułkową konstrukcję. Ale przy tym bardzo klarowną. Chirovici nie tylko przedstawia rozwiązanie zagadki kryminalnej, ale pisze także (a może nawet - przede wszystkim) o pracy pamięci, która bywa zwodnicza. Jedna z bohaterek powieści stwierdza: "(...) nasza pamięć w niczym nie przypomina kamery wideo, niestrudzenie rejestrującej to, co znajdzie się przed obiektywem. To raczej scenarzysta i reżyser w jednym, z migawek kręcący swój własny film". Koniec końców dowiedziałem się, kto i dlaczego zabił Wiedera, ale już inne, poboczne wątki sprawy pozostały do końca niejasne, zamazane. Który z bohaterów kłamał? Robił to celowo, czy może traumatyczne wydarzenia zmodyfikowały, spreparowały pamięć bohaterów, którzy nie uświadamiają sobie tego? Na takie pytania czytelnik musi sobie odpowiedzieć sam.
    Oczywiście, rumuński pisarz trochę ułatwił sobie sprawę, skupiając uwagę na konfrontowaniu sprzecznych wspomnień bohaterów, dotyczących sprawy sprzed dziesięcioleci. Nie ma w tej powieści żmudnej dłubaniny dochodzeniowej, weryfikowania zabezpieczonych przed laty śladów, jak to bywa zwykle w sprawach typu "z archiwum X". Jak sądzę, nie odbiera to jednak Księdze luster wartości. Chirovici chciał napisać powieść kryminalną o mechanizmach pamięci. I napisał. Całkiem ciekawą.
    


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  111 357  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 111357

Lubię to