Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 078 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Szczepan Twardoch

poniedziałek, 05 czerwca 2017 16:31

Twardocz_Krol.jpgGangsterski król

Szczepan Twardoch, Król, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 448.

    Wydany w zeszłym roku Król Szczepana Twardocha z miejsca narobił wiele szumu, zresztą podobnie jak dwie poprzednie powieści tego autora - Morfina (2012) i Drach (2014). Spierano się - często bardzo zaciekle i bezpardonowo - o to, czy Twardoch we właściwy sposób przedstawił w ostatniej powieści sytuację społeczno-polityczną w Polsce roku 1937; czy z dbałością o historyczny konkret ukazał "dwie obce sobie Warszawy" (s. 8), polską i żydowską, koegzystujące ze sobą, ale oddzielone niewidzialnym murem; czy nie nazbyt epatował w książce przemocą; a w końcu nawet czy nie jest to książka mizoginiczna. Niektóre ustalenia wynikające z tychże sporów były interesujące i inspirujące, jednak wydaje mi się, że większość z osób biorących w nich udział (często wytrawnych, zawodowych znawców literatury) zdawała się zapominać o kwestii zasadniczne i zarazem oczywistej, jeśli chodzi o interpretację kolejnych tekstów pisarza z Pilchowic. Autor Zimnych wybrzeży (2009) przez lata pisał prozę gatunkową - w różnych jej odmianach. Po transferze do Wydawnictwa Literackiego i przesunięciu w stronę literackiego mainstreamu (cokolwiek to określenie obecnie znaczy), które nastąpiło wraz z opublikowaniem Morfiny, Twardoch właściwie nigdy ostatecznie nie porzucił prozy gatunkowej. W każdej kolejnej powieści pisarza bez trudu znaleźć można motywy i schematy rodem właśnie z prozy gatunku. Raz jest ich mniej, innym razem więcej. Król jest ich pełen, a ten fakt umknął większości komentatorów, albo uznany został za nieistotny. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że przy całym swoim gatunkowym rozchwianiu ostatnia książka Twardocha jest w pierwszym rzędzie powieścią gangstersko-sensacyjną. Wystarczy uważnie wczytać się w tekst, na siłę nie szukając w nim drugiego czy trzeciego dna.
    Tytułowym bohaterem powieści Twardocha jest Jakub Szapiro, trzydziestosiedmioletni czempion boksu pochodzenia żydowskiego. Oprócz tego, choć może przede wszystkim, to żołnierz gangu Kuma Kaplicy (bohatera wzorowanego na autentycznej postaci polskiego gangstera z okresu międzywojennego Łukasza Siemiątkowskiego, pseudonim Tata Tasiemka) i to nie byle jaki, prawdziwa prawa ręka (i pięść) bossa. Jakub zachowuje lojalność wobec Kuma, ma jednak marzenie, które wyjawia w trakcie rozmowy z żoną: "Chcę być królem tego miasta". Można nawet nazwać to czymś więcej niż tylko marzeniem, skoro po chwili bohater dodaje: "I będę królem miasta" (s. 62). I tytuł powieści Twardocha, i przywołana scena ustawiają odbiór tekstu - jest to w pierwszym rzędzie historia człowieka, który czeka na okazję, by zostać szefem gangu, prawdziwym królem miasta takim chociażby jak Al Capone. A w szerszym planie opowieść o wojnie gangów, a to przecież najklasyczniejszy motyw powieści gangsterskiej. Tyle tylko że rzecz dzieje się w specyficznych warunkach schyłku II RP, a napisana została przez pisarza, który umie bawić się klasycznych schematami gatunkowymi i robi to z fabularną finezją.
    Odczytywanie powieści Twardocha jako gangsterskiej, albo szerzej - gangstersko-sensacyjnej (element sensacyjny również jest w powieści bardzo wyraźny i istotny) pozwala pewne motywy i wątki obecne w tekście zobaczyć we właściwym świetle czy wręcz uspójnić i usensownić. Najwyraźniej jest to widoczne w kreacji głównego bohatera. Na pierwszym rzut oka jego działania, szczególnie w końcowych partiach powieści, wydawać mogą się absurdalne, albo przynajmniej słabo umotywowane. Sytuacja Żydów w Polsce roku 1937 coraz bardziej się pogarsza, zaś nad gangiem Kuma Kaplicy zbierają się czarne chmury. Żona Jakuba i jego brat, zaangażowany w działalność ruchów syjonistycznych, namawiają go do wyjazdu do Palestyny. Bokser dysponuje dostatecznymi środkami, wie, że bez trudu ustawiłby się w nowej rzeczywistości; i że przede wszystkim zapewniłby spokojniejszy byt rodzinie. Koniec końców nawet zgadza się na wyjazd, ale później na pozór zdaje się robić wszystko, aby stolicy nie opuścić. Oczywiście, częściowo ma to związek z nasilającą się walką gangów, jednak niektóre z działań bohatera wyglądają na akty czystej (auto)destrukcji, jak chociażby uwikłanie się, na niedługi czas przed planowanym wyjazdem, w romans z Polką z prawicowej, zamożnej rodziny. Dlaczego Szapiro działa tak, jakby wcale do Palestyny nie chciał wyjechać? Ponieważ jest gangsterem i realizuje wzorzec gangsterskiego losu. Po pierwsze, nie widzi samego siebie poza dzielnicami znajdującymi się we władaniu jego gangu, czy szerzej - poza Warszawą. Tam i tylko tam jest jego miejsce. Po drugie, ma szansę zostać gangsterskim królem i aby to się stało, jest w stanie poświęcić wszystko i wszystkich. Nawet najbliższych. I tak się w końcu dzieje. Szapiro staje się królem szemranej Warszawy. Jak się potem okaże - nie na długo, bo jego panowanie przerwie wojna. Najbliżsi zapłacą za czas królowania Jakuba najwyższą cenę.
    W Królu mamy do czynienia ze specyficzną wojną gangów, ponieważ jest nią pucz skrajnej prawicy mający na celu odsunięcie od władzy rządów sanacyjnych. W polityczną zawieruchę wciągnięty zostaje gang Kuma, a Szapiro odegra w niej niebagatelną rolę. Nie przez przypadek. Kum, "stary bek, piłsudczyk, bojowiec" (s. 387), mógł przez lata w spokoju prowadzić przestępczą działalność, ponieważ pozostawał pod nieformalną ochroną dawnych towarzyszy walki o niepodległość, którzy we władzach II RP odgrywali znaczące role. Zmiana układu sił na scenie politycznej oznaczała jedno - dla Kuma śmierć, zaś dla jego gangu upadek. Nic więc dziwnego że po tym jak jego boss trafia do Berezy Kartuskiej, Szapiro robi wszystko, by pokrzyżować plany puczystów. Wątek powiązań między gangsterami a politykami to w powieści gangsterskiej nic nowego. Zastanawiać może tylko tak mocne wyeksponowanie w powieści Twardocha warstwy politycznej. Po części wynika to z realiów epoki. Wydaje mi się jednak, że autor Morfiny zestawiając rozbudowane opisy światka politycznego i gangsterskiego, chciał uwyraźnić podobieństwa między nimi. W końcu mechanizmy działań i cele gangsterów oraz polityków wydają się bardzo podobne. Różni ich tylko skala - tym pierwszym chodzi o panowanie nad miastem, tym drugim - nad całym krajem.
    Jak na mój gust opisy przemocy i traktowania kobiet przez mężczyzn obecne w Królu mieszczą się w ramach konwencji powieści gangsterskiej. Bez trudu wskazać można dziesiątki zdecydowanie bardziej krwawych i brutalnych realizacji gatunku. Oczywiście, są w powieści Twardocha fragmenty bardzo brutalne jak chociażby scena torturowania, zabicia a potem rozczłonkowania ciała Nauma Bernsztajna (ss. 55-57), ale przecież autor przedstawia środowisko przestępców, dla których załatwianie spraw przy pomocy "maszynki", noża czy pięści jest codziennością. Moim zdaniem nie mamy w tym przypadku - jak chcą niektórzy recenzenci książki - do czynienia z epatowaniem przemocą. Podobnie rzecz się mam w przypadku zarzutu o mizoginizm stawianego autorowi Króla. W relacjach damsko-męskich w tej powieści znowu odnaleźć można wiele klasycznych schematów z powieści gangsterskiej: brutalny gangster, który po przekroczeniu progu domu zmienia się w przykładnego ojca rodziny, mężczyźni katujący prostytutki i ci, którzy je chronią, fascynacja panienki z dobrego domu przestępcą to tylko przykłady pierwsze z brzegu. Bez wątpienia, większość postaci kobiecych w książce stanowią kobiety upadłe albo w ten lub inny sposób zdeprawowane. Ale znowu - jakie środowisko, takie postaci, które się w nim obracają. Trudno żeby Twardoch pisał w Królu o pensjonarkach.
    Ktoś mógłby zarzucić, że moją koncepcję "gangsterskiego" odczytania Króla obala obecna w nim forma narracji, której próżno szukać w powieści gangsterskiej. Narracja w nowej powieści Twardocha jest skomplikowana i ciekawa, a pewnie i najlepsza z dotychczas stworzonych przez pisarza. Narrator przedstawia się jako Mojżesz Inbar, który ma sześćdziesiąt siedem lat i mieszka w Izraelu. Właściwie nazywał się Bernsztajn i jako siedemnastolatek stał się swoistym podopieczny Szapiry, który zabił mu ojca. Po pięćdziesięciu latach Inbar spisuje opowieść o miesiącach 1937 roku, które doprowadziły do tego, że Szapiro został gangsterskim królem miasta, opatrując ją nawracającymi autokomentarzami. Ale dosłownie od pierwszej strony powieści i słów "Nie jestem człowiekiem. Nie mam nazwiska" jasne staje się, że i z samym narratorem, i z jego opowieścią jest coś nie tak, że kryje się w nich fałsz, który odkrywany jest konsekwentnie aż do "przewrotki" (nie nazbyt zaskakującej) w zakończeniu. Narracja w Królu jest niczym gabinet krzywych zwierciadeł, do którego wchodzi człowiek w masce. Obrazy są niepewne, rozmyte i zniekształcone, kolejne próby uchwycenia w miarę jasnych wizerunków, wpisane w sekwencje powtórzeń, nie przynoszą skutku. Możemy tylko domyślać się prawdy, albo tworzyć na jej temat wariacyjną opowieść, tak jak człowiek, który nazwał się Inbarem. To generuje szereg ciekawych kwestii poznawczych, o których nie miejsce pisać w tym tekście, i wiąże się ściśle z rozwijaniem w Królu niemal już klasycznego w pisarstwie Twardocha wątku osobowości rozchwianych. Jednak taka a nie inna forma narracji w nowej powieści Twardocha nie kłóci się z "gangsterskim" odczytaniem. Autor przecież nie tworzy klasycznej powieści gangsterskiej, tylko wykorzystuje chwyty i schematy  gatunku dla własnych celów, podporządkowuje własnej wersji opowieści, tak jak w przypadku powieści Drach było z sagą rodzinną. Innymi słowy, tworzy wariację na temat powieści gangsterskiej.
    Skupiłem uwagę na opisywaniu Króla Twardocha jako udanej wariacji na temat powieści gangstersko-sensacyjnej, ale moim zdaniem nie tylko na tym zasadza się wartość powieści. Jest w niej także świetnie skrojona story, którą autor potwierdził, że jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym, "opowiadaczy" współczesnej polskiej prozy. I gdyby tylko nie ten nieszczęsny motyw wieloryba, który niczym złowróżbny omen krąży nad Warszawą i którego zdają się dostrzegać bohaterowie... Chociaż koniec końców niech już nawet ten wieloryb będzie, bo może jestem zwyczajnie uprzedzony do wtrętów rodem z fantastyki, które z takim upodobaniem stosuje Twardoch.

Tekst ukazał się w dwumiesięczniku "Nowa Dekada Krakowska", nr 1/2, 2017.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

E. O. Chirovici "Księga luster"

poniedziałek, 24 kwietnia 2017 13:41

Chirovici.jpgSztafetą do prawdy

E. O. Chirovici, Księga luster, przeł. Mateusz Borowski, Znak literanova, Kraków 2017, s. 334.

    Tłumaczenia prozy rumuńskiej pojawiają się u nas niespecjalnie często, a już proza kryminalna z tego kraju to w ogóle rzadkość. Między innymi dlatego po powieść E. O. Chirovici'ego zatytułowaną Księga luster  sięgałem z ciekawością. Choć z drugiej strony "rumuńskość" tej książki jest względna, skoro napisana została po angielsku a jej akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych.
    Intryga kryminalna w Księdze luster rozwija się wokół sprawy sprzed lat. W roku 1987 w Princeton brutalnie zamordowany zostaje w swoim domy bardzo znany psychiatra profesor Wieder. Sprawa jest głośna medialnie, policja robi wszystko, aby ją rozwiązać, ale jej się to nie udaje. Co więcej, brak im nawet podejrzanego. Blisko trzydzieści lat później ówczesny student i znajomy Wiedera, Richard Flynn pisze książkę na temat śmierci profesora i jej fragment wysyła agentowi literackiemu, zaznaczając, że ma napisaną całość tekstu i wie, kto zabił Wiedera. Agent jest zdania, że książka może stać się bestsellerem. Problem jednak w tym, że przewlekle chory Richard umiera, a jego partnerka twierdzi, że nie wiedziała o książce i nie ma pojęcia, gdzie jest jej dalszy ciąg. Agent wynajmuje bezrobotnego dziennikarza Johna Kellera, aby ten albo odnalazł zaginioną część książki Flynn, albo sam odkrył, co tak naprawdę zdarzyło się w roku 1987. Poszukiwania idą Kellerowi słabo, w końcu pałeczkę w sztafecie do prawdy przejmuje emerytowany policjant Roy Freeman. Prowadził on sprawę zabójstwa Wiedera, ale ma świadomość, że robił to nieudolnie, ponieważ miał w tym czasie duże problemy z alkoholem. Po latach chce jeszcze raz popróbować rozwiązać tę sprawę, nim całkiem zagarnie go zdiagnozowana choroba Alzheimera. Czy uda się to staremu policjantowi?
    Może powyższy opis fabuły Księgi luster jest nieco przydługi, lecz inny być nie mógł. Powieść ma - jak na kryminał - dosyć skomplikowaną, szkatułkową konstrukcję. Ale przy tym bardzo klarowną. Chirovici nie tylko przedstawia rozwiązanie zagadki kryminalnej, ale pisze także (a może nawet - przede wszystkim) o pracy pamięci, która bywa zwodnicza. Jedna z bohaterek powieści stwierdza: "(...) nasza pamięć w niczym nie przypomina kamery wideo, niestrudzenie rejestrującej to, co znajdzie się przed obiektywem. To raczej scenarzysta i reżyser w jednym, z migawek kręcący swój własny film". Koniec końców dowiedziałem się, kto i dlaczego zabił Wiedera, ale już inne, poboczne wątki sprawy pozostały do końca niejasne, zamazane. Który z bohaterów kłamał? Robił to celowo, czy może traumatyczne wydarzenia zmodyfikowały, spreparowały pamięć bohaterów, którzy nie uświadamiają sobie tego? Na takie pytania czytelnik musi sobie odpowiedzieć sam.
    Oczywiście, rumuński pisarz trochę ułatwił sobie sprawę, skupiając uwagę na konfrontowaniu sprzecznych wspomnień bohaterów, dotyczących sprawy sprzed dziesięcioleci. Nie ma w tej powieści żmudnej dłubaniny dochodzeniowej, weryfikowania zabezpieczonych przed laty śladów, jak to bywa zwykle w sprawach typu "z archiwum X". Jak sądzę, nie odbiera to jednak Księdze luster wartości. Chirovici chciał napisać powieść kryminalną o mechanizmach pamięci. I napisał. Całkiem ciekawą.
    


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jo Nesbø "Pragnienie"

czwartek, 20 kwietnia 2017 11:56

Nesbo_Prag1.jpgNiepohamowane pragnienia

Jo Nesbø, Pragnienie, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2017, s. 463.

    We współczesnej prozie kryminalnej istnieje (całkiem spora) grupa powieści, które recenzenci zwykli określać potocznym mianem: "więcej niż kryminał". Należą do niej książki, w których równie istotna jak intryga kryminalna jest rozbudowana i pogłębiona warstwa psychologiczna, socjologiczna czy obyczajowa. Oczywiście, można się spierać, czy w tym przypadku faktycznie mamy do czynienia z wyrazistym podgatunkiem kryminalnym i jakie ewentualnie cechy go konstytuują, ale to już temat na inny tekst. Czy tak, czy siak o powieściach, które są "więcej niż kryminałami" wspomina się dosyć często. Za prawdziwego mistrza tej domniemanej formuły uznałbym Jo Nesbø. Z jednej strony Norweg jest nie lada specem od wymyślania krwawych, czasami aż nazbyt brutalnych historii, po przeczytaniu których strach jest wyjść po zmroku z mieszkania. Z drugiej - w kolejnych książkach (tak z cyklu z Harrym Holem, jak i spoza tej serii) Nesbø wnikliwie opisuje i analizuje stan społeczeństw sytego Zachodu oraz - by tak rzec w sposób może zbyt metaforyczny - meandry duszy współczesnego człowieka. Ze szczególnym uwzględnieniem ich zabagnionych rejonów. Przy czym autorowi udaje się zachować właściwy balans między intrygą a - rzecz ujmuję w skrócie - warstwą poznawczą w swoich książkach. A to prawdziwa sztuki i pewnie po części klucz do niezwykłej popularności prozy tego pisarza.
    Nie inaczej jest w Pragnieniu, już jedenastej części cyklu z Holem. W Oslo zostaje zamordowana kobieta, która poznawała partnerów na portalu randkowym. Oględziny miejsca zbrodni wskazują, że morderca pił jej krew. Nie za długo w podobny sposób zostaje pozbawiona życia kolejna kobieta. Na miasto pada blady strach, nakręcany przez media, które przedstawiają opinie ekscentrycznego psychologa, twierdzącego, że w Oslo grasuje zaburzony "wampirysta", niepohamowanie łaknący krwi. Szef miejscowej policji, przed którym otwiera się szansa na karierę w polityce, chce jak najszybciej zamknąć sprawę. A wiadomo, jak trwoga, to do Harry'ego. Hole wzbrania się przed wzięciem udziału w dochodzeniu. Sytuacja zmienia się jednak w momencie, kiedy bohater uświadamia sobie, że mordercą najprawdopodobniej jest psychol, który kiedyś wymknął się policjantowi z rąk. Zaczyna się skomplikowana rozgrywka, w której stawką jest życie kolejnych kobiet.
    Właściwie w Pragnieniu mamy do czynienia z "powtórką z rozrywki". Wiadomo, że Hole "nie chce, ale musi" podjąć śledztwo. Jasne, że ten suchy alkoholik upadnie (zagadką jest jedynie to, jak mocno). Znowu Hole będzie działał niczym samotny szeryf znad fiordów i ponownie życie jego bliskich będzie zagrożone. I tak dalej. Po raz kolejny Nesbø udało się poskładać te same klocki w nową, zaskakującą konstrukcję. Najprawdopodobniej stało się tak dlatego, że norweski pisarz w każdą kolejną książkę jednak wbudowuje nowy element - coś zaskakującego. Cóż to jest w Pragnieniu? Wskazuje na to już sam tytuł powieści.
    Działania zabójcy nakręca pragnienie krwi. Ale mocne pragnienia mają też inni bohaterowie powieści. Hole pragnie ochronić społeczeństwo przed kolejnym niebezpiecznym psychopatą. Ekscentryczny psycholog pragnie, aby jego niszowe i nieco wątpliwe badania zostały zauważone i docenione. Lekarz, który nie potrafił uratować życia swojej żony, pragnie w ramach swoistej pokuty uratować jak najwięcej ludzkich istnień. Właściwie każdy z głównych bohaterów powieści czegoś pragnie. Mniej lub bardziej. Są pragnienia złe i dobre. Ale nie zawsze dobre pragnienia czy pragnienia dobra powodują równie dobre skutki. Czasami niszczą tego, kto pragnie, jak również tych, którzy są uwikłani w realizację pragnień. Nesbø ukazuje w Pragnieniu, podobnie zresztą jak w wielu innych książkach, szarą strefę wyborów moralnych, w której zło od dobra dzieli bardzo niewyraźna granica. Albo nie oddziela wcale.
    Wielu autorów kryminałów często powtarza, że głównym celem ich pisania jest "dostarczenie czytelnikowi inteligentnej rozrywki". Nie przypominam sobie, aby Nesbø używał podobnej frazy. Nic dziwnego. Jak dla mnie norweski pisarz jest autorem - by tak rzec - powieści dręczących. I właśnie takie jest Pragnienie. Czytając tę książką, raz po raz odczuwał żal, smutek i pewien rodzaj poznawczego dyskomfortu, może nie nazbyt dotkliwego, ale wyraźnego. W tej powieści, jeśli może się zdarzyć coś złego, jeśli ktoś ma zginąć, to raczej zło się wydarzy a zagrożony śmiercią zginie. Nesbø nie bierze jeńców. Przy tym nie ma w ciągu zła i nieszczęść żadnego katharsis, jak w greckiej tragedii. Ale czy może być inaczej? Podobnie jak bohaterowie książek Norwega nie żyjemy w starożytnej Grecji tylko w czasach ponowoczesnego zamętu. Być może Nesbø wychodzi z założenia, że czytelnikowi wciąż od nowa trzeba fundować terapię wstrząsową, skoro żyjemy w kulturze pośpiechu i zatrważająco krótkiej pamięci. Także o złu, które nas na co dzień otacza i dotyka.
    Czytając Pragnienie, momentami nieco się krzywiłem. Na przykład w głównym wątku intrygi pisarz poszedł nieco na skróty. Trudno zrozumieć, czemu osoba bardzo istotna w morderczej układance, która była na wyciągnięcie ręki policjantów, nie została wcześniej zdemaskowana. Jestem jednak w stanie zignorować drobne kiksy w nowej powieści Nesbø. Mistrzowi pozwala się przecież na nieco więcej...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Robert Harris "Konklawe"

sobota, 15 kwietnia 2017 9:48

 Harris.jpg

Egzotyka rytuałów

Robert Harris, Konklawe, przek. Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 335.

    Nie jestem przesadnym wielbicielem pisarstwa Brytyjczyka Roberta Harrisa, ale niektóre jego książki cenię, przede wszystkim powieści historyczne ze świetną książką Oficer i szpieg na czele. Po Konklawe sięgałem bez zbytniego napięcia i oczekiwania, bo to, po pierwsze, rzecz współczesna (rzekłbym nawet: do bólu), po drugie, zdało mi się, że Harris zwyczajnie postanowił wykorzystać nakręcaną przez popkulturowe produkty w rodzaju serialu Młody papież swoistą "modę" na tematy mniej lub bardziej związane z Kościołem katolickim.
    Niespodziewanie umiera papież-reformator (wiadomo na kim wzorowana jest ta postać), który miał równie wielu oddanych stronników, co zapiekłych przeciwników. Kościół jest podzielony, sytuacja na świecie napięta i niepewna. W takich okolicznościach trzy tygodnie po śmierci papieża rozpoczyna się konklawe, które wybrać ma kolejnego następcę św. Piotra. Jest kilku faworytów, niektórzy z nich bardzo chcą zasiąść na tronie Piotrowym i robią wszystko, co mogą, aby zwiększyć swoje szanse. A także rzeczy, których robić nie powinni. Zaczyna się gra "kwitami", wychodzą na jaw kolejne grzechy i grzeszki kardynałów, a sytuacja zmienia się niemal z głosowania na głosowanie. Do tego w trakcie obrad konklawe dochodzi do serii zamachów terrorystycznych w Rzymie i innych miastach europejskich. Czy zamykani w Kaplicy Sykstyńskiej kardynałowie staną na wysokości zadania?
    Głównym bohaterem powieści Harrisa jest Włoch, kardynał Lomeli, który przewodniczy konklawe. To właśnie z punktu widzenia tej postaci ukazywany jest przebieg konklawe. Lomeli ma siedemdziesiąt pięć lat i czuje się słabo na ciele oraz duszy (ma narastające problemy z modlitwą, a i po trosze chyba z wiarą). Chciał nawet zrezygnować z wszelkich funkcji w Watykanie, ale nie pozwolił mu na to papież. Podczas ostatniej rozmowy papież skierował też do Lomelego znamienne słowa: "Nie zostałeś powołany do roli opiekuna. Nie jesteś pasterzem. Jesteś zarządcą", które kardynała nieco ubodły i podkopały wiarę w sens jego posługi. Mimo to stara się "zarządzać" konklawe, gasząc kolejne pożary i prowadząc delikatną dyplomację, której celem jest jak najszybszy wybór nowego papieża. Moim zdaniem, jak na głównego bohatera Lomeli jest postacią trochę nijaką, nazbyt mocno obarczoną wątpliwościami co do sensu swoich działań. Wprawdzie z czasem zaczyna działać nieco bardziej energicznie, biorąc los konklawe na swoje barki, będę się jednak upierał, że nie jest to postać, która "ciągnie" dostatecznie mocno fabułę powieści.
    Wydawca określił Konklawe mianem thrillera. Powiem szczerze, że jak dla mnie jest to słaba realizacja gatunku. Właściwie od samego początku łatwo się domyślić, kto koniec końców zostanie nowym papieżem. Harris próbował ratować intrygę faktycznie zaskakującym zwrotem w końcówce, który pewnie nie spodoba się zdeklarowanym katolikom, ale nie zmieniło to faktu, że ten thriller pozbawiony jest dynamiki i napięcia. Jest tak być może dlatego, że brytyjski pisarz mocno skupił uwagę na ukazywaniu konklawe od środka, ze wszystkimi wpisanymi w procedurę wyboru papieża obrządkami i rytuałami, opisywanymi bardzo szczegółowo, co samo w sobie zwalnia akcję powieści. I właściwie tylko jako powieść o niespecjalnie znanych mi rytuałach Kościoła katolickiego czytałem Konklawe. Bez zbytniej satysfakcji.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Grażyna Plebanek "Pani Furia"

poniedziałek, 13 lutego 2017 7:49

Plebanek_PaniF.jpgSamotna i obca

Grażyna Plebanek, Pani Furia, Znak literanova, Kraków 2016, s. 368.

    Bez wątpienia temat Obcości/Inności był jednym z kluczowych w rodzimej prozie w ostatnich dziesięcioleciach. Pisarze podejmowali go na różne sposoby i w rozmaitych konwencjach gatunkowych. Dość rzec, że pojawiał się w najważniejszych nurtach prozy. Dla przykładu - w tzw. literaturze małych ojczyzn był to Obcy (narodowościowo, religijnie, kulturowo) mieszkający po sąsiedzku, bliski, a jednak mentalnie odległy, który zniknął zmieciony przez "historię spuszczoną z łańcucha"; w "prozie podróżnej" (choćby Andrzeja Stasiuka) czy licznie powstających obecnie reportażach jest to zazwyczaj Obcy odległy, odgrodzony od nas granicami, choć często zmagający się z problemami podobnymi jak inni w zglobalizowanym świecie. Zagadnienie Inności jest bardzo istotne w prozie Grażyny Plebanek - właściwie począwszy od debiutanckiej powieści zatytułowanej Pudełko ze szpilkami (2002). W prozie autorki Nielegalnych związków (2010) zazwyczaj jest ono ukazywane z punktu widzenia postaci kobiecych i w mniejszym bądź większym stopniu nasycone myśleniem feministycznym. Inaczej rzecz ujmując, w książkach Plebanek to przede wszystkim kobieta jest Obcą.
    Wydarzenia społeczno-polityczne ostatnich lat, mam na myśli falę emigrantów/imigrantów, która wlewa się na teren Unii Europejskiej, i z którą Europa nie za bardzo ani chce, ani umie sobie poradzić, spowodowały, że temat Obcego znowu powrócił z całą mocą, stając się jednym z najważniejszych, z którymi zmagają się współcześni pisarze. Ponieważ jest to "gorący temat", nabiera w prozie specyficznego wydźwięku. Często pisarze stawiają na publicystyczną wyrazistość, która nieco przesłania niuanse ukazywanych problemów. Obawiam się, że to przypadek także Pani Furii Plebanek.      
    Główną bohaterką nowej powieści autorki Dziewczyn z Portofino (2005) jest Alia, urodzona w roku 1975 czarnoskóra mieszkanka Kongo, która jako dziecko przenosi się z rodzicami i młodszym bratem do Belgii. Wydawać by się mogło, że w opowieści w ten właśnie sposób otwartej i ustawionej kwestia zmagań z poczuciem obcości i wykorzenienia wręcz musi się pojawić, uwypuklić, szczególnie zważywszy na historię pokomplikowanych, naznaczonych przemocą, by nie powiedzieć bestialstwem, ze strony Belgów, relacji między europejskimi kolonizatorami a rdzennymi mieszkańcami terenów dzisiejszego Konga. I - rzeczywiście - pojawia się, tyle tylko że problemy z tym związane uderzają nie tyle w samą Alię, co raczej w jej rodziców czy ciotkę, która jako pierwsza przeniosła się do kraju czekoladek i majonezu. Eddy, ukochany ojciec Alii, wielbiciel boksu i "gawędziarz z Kinszasy", uważający się za mistrza tradycyjnej afrykańskiej literatury mówionej, typ farmazona i lekkoducha, na obczyźnie ewidentnie czuje się wykorzeniony; postrzega siebie jako człowieka, który znajduje się nie w tym miejscu, w którym znajdować się powinien. I czuje się z tym z roku na rok coraz gorzej. Widoczne jest to choćby w sposobie samookreślania się Eddy'ego, który zaczynając gawędę, najpierw nazywa siebie właśnie "gawędziarzem z Kinszasy", potem po przenosinach do Europy "gawędziarzem... z miasta", a wreszcie po prostu gawędziarzem. Koniec końców ojciec głównej bohaterki porzuca z dnia na dzień rodzinę i wraca do Kinszasy, by nigdy już nie nie pojawić się w Belgii. Inną strategię ucieczkowego radzenia sobie z traumą wykorzenienia wybiera matka Alii, nazywana Mrówką. Po przyjeździe do Brukseli Mrówka zapada się w świat trzeciorzędnych seriali telewizyjnych i oper mydlanych. Zajmowanie się synem i domem zrzuca na barki córki oraz jej ciotki, a sama zatraca się w sztucznym telewizyjnym raju, chcąc jak najbardziej upodobnić się do kobiet ze szklanego ekranu (na przykład wybielając skórę specjalnymi kremami czy farbując oraz prostując włosy). Jeszcze inną, paradoksalną ścieżkę losu wybiera ciotka Issa. Wydawać by się mogło, że Issa jest spośród członków całej rodziny najbardziej niezależna, samodzielna, a przy tym świadoma swoich korzeni i znaczenia pamięci o nich w życiu na obczyźnie. Niespodziewanie jednak decyduje się na wyjście za mąż za Belga z bardzo tradycjonalistycznej, a wręcz konserwatywnej rodziny, która nie do końca ją akceptuje.
    Rodzicom Alii oraz ciotce Issie poczucie obcości i wykorzenienia bez wątpienia przynosi egzystencjalny i poznawczy dyskomfort, z którym radzą sobie, jak umieją - najczęściej wybierając różne formy ucieczki. A jak jest w przypadku głównej bohaterki Pani Furii? Oczywiście, będąc nastolatką, Alia ma problemy z tożsamością i wskazaniem własnego miejsca w życiu: "(...) sama nie wie, kim jest - córka wybielonej matki i nieobecnego ojca, wnuczka kongijskiej babki, sama ledwie dukająca w lingala. Jedyna czarna w klasie, dziewczyna, której chce się płakać nie tylko przed okresem, lecz także przez większość miesiąca. A jak nie płakać, to bić" (s. 123). Jednak dorastając w latach 80. i początku 90. XX wieku w mulitikulturowym społeczeństwie belgijskim bohaterka nie doświadcza specjalnej opresji z powodu bycia Obcą. Zdecydowanie więcej zgryzot i kłopotów przynosi jej, dziewczynie o chłopięcej figurze i takimże sposobie bycia, narzucanie na siłę standardowych wzorców kobiecości. Problemem Alii, narastającym z wiekiem, nie jest wyobcowanie czy wykorzenienie, lecz opuszczenie, osamotnienie. Wciągnięta od najmłodszych lat w kierat domowych zajęć, nie ma dość czasu na kultywowanie relacji z rówieśnikami. A dorośli, jedna osoba po drugiej, sprawiają jej zawód, albo porzucają - egoistyczna matka zamyka się we własnym świecie, ukochany ojciec porzuca, pierwszy ważny w życiu mężczyzna oszukuje a ceniony trener boksu próbuje wykorzystać seksualnie. Lękając się odrzucenia, Alia nie jest w stanie zbudować trwałych relacji z innymi, kochankami czy przyjaciółmi. Jej rodzina definitywnie się rozpada, każdy z jej bliskich idzie swoją drogą. Alija musi znaleźć ersatze, które pozwolą opanować lęk przed samotnością. Zastępczą rodziną bohaterki staje  się grupa policjantów, z którymi pracuje przez lata, a przy/wybraną ojczyzną - opowieść, bo dziedziczy po ojcu dar do improwizowania gawęd, które pozwalają jej oswajać rzeczywistość. Właśnie wątek policyjno-sensacyjny wydaje mi się w nowej powieści Plebanek najbardziej wątpliwy, odbierający tekstowi cześć wartości.

 

(...)

 

Całość tekstu ukazała się w piśmie "Nowa Dekada Krakowska" nr 5/6 z roku 2016.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  109 927  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 109927

Lubię to