Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 240 068 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

E. O. Chirovici "Księga luster"

poniedziałek, 24 kwietnia 2017 13:41

Chirovici.jpgSztafetą do prawdy

E. O. Chirovici, Księga luster, przeł. Mateusz Borowski, Znak literanova, Kraków 2017, s. 334.

    Tłumaczenia prozy rumuńskiej pojawiają się u nas niespecjalnie często, a już proza kryminalna z tego kraju to w ogóle rzadkość. Między innymi dlatego po powieść E. O. Chirovici'ego zatytułowaną Księga luster  sięgałem z ciekawością. Choć z drugiej strony "rumuńskość" tej książki jest względna, skoro napisana została po angielsku a jej akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych.
    Intryga kryminalna w Księdze luster rozwija się wokół sprawy sprzed lat. W roku 1987 w Princeton brutalnie zamordowany zostaje w swoim domy bardzo znany psychiatra profesor Wieder. Sprawa jest głośna medialnie, policja robi wszystko, aby ją rozwiązać, ale jej się to nie udaje. Co więcej, brak im nawet podejrzanego. Blisko trzydzieści lat później ówczesny student i znajomy Wiedera, Richard Flynn pisze książkę na temat śmierci profesora i jej fragment wysyła agentowi literackiemu, zaznaczając, że ma napisaną całość tekstu i wie, kto zabił Wiedera. Agent jest zdania, że książka może stać się bestsellerem. Problem jednak w tym, że przewlekle chory Richard umiera, a jego partnerka twierdzi, że nie wiedziała o książce i nie ma pojęcia, gdzie jest jej dalszy ciąg. Agent wynajmuje bezrobotnego dziennikarza Johna Kellera, aby ten albo odnalazł zaginioną część książki Flynn, albo sam odkrył, co tak naprawdę zdarzyło się w roku 1987. Poszukiwania idą Kellerowi słabo, w końcu pałeczkę w sztafecie do prawdy przejmuje emerytowany policjant Roy Freeman. Prowadził on sprawę zabójstwa Wiedera, ale ma świadomość, że robił to nieudolnie, ponieważ miał w tym czasie duże problemy z alkoholem. Po latach chce jeszcze raz popróbować rozwiązać tę sprawę, nim całkiem zagarnie go zdiagnozowana choroba Alzheimera. Czy uda się to staremu policjantowi?
    Może powyższy opis fabuły Księgi luster jest nieco przydługi, lecz inny być nie mógł. Powieść ma - jak na kryminał - dosyć skomplikowaną, szkatułkową konstrukcję. Ale przy tym bardzo klarowną. Chirovici nie tylko przedstawia rozwiązanie zagadki kryminalnej, ale pisze także (a może nawet - przede wszystkim) o pracy pamięci, która bywa zwodnicza. Jedna z bohaterek powieści stwierdza: "(...) nasza pamięć w niczym nie przypomina kamery wideo, niestrudzenie rejestrującej to, co znajdzie się przed obiektywem. To raczej scenarzysta i reżyser w jednym, z migawek kręcący swój własny film". Koniec końców dowiedziałem się, kto i dlaczego zabił Wiedera, ale już inne, poboczne wątki sprawy pozostały do końca niejasne, zamazane. Który z bohaterów kłamał? Robił to celowo, czy może traumatyczne wydarzenia zmodyfikowały, spreparowały pamięć bohaterów, którzy nie uświadamiają sobie tego? Na takie pytania czytelnik musi sobie odpowiedzieć sam.
    Oczywiście, rumuński pisarz trochę ułatwił sobie sprawę, skupiając uwagę na konfrontowaniu sprzecznych wspomnień bohaterów, dotyczących sprawy sprzed dziesięcioleci. Nie ma w tej powieści żmudnej dłubaniny dochodzeniowej, weryfikowania zabezpieczonych przed laty śladów, jak to bywa zwykle w sprawach typu "z archiwum X". Jak sądzę, nie odbiera to jednak Księdze luster wartości. Chirovici chciał napisać powieść kryminalną o mechanizmach pamięci. I napisał. Całkiem ciekawą.
    


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jo Nesbø "Pragnienie"

czwartek, 20 kwietnia 2017 11:56

Nesbo_Prag1.jpgNiepohamowane pragnienia

Jo Nesbø, Pragnienie, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2017, s. 463.

    We współczesnej prozie kryminalnej istnieje (całkiem spora) grupa powieści, które recenzenci zwykli określać potocznym mianem: "więcej niż kryminał". Należą do niej książki, w których równie istotna jak intryga kryminalna jest rozbudowana i pogłębiona warstwa psychologiczna, socjologiczna czy obyczajowa. Oczywiście, można się spierać, czy w tym przypadku faktycznie mamy do czynienia z wyrazistym podgatunkiem kryminalnym i jakie ewentualnie cechy go konstytuują, ale to już temat na inny tekst. Czy tak, czy siak o powieściach, które są "więcej niż kryminałami" wspomina się dosyć często. Za prawdziwego mistrza tej domniemanej formuły uznałbym Jo Nesbø. Z jednej strony Norweg jest nie lada specem od wymyślania krwawych, czasami aż nazbyt brutalnych historii, po przeczytaniu których strach jest wyjść po zmroku z mieszkania. Z drugiej - w kolejnych książkach (tak z cyklu z Harrym Holem, jak i spoza tej serii) Nesbø wnikliwie opisuje i analizuje stan społeczeństw sytego Zachodu oraz - by tak rzec w sposób może zbyt metaforyczny - meandry duszy współczesnego człowieka. Ze szczególnym uwzględnieniem ich zabagnionych rejonów. Przy czym autorowi udaje się zachować właściwy balans między intrygą a - rzecz ujmuję w skrócie - warstwą poznawczą w swoich książkach. A to prawdziwa sztuki i pewnie po części klucz do niezwykłej popularności prozy tego pisarza.
    Nie inaczej jest w Pragnieniu, już jedenastej części cyklu z Holem. W Oslo zostaje zamordowana kobieta, która poznawała partnerów na portalu randkowym. Oględziny miejsca zbrodni wskazują, że morderca pił jej krew. Nie za długo w podobny sposób zostaje pozbawiona życia kolejna kobieta. Na miasto pada blady strach, nakręcany przez media, które przedstawiają opinie ekscentrycznego psychologa, twierdzącego, że w Oslo grasuje zaburzony "wampirysta", niepohamowanie łaknący krwi. Szef miejscowej policji, przed którym otwiera się szansa na karierę w polityce, chce jak najszybciej zamknąć sprawę. A wiadomo, jak trwoga, to do Harry'ego. Hole wzbrania się przed wzięciem udziału w dochodzeniu. Sytuacja zmienia się jednak w momencie, kiedy bohater uświadamia sobie, że mordercą najprawdopodobniej jest psychol, który kiedyś wymknął się policjantowi z rąk. Zaczyna się skomplikowana rozgrywka, w której stawką jest życie kolejnych kobiet.
    Właściwie w Pragnieniu mamy do czynienia z "powtórką z rozrywki". Wiadomo, że Hole "nie chce, ale musi" podjąć śledztwo. Jasne, że ten suchy alkoholik upadnie (zagadką jest jedynie to, jak mocno). Znowu Hole będzie działał niczym samotny szeryf znad fiordów i ponownie życie jego bliskich będzie zagrożone. I tak dalej. Po raz kolejny Nesbø udało się poskładać te same klocki w nową, zaskakującą konstrukcję. Najprawdopodobniej stało się tak dlatego, że norweski pisarz w każdą kolejną książkę jednak wbudowuje nowy element - coś zaskakującego. Cóż to jest w Pragnieniu? Wskazuje na to już sam tytuł powieści.
    Działania zabójcy nakręca pragnienie krwi. Ale mocne pragnienia mają też inni bohaterowie powieści. Hole pragnie ochronić społeczeństwo przed kolejnym niebezpiecznym psychopatą. Ekscentryczny psycholog pragnie, aby jego niszowe i nieco wątpliwe badania zostały zauważone i docenione. Lekarz, który nie potrafił uratować życia swojej żony, pragnie w ramach swoistej pokuty uratować jak najwięcej ludzkich istnień. Właściwie każdy z głównych bohaterów powieści czegoś pragnie. Mniej lub bardziej. Są pragnienia złe i dobre. Ale nie zawsze dobre pragnienia czy pragnienia dobra powodują równie dobre skutki. Czasami niszczą tego, kto pragnie, jak również tych, którzy są uwikłani w realizację pragnień. Nesbø ukazuje w Pragnieniu, podobnie zresztą jak w wielu innych książkach, szarą strefę wyborów moralnych, w której zło od dobra dzieli bardzo niewyraźna granica. Albo nie oddziela wcale.
    Wielu autorów kryminałów często powtarza, że głównym celem ich pisania jest "dostarczenie czytelnikowi inteligentnej rozrywki". Nie przypominam sobie, aby Nesbø używał podobnej frazy. Nic dziwnego. Jak dla mnie norweski pisarz jest autorem - by tak rzec - powieści dręczących. I właśnie takie jest Pragnienie. Czytając tę książką, raz po raz odczuwał żal, smutek i pewien rodzaj poznawczego dyskomfortu, może nie nazbyt dotkliwego, ale wyraźnego. W tej powieści, jeśli może się zdarzyć coś złego, jeśli ktoś ma zginąć, to raczej zło się wydarzy a zagrożony śmiercią zginie. Nesbø nie bierze jeńców. Przy tym nie ma w ciągu zła i nieszczęść żadnego katharsis, jak w greckiej tragedii. Ale czy może być inaczej? Podobnie jak bohaterowie książek Norwega nie żyjemy w starożytnej Grecji tylko w czasach ponowoczesnego zamętu. Być może Nesbø wychodzi z założenia, że czytelnikowi wciąż od nowa trzeba fundować terapię wstrząsową, skoro żyjemy w kulturze pośpiechu i zatrważająco krótkiej pamięci. Także o złu, które nas na co dzień otacza i dotyka.
    Czytając Pragnienie, momentami nieco się krzywiłem. Na przykład w głównym wątku intrygi pisarz poszedł nieco na skróty. Trudno zrozumieć, czemu osoba bardzo istotna w morderczej układance, która była na wyciągnięcie ręki policjantów, nie została wcześniej zdemaskowana. Jestem jednak w stanie zignorować drobne kiksy w nowej powieści Nesbø. Mistrzowi pozwala się przecież na nieco więcej...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Robert Harris "Konklawe"

sobota, 15 kwietnia 2017 9:48

 Harris.jpg

Egzotyka rytuałów

Robert Harris, Konklawe, przek. Andrzej Szulc, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 335.

    Nie jestem przesadnym wielbicielem pisarstwa Brytyjczyka Roberta Harrisa, ale niektóre jego książki cenię, przede wszystkim powieści historyczne ze świetną książką Oficer i szpieg na czele. Po Konklawe sięgałem bez zbytniego napięcia i oczekiwania, bo to, po pierwsze, rzecz współczesna (rzekłbym nawet: do bólu), po drugie, zdało mi się, że Harris zwyczajnie postanowił wykorzystać nakręcaną przez popkulturowe produkty w rodzaju serialu Młody papież swoistą "modę" na tematy mniej lub bardziej związane z Kościołem katolickim.
    Niespodziewanie umiera papież-reformator (wiadomo na kim wzorowana jest ta postać), który miał równie wielu oddanych stronników, co zapiekłych przeciwników. Kościół jest podzielony, sytuacja na świecie napięta i niepewna. W takich okolicznościach trzy tygodnie po śmierci papieża rozpoczyna się konklawe, które wybrać ma kolejnego następcę św. Piotra. Jest kilku faworytów, niektórzy z nich bardzo chcą zasiąść na tronie Piotrowym i robią wszystko, co mogą, aby zwiększyć swoje szanse. A także rzeczy, których robić nie powinni. Zaczyna się gra "kwitami", wychodzą na jaw kolejne grzechy i grzeszki kardynałów, a sytuacja zmienia się niemal z głosowania na głosowanie. Do tego w trakcie obrad konklawe dochodzi do serii zamachów terrorystycznych w Rzymie i innych miastach europejskich. Czy zamykani w Kaplicy Sykstyńskiej kardynałowie staną na wysokości zadania?
    Głównym bohaterem powieści Harrisa jest Włoch, kardynał Lomeli, który przewodniczy konklawe. To właśnie z punktu widzenia tej postaci ukazywany jest przebieg konklawe. Lomeli ma siedemdziesiąt pięć lat i czuje się słabo na ciele oraz duszy (ma narastające problemy z modlitwą, a i po trosze chyba z wiarą). Chciał nawet zrezygnować z wszelkich funkcji w Watykanie, ale nie pozwolił mu na to papież. Podczas ostatniej rozmowy papież skierował też do Lomelego znamienne słowa: "Nie zostałeś powołany do roli opiekuna. Nie jesteś pasterzem. Jesteś zarządcą", które kardynała nieco ubodły i podkopały wiarę w sens jego posługi. Mimo to stara się "zarządzać" konklawe, gasząc kolejne pożary i prowadząc delikatną dyplomację, której celem jest jak najszybszy wybór nowego papieża. Moim zdaniem, jak na głównego bohatera Lomeli jest postacią trochę nijaką, nazbyt mocno obarczoną wątpliwościami co do sensu swoich działań. Wprawdzie z czasem zaczyna działać nieco bardziej energicznie, biorąc los konklawe na swoje barki, będę się jednak upierał, że nie jest to postać, która "ciągnie" dostatecznie mocno fabułę powieści.
    Wydawca określił Konklawe mianem thrillera. Powiem szczerze, że jak dla mnie jest to słaba realizacja gatunku. Właściwie od samego początku łatwo się domyślić, kto koniec końców zostanie nowym papieżem. Harris próbował ratować intrygę faktycznie zaskakującym zwrotem w końcówce, który pewnie nie spodoba się zdeklarowanym katolikom, ale nie zmieniło to faktu, że ten thriller pozbawiony jest dynamiki i napięcia. Jest tak być może dlatego, że brytyjski pisarz mocno skupił uwagę na ukazywaniu konklawe od środka, ze wszystkimi wpisanymi w procedurę wyboru papieża obrządkami i rytuałami, opisywanymi bardzo szczegółowo, co samo w sobie zwalnia akcję powieści. I właściwie tylko jako powieść o niespecjalnie znanych mi rytuałach Kościoła katolickiego czytałem Konklawe. Bez zbytniej satysfakcji.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Grażyna Plebanek "Pani Furia"

poniedziałek, 13 lutego 2017 7:49

Plebanek_PaniF.jpgSamotna i obca

Grażyna Plebanek, Pani Furia, Znak literanova, Kraków 2016, s. 368.

    Bez wątpienia temat Obcości/Inności był jednym z kluczowych w rodzimej prozie w ostatnich dziesięcioleciach. Pisarze podejmowali go na różne sposoby i w rozmaitych konwencjach gatunkowych. Dość rzec, że pojawiał się w najważniejszych nurtach prozy. Dla przykładu - w tzw. literaturze małych ojczyzn był to Obcy (narodowościowo, religijnie, kulturowo) mieszkający po sąsiedzku, bliski, a jednak mentalnie odległy, który zniknął zmieciony przez "historię spuszczoną z łańcucha"; w "prozie podróżnej" (choćby Andrzeja Stasiuka) czy licznie powstających obecnie reportażach jest to zazwyczaj Obcy odległy, odgrodzony od nas granicami, choć często zmagający się z problemami podobnymi jak inni w zglobalizowanym świecie. Zagadnienie Inności jest bardzo istotne w prozie Grażyny Plebanek - właściwie począwszy od debiutanckiej powieści zatytułowanej Pudełko ze szpilkami (2002). W prozie autorki Nielegalnych związków (2010) zazwyczaj jest ono ukazywane z punktu widzenia postaci kobiecych i w mniejszym bądź większym stopniu nasycone myśleniem feministycznym. Inaczej rzecz ujmując, w książkach Plebanek to przede wszystkim kobieta jest Obcą.
    Wydarzenia społeczno-polityczne ostatnich lat, mam na myśli falę emigrantów/imigrantów, która wlewa się na teren Unii Europejskiej, i z którą Europa nie za bardzo ani chce, ani umie sobie poradzić, spowodowały, że temat Obcego znowu powrócił z całą mocą, stając się jednym z najważniejszych, z którymi zmagają się współcześni pisarze. Ponieważ jest to "gorący temat", nabiera w prozie specyficznego wydźwięku. Często pisarze stawiają na publicystyczną wyrazistość, która nieco przesłania niuanse ukazywanych problemów. Obawiam się, że to przypadek także Pani Furii Plebanek.      
    Główną bohaterką nowej powieści autorki Dziewczyn z Portofino (2005) jest Alia, urodzona w roku 1975 czarnoskóra mieszkanka Kongo, która jako dziecko przenosi się z rodzicami i młodszym bratem do Belgii. Wydawać by się mogło, że w opowieści w ten właśnie sposób otwartej i ustawionej kwestia zmagań z poczuciem obcości i wykorzenienia wręcz musi się pojawić, uwypuklić, szczególnie zważywszy na historię pokomplikowanych, naznaczonych przemocą, by nie powiedzieć bestialstwem, ze strony Belgów, relacji między europejskimi kolonizatorami a rdzennymi mieszkańcami terenów dzisiejszego Konga. I - rzeczywiście - pojawia się, tyle tylko że problemy z tym związane uderzają nie tyle w samą Alię, co raczej w jej rodziców czy ciotkę, która jako pierwsza przeniosła się do kraju czekoladek i majonezu. Eddy, ukochany ojciec Alii, wielbiciel boksu i "gawędziarz z Kinszasy", uważający się za mistrza tradycyjnej afrykańskiej literatury mówionej, typ farmazona i lekkoducha, na obczyźnie ewidentnie czuje się wykorzeniony; postrzega siebie jako człowieka, który znajduje się nie w tym miejscu, w którym znajdować się powinien. I czuje się z tym z roku na rok coraz gorzej. Widoczne jest to choćby w sposobie samookreślania się Eddy'ego, który zaczynając gawędę, najpierw nazywa siebie właśnie "gawędziarzem z Kinszasy", potem po przenosinach do Europy "gawędziarzem... z miasta", a wreszcie po prostu gawędziarzem. Koniec końców ojciec głównej bohaterki porzuca z dnia na dzień rodzinę i wraca do Kinszasy, by nigdy już nie nie pojawić się w Belgii. Inną strategię ucieczkowego radzenia sobie z traumą wykorzenienia wybiera matka Alii, nazywana Mrówką. Po przyjeździe do Brukseli Mrówka zapada się w świat trzeciorzędnych seriali telewizyjnych i oper mydlanych. Zajmowanie się synem i domem zrzuca na barki córki oraz jej ciotki, a sama zatraca się w sztucznym telewizyjnym raju, chcąc jak najbardziej upodobnić się do kobiet ze szklanego ekranu (na przykład wybielając skórę specjalnymi kremami czy farbując oraz prostując włosy). Jeszcze inną, paradoksalną ścieżkę losu wybiera ciotka Issa. Wydawać by się mogło, że Issa jest spośród członków całej rodziny najbardziej niezależna, samodzielna, a przy tym świadoma swoich korzeni i znaczenia pamięci o nich w życiu na obczyźnie. Niespodziewanie jednak decyduje się na wyjście za mąż za Belga z bardzo tradycjonalistycznej, a wręcz konserwatywnej rodziny, która nie do końca ją akceptuje.
    Rodzicom Alii oraz ciotce Issie poczucie obcości i wykorzenienia bez wątpienia przynosi egzystencjalny i poznawczy dyskomfort, z którym radzą sobie, jak umieją - najczęściej wybierając różne formy ucieczki. A jak jest w przypadku głównej bohaterki Pani Furii? Oczywiście, będąc nastolatką, Alia ma problemy z tożsamością i wskazaniem własnego miejsca w życiu: "(...) sama nie wie, kim jest - córka wybielonej matki i nieobecnego ojca, wnuczka kongijskiej babki, sama ledwie dukająca w lingala. Jedyna czarna w klasie, dziewczyna, której chce się płakać nie tylko przed okresem, lecz także przez większość miesiąca. A jak nie płakać, to bić" (s. 123). Jednak dorastając w latach 80. i początku 90. XX wieku w mulitikulturowym społeczeństwie belgijskim bohaterka nie doświadcza specjalnej opresji z powodu bycia Obcą. Zdecydowanie więcej zgryzot i kłopotów przynosi jej, dziewczynie o chłopięcej figurze i takimże sposobie bycia, narzucanie na siłę standardowych wzorców kobiecości. Problemem Alii, narastającym z wiekiem, nie jest wyobcowanie czy wykorzenienie, lecz opuszczenie, osamotnienie. Wciągnięta od najmłodszych lat w kierat domowych zajęć, nie ma dość czasu na kultywowanie relacji z rówieśnikami. A dorośli, jedna osoba po drugiej, sprawiają jej zawód, albo porzucają - egoistyczna matka zamyka się we własnym świecie, ukochany ojciec porzuca, pierwszy ważny w życiu mężczyzna oszukuje a ceniony trener boksu próbuje wykorzystać seksualnie. Lękając się odrzucenia, Alia nie jest w stanie zbudować trwałych relacji z innymi, kochankami czy przyjaciółmi. Jej rodzina definitywnie się rozpada, każdy z jej bliskich idzie swoją drogą. Alija musi znaleźć ersatze, które pozwolą opanować lęk przed samotnością. Zastępczą rodziną bohaterki staje  się grupa policjantów, z którymi pracuje przez lata, a przy/wybraną ojczyzną - opowieść, bo dziedziczy po ojcu dar do improwizowania gawęd, które pozwalają jej oswajać rzeczywistość. Właśnie wątek policyjno-sensacyjny wydaje mi się w nowej powieści Plebanek najbardziej wątpliwy, odbierający tekstowi cześć wartości.

 

(...)

 

Całość tekstu ukazała się w piśmie "Nowa Dekada Krakowska" nr 5/6 z roku 2016.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

Lee Child "Sto milionów dolarów"

wtorek, 31 stycznia 2017 18:55

Child_Sto.jpg"Czy to coś, czy to nic"

Lee Child, Sto milionów dolarów, przekł. Jan Kraśko, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 415.

    Nie należę do ludzi, którym najbardziej podobają się melodie, które już wcześniej słyszeli, czy wariacje na temat znanych od dawna historii. Od tej reguły są jednak wyjątki. Jak to wyjątki - nieliczne. Jednym z nich jest cykl brytyjskiego pisarza Lee Childa o Jacku Reacherze. Od wielu lat z nieodmienną niecierpliwością czekam na kolejne powieści serii. Co ciekawe - a i rzadkie - nieodmiennie przynoszą mi one lekturową frajdę. Dlaczego? Na czym ten fenomen jest ufundowany? Niby i samego bohatera, i jego świat już świetnie poznałem i oswoiłem. Niby to wciąż ten sam bohater, który ciągle zmaga się z porównywalnymi problemami i rozwiązuje je w podobny sposób oraz z podobnym skutkiem. Jednak niemal za każdym razem Child podrzuca mi coś nowego, coś świeżego, przede wszystkim zmyślnie grając bardzo różnymi schematami powieści gatunkowej. Nie inaczej jest w dwudziestym pierwszym tomie serii zatytułowanym Sto milionów dolarów (w oryginale Night School).
    Tym co najwyraźniej odróżnia ostatnią powieść od kilku ostatnich tomów cyklu jest czas akcji. Child wraca do przeszłości Reachera, zresztą nie po raz pierwszy w tej serii, ukazując historię, która rozgrywa się w 1996 roku, co pociąga za sobą poważne konsekwencje fabularne. Przede wszystkim główny bohater zmuszony jest funkcjonować w innych warunkach niż zazwyczaj. Nie jest w nowej książce samotnym, bezdomnym mścicielem, który za cały dobytek ma jedynie szczoteczkę do zębów (w Stu milionach dolarów greps ze szczoteczką chyba w ogóle się nie pojawia) i który podróżuje po Stanach, by od czasu do czasu we właściwy sobie sposób (skuteczny, acz zazwyczaj krwawy) rozwiązywać problemy zwykłych ludzi lub mniej lub bardziej zakamuflowanych agend rządowych. W 1996 roku Reacher wciąż jeszcze służy w żandarmerii armii Stanów Zjednoczonych, co znaczy, że ma nad sobą dowódców i otrzymuje rozkazy, które teoretycznie powinien wykonywać, ale zdarza się, że je obchodzi. W Stu milionach dolarów Child pokazuje, jak jego bohater radzi sobie w sytuacjach, kiedy zmuszony jest współpracować z wieloma ludźmi, jak sprawdza się w sieci interpersonalnych relacji. Okazuje się, że nadspodziewanie dobrze - przede wszystkim dlatego że nie przestaje być sobą i właściwie robi, co chce, jedynie starając się zachowywać pozory działań zgodnych z nakreślonym celem misji oraz wydanymi rozkazami.
    W cyklu o Reacherze Child umiejętnie różnicuje formę kolejnych tekstów, wykorzystując schematy konstrukcyjne pochodzące z rozmaitych pododmian powieściowych. Nowej książce brytyjskiego pisarza najbliżej jest do powieści szpiegowskiej. Amerykański wywiad dowiaduje się od agenta, że pewien Amerykanin chce sprzedać fundamentalistom islamskim coś, co wycenił na sto milionów dolarów. Problem w tym, że nie wiadomo, kim jest sprzedawca, co sprzedaje i gdzie odbędzie się transakcja. Władze powołują specjalną, supertajną jednostkę, w skład której oprócz Reachera wchodzą agent FBI oraz analityk CIA. Nie jest im łatwo, ponieważ w gruncie rzeczy działają po omacku, nie za bardzo wiedząc, "czy to coś, czy to nic" - czy mają do czynienia z realnym zagrożeniem, czy też fantomem niebezpieczeństwa wywołanym przez fałszywkę. Reacher, jak to on, niespecjalnie lubi przekładać papiery na biurku, rusza więc do Hamburga, gdzie pojawił się trop tajmniczego amerykańskiego sprzedawcy. Kierując się intuicją i niespecjalnie przejmując procedurami, próbuje go namierzyć.
    W Stu milionach dolarów są oczywiście zabójstwa, bijatyki, zasadzki, pościgi, rozpytywania czy inne czynności operacyjne, czyli to, co zwykle jest w cyklu o przygodach Jacka. Zwróciłbym jednak uwagę na jedną warstwę tej prozy, może nie najistotniejszą dla fabuły, ale dającą wyobrażenie o możliwościach Childa jako pisarza. Lata 90. XX wieku były czasem zarazem specyficznym i trudnym zarówno dla poszczególnych państw, jak i służb dbających o "bezpieczeństwo narodowe". Zniknął dwubiegunowy świat opisywany w kategoriach konfliktu wielkich mocarstw. Zniknęły pewne zagrożenia, jednak pojawiły się inne, z którymi nie zawsze odpowiednie służby umiały sobie radzić. Znamienne jest w powieści to, co mówi amerykański doradca do spraw bezpieczeństwa: "(...) w chwili obecnej naszą standardową procedurą jest bieganie w kółko, jakby się paliło i waliło, i załatwianie dziesięciu problemów naraz, w miarę jak powstają". Nie trzeba być wybitym analitykiem, żeby wiedzieć, że jest to procedura wysoce zawodna. Child w tle szpiegowskiej historii opowiada o mrocznym dziedzictwie czasów zimnej wojny, zamęcie związanym z budowaniem nowego porządku na świecie, zmieniającej się Europie w ogóle, a zjednoczonych Niemczech w szczególności, pokazując narodziny nowych demonów, które - jak już wiemy po latach - raczej nie zostaną szybko wyegzorcyzmowane. Pisarz robi to w sposób - by tak rzec - dyskretny, często w krótkich, błyskotliwych przybliżeniach, jak dla przykładu w ubranej w ciekawą metaforykę skrótową analizę stosunku Niemców z Zachodu do tych ze Wschodu.
    Przeczytałem Sto milionów dolarów z przyjemnością, ale mam jednak do Childa trochę żalu, że jeśli chodzi o budowanie napięcia w powieści trochę poszedł na łatwiznę. W książce najtęższe umysły amerykańskich służb długie dnie głowią się nad rozwiązaniem kwestii: za co islamiści są gotowi wydać lekką ręką, bez targowania się sto milionów "papieru". Nietrudno się domyślić, co to takiego. Prawdę powiedziawszy wchodzi w grę tylko jeden "towar". I tak, jest to dokładnie to, o czym Państwo myślicie.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

poniedziałek, 1 maja 2017

Licznik odwiedzin:  107 035  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 107035

Lubię to