Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 469 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Grażyna Plebanek "Pani Furia"

poniedziałek, 13 lutego 2017 7:49

Plebanek_PaniF.jpgSamotna i obca

Grażyna Plebanek, Pani Furia, Znak literanova, Kraków 2016, s. 368.

    Bez wątpienia temat Obcości/Inności był jednym z kluczowych w rodzimej prozie w ostatnich dziesięcioleciach. Pisarze podejmowali go na różne sposoby i w rozmaitych konwencjach gatunkowych. Dość rzec, że pojawiał się w najważniejszych nurtach prozy. Dla przykładu - w tzw. literaturze małych ojczyzn był to Obcy (narodowościowo, religijnie, kulturowo) mieszkający po sąsiedzku, bliski, a jednak mentalnie odległy, który zniknął zmieciony przez "historię spuszczoną z łańcucha"; w "prozie podróżnej" (choćby Andrzeja Stasiuka) czy licznie powstających obecnie reportażach jest to zazwyczaj Obcy odległy, odgrodzony od nas granicami, choć często zmagający się z problemami podobnymi jak inni w zglobalizowanym świecie. Zagadnienie Inności jest bardzo istotne w prozie Grażyny Plebanek - właściwie począwszy od debiutanckiej powieści zatytułowanej Pudełko ze szpilkami (2002). W prozie autorki Nielegalnych związków (2010) zazwyczaj jest ono ukazywane z punktu widzenia postaci kobiecych i w mniejszym bądź większym stopniu nasycone myśleniem feministycznym. Inaczej rzecz ujmując, w książkach Plebanek to przede wszystkim kobieta jest Obcą.
    Wydarzenia społeczno-polityczne ostatnich lat, mam na myśli falę emigrantów/imigrantów, która wlewa się na teren Unii Europejskiej, i z którą Europa nie za bardzo ani chce, ani umie sobie poradzić, spowodowały, że temat Obcego znowu powrócił z całą mocą, stając się jednym z najważniejszych, z którymi zmagają się współcześni pisarze. Ponieważ jest to "gorący temat", nabiera w prozie specyficznego wydźwięku. Często pisarze stawiają na publicystyczną wyrazistość, która nieco przesłania niuanse ukazywanych problemów. Obawiam się, że to przypadek także Pani Furii Plebanek.      
    Główną bohaterką nowej powieści autorki Dziewczyn z Portofino (2005) jest Alia, urodzona w roku 1975 czarnoskóra mieszkanka Kongo, która jako dziecko przenosi się z rodzicami i młodszym bratem do Belgii. Wydawać by się mogło, że w opowieści w ten właśnie sposób otwartej i ustawionej kwestia zmagań z poczuciem obcości i wykorzenienia wręcz musi się pojawić, uwypuklić, szczególnie zważywszy na historię pokomplikowanych, naznaczonych przemocą, by nie powiedzieć bestialstwem, ze strony Belgów, relacji między europejskimi kolonizatorami a rdzennymi mieszkańcami terenów dzisiejszego Konga. I - rzeczywiście - pojawia się, tyle tylko że problemy z tym związane uderzają nie tyle w samą Alię, co raczej w jej rodziców czy ciotkę, która jako pierwsza przeniosła się do kraju czekoladek i majonezu. Eddy, ukochany ojciec Alii, wielbiciel boksu i "gawędziarz z Kinszasy", uważający się za mistrza tradycyjnej afrykańskiej literatury mówionej, typ farmazona i lekkoducha, na obczyźnie ewidentnie czuje się wykorzeniony; postrzega siebie jako człowieka, który znajduje się nie w tym miejscu, w którym znajdować się powinien. I czuje się z tym z roku na rok coraz gorzej. Widoczne jest to choćby w sposobie samookreślania się Eddy'ego, który zaczynając gawędę, najpierw nazywa siebie właśnie "gawędziarzem z Kinszasy", potem po przenosinach do Europy "gawędziarzem... z miasta", a wreszcie po prostu gawędziarzem. Koniec końców ojciec głównej bohaterki porzuca z dnia na dzień rodzinę i wraca do Kinszasy, by nigdy już nie nie pojawić się w Belgii. Inną strategię ucieczkowego radzenia sobie z traumą wykorzenienia wybiera matka Alii, nazywana Mrówką. Po przyjeździe do Brukseli Mrówka zapada się w świat trzeciorzędnych seriali telewizyjnych i oper mydlanych. Zajmowanie się synem i domem zrzuca na barki córki oraz jej ciotki, a sama zatraca się w sztucznym telewizyjnym raju, chcąc jak najbardziej upodobnić się do kobiet ze szklanego ekranu (na przykład wybielając skórę specjalnymi kremami czy farbując oraz prostując włosy). Jeszcze inną, paradoksalną ścieżkę losu wybiera ciotka Issa. Wydawać by się mogło, że Issa jest spośród członków całej rodziny najbardziej niezależna, samodzielna, a przy tym świadoma swoich korzeni i znaczenia pamięci o nich w życiu na obczyźnie. Niespodziewanie jednak decyduje się na wyjście za mąż za Belga z bardzo tradycjonalistycznej, a wręcz konserwatywnej rodziny, która nie do końca ją akceptuje.
    Rodzicom Alii oraz ciotce Issie poczucie obcości i wykorzenienia bez wątpienia przynosi egzystencjalny i poznawczy dyskomfort, z którym radzą sobie, jak umieją - najczęściej wybierając różne formy ucieczki. A jak jest w przypadku głównej bohaterki Pani Furii? Oczywiście, będąc nastolatką, Alia ma problemy z tożsamością i wskazaniem własnego miejsca w życiu: "(...) sama nie wie, kim jest - córka wybielonej matki i nieobecnego ojca, wnuczka kongijskiej babki, sama ledwie dukająca w lingala. Jedyna czarna w klasie, dziewczyna, której chce się płakać nie tylko przed okresem, lecz także przez większość miesiąca. A jak nie płakać, to bić" (s. 123). Jednak dorastając w latach 80. i początku 90. XX wieku w mulitikulturowym społeczeństwie belgijskim bohaterka nie doświadcza specjalnej opresji z powodu bycia Obcą. Zdecydowanie więcej zgryzot i kłopotów przynosi jej, dziewczynie o chłopięcej figurze i takimże sposobie bycia, narzucanie na siłę standardowych wzorców kobiecości. Problemem Alii, narastającym z wiekiem, nie jest wyobcowanie czy wykorzenienie, lecz opuszczenie, osamotnienie. Wciągnięta od najmłodszych lat w kierat domowych zajęć, nie ma dość czasu na kultywowanie relacji z rówieśnikami. A dorośli, jedna osoba po drugiej, sprawiają jej zawód, albo porzucają - egoistyczna matka zamyka się we własnym świecie, ukochany ojciec porzuca, pierwszy ważny w życiu mężczyzna oszukuje a ceniony trener boksu próbuje wykorzystać seksualnie. Lękając się odrzucenia, Alia nie jest w stanie zbudować trwałych relacji z innymi, kochankami czy przyjaciółmi. Jej rodzina definitywnie się rozpada, każdy z jej bliskich idzie swoją drogą. Alija musi znaleźć ersatze, które pozwolą opanować lęk przed samotnością. Zastępczą rodziną bohaterki staje  się grupa policjantów, z którymi pracuje przez lata, a przy/wybraną ojczyzną - opowieść, bo dziedziczy po ojcu dar do improwizowania gawęd, które pozwalają jej oswajać rzeczywistość. Właśnie wątek policyjno-sensacyjny wydaje mi się w nowej powieści Plebanek najbardziej wątpliwy, odbierający tekstowi cześć wartości.

 

(...)

 

Całość tekstu ukazała się w piśmie "Nowa Dekada Krakowska" nr 5/6 z roku 2016.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

Lee Child "Sto milionów dolarów"

wtorek, 31 stycznia 2017 18:55

Child_Sto.jpg"Czy to coś, czy to nic"

Lee Child, Sto milionów dolarów, przekł. Jan Kraśko, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017, s. 415.

    Nie należę do ludzi, którym najbardziej podobają się melodie, które już wcześniej słyszeli, czy wariacje na temat znanych od dawna historii. Od tej reguły są jednak wyjątki. Jak to wyjątki - nieliczne. Jednym z nich jest cykl brytyjskiego pisarza Lee Childa o Jacku Reacherze. Od wielu lat z nieodmienną niecierpliwością czekam na kolejne powieści serii. Co ciekawe - a i rzadkie - nieodmiennie przynoszą mi one lekturową frajdę. Dlaczego? Na czym ten fenomen jest ufundowany? Niby i samego bohatera, i jego świat już świetnie poznałem i oswoiłem. Niby to wciąż ten sam bohater, który ciągle zmaga się z porównywalnymi problemami i rozwiązuje je w podobny sposób oraz z podobnym skutkiem. Jednak niemal za każdym razem Child podrzuca mi coś nowego, coś świeżego, przede wszystkim zmyślnie grając bardzo różnymi schematami powieści gatunkowej. Nie inaczej jest w dwudziestym pierwszym tomie serii zatytułowanym Sto milionów dolarów (w oryginale Night School).
    Tym co najwyraźniej odróżnia ostatnią powieść od kilku ostatnich tomów cyklu jest czas akcji. Child wraca do przeszłości Reachera, zresztą nie po raz pierwszy w tej serii, ukazując historię, która rozgrywa się w 1996 roku, co pociąga za sobą poważne konsekwencje fabularne. Przede wszystkim główny bohater zmuszony jest funkcjonować w innych warunkach niż zazwyczaj. Nie jest w nowej książce samotnym, bezdomnym mścicielem, który za cały dobytek ma jedynie szczoteczkę do zębów (w Stu milionach dolarów greps ze szczoteczką chyba w ogóle się nie pojawia) i który podróżuje po Stanach, by od czasu do czasu we właściwy sobie sposób (skuteczny, acz zazwyczaj krwawy) rozwiązywać problemy zwykłych ludzi lub mniej lub bardziej zakamuflowanych agend rządowych. W 1996 roku Reacher wciąż jeszcze służy w żandarmerii armii Stanów Zjednoczonych, co znaczy, że ma nad sobą dowódców i otrzymuje rozkazy, które teoretycznie powinien wykonywać, ale zdarza się, że je obchodzi. W Stu milionach dolarów Child pokazuje, jak jego bohater radzi sobie w sytuacjach, kiedy zmuszony jest współpracować z wieloma ludźmi, jak sprawdza się w sieci interpersonalnych relacji. Okazuje się, że nadspodziewanie dobrze - przede wszystkim dlatego że nie przestaje być sobą i właściwie robi, co chce, jedynie starając się zachowywać pozory działań zgodnych z nakreślonym celem misji oraz wydanymi rozkazami.
    W cyklu o Reacherze Child umiejętnie różnicuje formę kolejnych tekstów, wykorzystując schematy konstrukcyjne pochodzące z rozmaitych pododmian powieściowych. Nowej książce brytyjskiego pisarza najbliżej jest do powieści szpiegowskiej. Amerykański wywiad dowiaduje się od agenta, że pewien Amerykanin chce sprzedać fundamentalistom islamskim coś, co wycenił na sto milionów dolarów. Problem w tym, że nie wiadomo, kim jest sprzedawca, co sprzedaje i gdzie odbędzie się transakcja. Władze powołują specjalną, supertajną jednostkę, w skład której oprócz Reachera wchodzą agent FBI oraz analityk CIA. Nie jest im łatwo, ponieważ w gruncie rzeczy działają po omacku, nie za bardzo wiedząc, "czy to coś, czy to nic" - czy mają do czynienia z realnym zagrożeniem, czy też fantomem niebezpieczeństwa wywołanym przez fałszywkę. Reacher, jak to on, niespecjalnie lubi przekładać papiery na biurku, rusza więc do Hamburga, gdzie pojawił się trop tajmniczego amerykańskiego sprzedawcy. Kierując się intuicją i niespecjalnie przejmując procedurami, próbuje go namierzyć.
    W Stu milionach dolarów są oczywiście zabójstwa, bijatyki, zasadzki, pościgi, rozpytywania czy inne czynności operacyjne, czyli to, co zwykle jest w cyklu o przygodach Jacka. Zwróciłbym jednak uwagę na jedną warstwę tej prozy, może nie najistotniejszą dla fabuły, ale dającą wyobrażenie o możliwościach Childa jako pisarza. Lata 90. XX wieku były czasem zarazem specyficznym i trudnym zarówno dla poszczególnych państw, jak i służb dbających o "bezpieczeństwo narodowe". Zniknął dwubiegunowy świat opisywany w kategoriach konfliktu wielkich mocarstw. Zniknęły pewne zagrożenia, jednak pojawiły się inne, z którymi nie zawsze odpowiednie służby umiały sobie radzić. Znamienne jest w powieści to, co mówi amerykański doradca do spraw bezpieczeństwa: "(...) w chwili obecnej naszą standardową procedurą jest bieganie w kółko, jakby się paliło i waliło, i załatwianie dziesięciu problemów naraz, w miarę jak powstają". Nie trzeba być wybitym analitykiem, żeby wiedzieć, że jest to procedura wysoce zawodna. Child w tle szpiegowskiej historii opowiada o mrocznym dziedzictwie czasów zimnej wojny, zamęcie związanym z budowaniem nowego porządku na świecie, zmieniającej się Europie w ogóle, a zjednoczonych Niemczech w szczególności, pokazując narodziny nowych demonów, które - jak już wiemy po latach - raczej nie zostaną szybko wyegzorcyzmowane. Pisarz robi to w sposób - by tak rzec - dyskretny, często w krótkich, błyskotliwych przybliżeniach, jak dla przykładu w ubranej w ciekawą metaforykę skrótową analizę stosunku Niemców z Zachodu do tych ze Wschodu.
    Przeczytałem Sto milionów dolarów z przyjemnością, ale mam jednak do Childa trochę żalu, że jeśli chodzi o budowanie napięcia w powieści trochę poszedł na łatwiznę. W książce najtęższe umysły amerykańskich służb długie dnie głowią się nad rozwiązaniem kwestii: za co islamiści są gotowi wydać lekką ręką, bez targowania się sto milionów "papieru". Nietrudno się domyślić, co to takiego. Prawdę powiedziawszy wchodzi w grę tylko jeden "towar". I tak, jest to dokładnie to, o czym Państwo myślicie.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wojciech Chmielarz "Osiedle marzeń"

poniedziałek, 05 grudnia 2016 8:57

Chmielarz_Osiedle.jpg

Osiedle jak świat

Wojciech Chmielarz, Osiedle marzeń, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 368.

    Po - moim zdaniem - słabym Wampirze, otwierającym nowy, gliwicki cykl kryminalny, Wojciech Chmielarz powrócił do starego, dobrego komisarza Mortki oraz jego mniej lub bardziej pokręconych kolegów ze stołecznej policji. I dobrze, choć wcale nie dlatego że w przypadku serii o Mortce działa zasada: najbardziej lubimy to, co już znamy. Jak mi się zdaje, Chmielarzowi zwyczajnie bardziej leżą bohaterowie z pierwszego cyklu niż z drugiego, co przekłada się na jakość tekstu i przyjemność lektury. Przynajmniej dla mnie.
    W Osiedlu marzeń podobnie jak w poprzednich powieściach autora Podpalacza na intrygę składa się kilka spraw i wątków, choć na plan pierwszy wysuwa się mord dokonany na studentce dziennikarstwa. Ciało dziewczyny, która zginęła od ciosów nożem, zostaje znalezione na placu zabaw znajdującym się na terenie zamkniętego osiedla w Warszawie. Przyznam - mocna scena, zapadający w pamięć i wyobraźnię obraz na początek. Komisarzowi Mortce od pierwszych chwil śledztwa i z różnych względów nie podoba się ani to osiedle, ani ta sprawa, mimo iż bardzo szybko zgłasza się na komendę Ukrainka, sprzątająca tam, która przyznaje się do mordu. Bohater jest zdania, że kobieta kłamie. Tymczasem kumpel Mortki (właściwie należałoby powiedzieć - były kumpel) Kochan wraca do pracy, ale po tym jak wydało się, że katuje żonę, traktowany jest z niechęcią czy wręcz wrogością przez kolegów. Przełożony, który nie za bardzo wie, co zrobić z nadużywającym przemocy podwładnym, każe mu się zająć nierozwiązanymi sprawami sprzed lat. Ku zdziwieniu wszystkich Kochan niemal z dnia na dzień rozwiązuje kolejne zagadki z nieoficjalnego Archiwum X.
    Początkowo wydawało mi się, że intryga w Osiedlu marzeń będzie zmierzała w stronę historii typu "zamkniętego pokoju". Jednak Chmielarz wybrał rozwiązanie mniej oczywiste. I dobrze. Autor paradoksalnie postawił nie na "zamknięcie", lecz na "otwarcie". Strzeżone osiedle z powieści jest nie tyle miejscem, w którym kryje się morderca, co modelem społeczeństwa, rodzajem próbki świata. Chmielarz portretuje typy z różnych warstw społecznych, ludzi rozmaitej konduity. Jest tam upadły polityk i szeregowy żołnierz mafii. Są studentki, które szukają swojego miejsca w świecie, wybierając czasami bardzo kręte ścieżki. Są emigranci i zwykli ludzie, którzy mają marzenia i dla ich spełnienia gotowi są wiele zaryzykować. Opowieści o ich losach składają się na ciekawy, mozaikowy obraz współczesnej Polski.
    W nowej powieści Chmielarza jest to, do czego autor zdążył już czytelników przyzwyczaić: wielowątkowa, dobrze skrojona intryga, nienachalne wątki obyczajowe czy oszczędny styl, który - jak mi się zdaje - dobrze pasuje do opowiadanych historii. Jest jednak w Osiedlu marzeń jeden problem, czyli wątek śledztwa Kochana. Jak już wspominałem, trochę z nudów a po trosze z obowiązku bohater zaczyna zajmować się sprawami, które swego czasu nie zostały domknięte a potem leżały odłogiem. I rozwiązuje je, jedna po drugiej, w tempie wręcz ekspresowym. Oczywiście, ma trochę szczęścia, ale generalnie nie wykonuje jakichś spektakularnych policyjnych akcji. Po prostu cierpliwie drąży. Można by uznać, że jest to coś w rodzaju - by tak rzec - satyry na leniwych policjantów. Ukazania, że w gruncie rzeczy niewiele trzeba, żeby domknąć śledztwo. Wystarczy trochę cierpliwości i trzymanie się procedur. Tyle tylko że ironia i dowcip, to nie były do tej pory mocne strony prozy Chmielarza. Więc wątek śledczych sukcesów Kochana jest na poważnie? Jeśli tak, to jest wysoce niewiarygodny.
    
   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wolf Haas "Brennerova"

poniedziałek, 24 października 2016 9:07

 Haas_Brenn2.jpgZwariowane krymi



Wolf Haas, Brennerova, Burda Publishing Polska, Warszawa 2016, s. 296.

    Austriak Wolf Haas jest prawdziwą gwiazdą niemieckojęzycznej prozy kryminalnej, na spotkania autorskie z nim ścigają tłumy czytelników. Trudno się temu dziwić, bo autor Wskrzeszenia umarłych pisze kryminały oryginalne i przy tym niezwykle wysmakowane literacko. Haas stworzył cykl powieści kryminalnych z Simonem Brenner, który przez dziewiętnaście lat był policjantem, potem prywatnym detektywem, choć imał się też innych zajęć, na przykład pracował jako kierowca-sanitariusz (Przyjdź, słodka śmierci). Brenner jest typem kryminalnego antybohatera, ciapowatego detektywa. Ani inteligentny, ani sprawny fizycznie, ma ewidentne problemy z logicznym łączeniem faktów, a na dodatek jest leniwy. Za to raz po raz pakuje się w piramidalne kłopoty. W najnowszej powieści Haasa zatytułowanej Brennerova Simon trafia do Moskwy, gdzie zostaje pobity do nieprzytomnością i okradziony przez bandę kilkuletnich uliczników, później zaś jedzie do Mongolii z walizką pełną dolarów, by uwolnić uprowadzonych przez terrorystów Europejczyków, pielgrzymujących do szamańskich miejsc mocy. Takie rzeczy tylko w zwariowanych historiach wymyślanych przez Haasa. Jedyny w swoim rodzaju jest typ narracji kryminalnej w prozie austriackiego pisarza. Książki autora Kostuchy nazwałbym kryminałami dygresyjnymi, mają one formę swobodnej gawędy snutej przez narratora często zwracającego się wprost do czytelnik. W opowieści o perypetiach detektywa sprawnego inaczej narrator wplata dygresje na wszelkie możliwe tematy, często dziwaczne i pełne humoru. We wszechobecnych w prozie Haasa dygresjach wyraźny jest wątek satyryczny. Pisarz przenikliwie, ironicznie punktuje i komentuje szaleństwa współczesnego świata, szczególnie mocno krytykując swój kraj i rodaków (czym wyraźnie nawiązuje do najlepszych tradycji prozy austriackiej). Kryminały Haasa mają magnetyczną moc przyciągania. Kto raz zetknął się z perypetiami Brennera, kto raz posmakował wirtuozowskiego, wysmakowanego językowo, a przy tym pełnego fantazji i humoru stylu prozy austriackiego pisarza, ten na pewno z przyjemnością będzie sięgał po kolejne jego książki.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Krzysztof Kopka "Złoty pociąg"

piątek, 21 października 2016 9:44

Kopka.jpgNiekonieczna

Krzysztof Kopka, Złoty pociąg. Komisja Morderstw, W.A.B., Warszawa 2016, s. 294.

    W ostatnich tygodniach pojawiło się na rynku kilka kryminałów czy sensacji, które są odpryskami produkcji filmowych/telewizyjnych. Cóż, nawet niespecjalnie się dziwię, że takie teksty powstają. Jest gotowy scenariusz, ustawieni bohaterowie i zakreślone - by tak rzec - pole opowieści, więc czemu, korzystając z tych gotowców, nie skrobnąć powieści. Może ktoś zachęcony obrazem filmowym/telewizyjnym sięgnie też po książkę, na okładce której jest (najczęściej) kadr z filmu/serialu. I wszystko pięknie, tyle tylko że w ten sposób powstają książki będące czymś w rodzaju promocyjnego gadżetu, dodatku. Inaczej rzecz ujmując - powieści niekonieczne. Jedną z nich jest Złoty pociąg Krzysztofa Kopki.
    Autor Złotego pociągu, między innymi pisarz, reżyser teatralny i scenarzysta, ma na koncie sporo ciekawych osiągnięć, między innymi współtworzył scenariusz bardzo zacnego filmu 80 milionów. Ostatnio był współautorem scenariusza serialu telewizyjnego Komisja Morderstw i to właśnie odpryskiem tej produkcji jest Złoty pociąg.
    Rzecz dzieje się współcześnie (nawet bardzo). Na ośrodek znajdujący się na Dolnym Śląsku, w którym zakwaterowano grupę uchodźców z Syrii, robią najazd nacjonaliści. Nie poprzestają na pohukiwaniu i skandowaniu koślawo rymowanych haseł - trzaskają szyby, wybucha pożar. W pożodze ginie starszy mężczyzna, palacz w kotłowni ośrodka. Sprawą zajmuje się trójka policjantów z Komisji Morderstw, czyli czegoś w rodzaju policyjnego Archiwum X. Odkrywają, że palacz został zamordowany i że był nim były esbek, który w ostatnich latach zajmował się bardzo intensywnie poszukiwaniem dzieł sztuki i skarbów zaginionych podczas II wojny światowej. Zaczyna się wielowątkowe śledztwo.
    Bez wątpienia Kopka ma pojęcie o pisaniu. Czyta się tę powieść gładko. Ciekawie ustawieni są główni bohaterowie, przede wszystkim inspektor Stasiński. Przez lata przebywał na misjach poza granicami kraju. Po powrocie do Polski nie za bardzo orientuje się w układach i układzikach rządzących policjach, w polskich realiach jest zagubiony niczym dziecko we mgle, a do tego działa niczym samotny kowboj, więc co chwila pakuje siebie i innych w kłopoty.
    Jednak w trakcie lektury Złotego pociągu zdecydowanie częściej czułem irytację niż satysfakcję. Kopka potraktował tę niezbyt obszerną powieść jak wór, do którego wrzucił, co się dało. Bo czegóż w tej powieści nie ma? Są problemy z uchodźcami i coraz groźniejszymi narodowcami i nacjonalistami. Są sprzedajni gliniarze. Są postkomunistyczni bonzowie, którzy grając teczkami i hakami, rządzą Wrocławiem wraz z przyległościami. Jest historia złotego pociągu spod Wałbrzycha i dzieł sztuki zagrabionych przez faszystów a potem zaginionych. Jest mała Syryjka, która musi zwiewać do lasy, by przeżyć, jest psychopata z manią wielkości. A do tego na dokładkę historia miłości, zdrady i zemsty. Dużo tego jak na jedną powieść. Kopka musiał się nieźle nagimnastykować, aby posplatać te wszystkie tematy i wątki, przez co zakończenie wygląda na mocno wysilone i - rzekłbym - mechaniczne, wedle zasady: pozamykajmy wszystkie wątki, nieważne z sensem czy bez.
    Drażniły mnie w powieści Kopki wtręty publicystyczne, licznie wplecione w narrację i wypowiedzi bohaterów komentarze do bieżących wydarzeń społeczno-politycznych. Mniejsza o ich wydźwięk, problem w tym, że w Złotym pociągu miały one zbyt luźny związek z intrygą, czyli inaczej rzecz ujmując - stanowiły jedynie zbędny ornament czy raczej słowną watę. A poza tym zazwyczaj nieznośnie szeleściły gazetowym papierem.
    Jak mi się zdaje, Kopka pisał swoją powieść szybko, co widać w tekście. Sporo jest w książce zbędnych powtórzeń i ewidentnych kiksów, których niestety nie wychwyciła redakcja. Podam jeden przykład. Na stronie 26 czytam: "Maciej spojrzał na GPS". Natomiast już na stronie 34 ten sam Maciej, czyli inspektor Stasiński, jadąc tego samego dnia tym samym samochodem już GPS-u nie ma, co więcej, pozwala sobie na żarciki w rodzaju: "GPS degraduje hipokampa".
    Pojawił się serial Komisja Morderstw, pojawiła się powieść Złoty pociąg. Można ją przeczytać bez specjalnego bólu w jeden wieczór. Przyznam jednak, że po tym jak dotarłem do ostatniej kropki tej książki, zadałem sobie pytanie: po co ja to właściwie czytałem?


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 30 marca 2017

Licznik odwiedzin:  104 484  

Robert Ostaszewski

ur. 1972 r., pisarz, krytyk literacki; ostatnio opublikował, wraz z Violettą Sajkiewicz, powieść kryminalną "Sierpniowe kumaki" (2012). Mieszka w Krakowie.

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 104484

Lubię to